W tym roku ze zwielokrotnioną siłą powróciła na Slot Art Festival chrześcijańska energia. Wszystko za sprawą ekspansywnej Cafe Kiwi. Czy jednak religijna aura przytłoczyła całokształt imprezy? Tego nie da się powiedzieć. Slot Art pozostał otwartym, tolerancyjnym, pobudzającym twórczy potencjał wydarzeniem kulturalno-artystycznym.

Po napisaniu tego wprowadzenia zastanawiam się, przede wszystkim, nad tym, jak na powyższe słowa zareagowaliby organizatorzy. Idea, przyświecająca festiwalowi, jak najbardziej zakładała stworzenie areny prezentacji dla twórców o chrześcijańskich korzeniach. Tak przedstawiały się założenia, kiedy – blisko dwie dekady wstecz –jeszcze w miejscowości Stacze na Mazurach hartował się Slot. Później przyszła pora na Giżycko, gdzie impreza gościła do roku 2000 włącznie. Następną przystanią okazało się opuszczone opactwo cysterskie w dolnośląskim Lubiążu. Tam festiwal, obecnie ściągający mniej więcej 5000 osób, gnieździ się po dziś dzień. Uczestnicy w tym roku przebąkiwali coś o kolejnej przeprowadzce, ale organizatorzy wykazali powściągliwość w komentowaniu podobnych rewelacji. W każdym razie, nikt z twórców wydarzenia nie wyrzeka się chrześcijańskiego rodowodu. Jednocześnie, rozmiar imprezy spowodował, że do Lubiąża zjeżdżają setki osób, dla których Jezus Chrystus, religijność, wiara w Boga nie stanowią magnesu ściągającego ich do opuszczonego klasztoru. Tegoroczna implementacja Cafe Kiwi, kawiarni, gdzie od rana do nocy odbywały się śpiewy w stylu oazowym, sprawiła, że wielu, którzy mogli o korzeniach zapomnieć, bez wątpienia sobie o nich rychło przypomniało.
Jednak – z całym szacunkiem dla założeń oraz wierzeń organizatorów – nie to wydaje się najważniejsze. Atmosfera, pozytywna energia, generująca twórcze działanie rzeszy obecnych na Slocie jednostek, wszechobecny chillout, są wartościami, dla których w Lubiążu goszczą rokrocznie tysiące. Fundament imprezy stanowią, odbywające się przez cztery dni (w tym roku od 7 do 10 lipca) warsztaty. Podzielone na trzy tury, dające okazję do nauki podstaw wielu dyscyplin sportowych czy poszerzenia manualnych umiejętności. W tym roku triumfy święcił skimboard, skrzyżowanie deskorolki z deską surfingową, choć akurat na ten wynalazek pokaźne grono zlotowiczów raczyło narzekać – że nie odpowiada atmosferze festiwalu. Metaloplastyka, linoryt, warsztat konstruowania latawców, nauka gry na bębnach, kije deszczowe, warsztaty monocyklowe czy dziewiarstwo ręczne – z jednej strony, a na przeciwległym biegunie warsztat scenariopisarski, filmowy, rozmaite warsztaty teatralne. Na zwolenników duchowej strawy czekały wykłady, w znakomitej większości przyjmujące perspektywę biblijną do przedstawiania rzeczywistości, jak podczas wykładu „Feminizm czy kobiecość”, prowadzonego przez Lori Wallet, mieszkającą w Polsce Amerykankę, od lat związaną ze SLOT-em.
Sposoby rozmawiania o Bogu, wierze, podziale na dobro i zło, niebezpieczeństwach czyhających na człowieka w życiu codziennym, zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej, są różne. Można obrać metodę bezpośredniej, otwartej, jednowymiarowej rozmowy, nierzadko zahaczającej o agitację. Skrajnym przypadkiem będzie tutaj spotkanie z Pawłem Zareckim, którego tematem był „Freelance – sztuka niezależnego działania”, a z ust bohatera nie schodziły hasła „łaski bożej” i dogmatów religijnych. Chyba nie tędy droga. Przynajmniej, w moim – subiektywnym, rzecz jasna – odczuciu. Celniejsze zdaje mi się wskazywanie dobrych wzorców, sensownych ścieżek, przestrzeganie przed pułapkami „łatwego” życia w sposób bardziej zawoalowany, poszerzający horyzonty, a nie narzucający jeden sposób oglądu sprawy. Tak funkcjonowało np. SLOTKino. Niedobrym posunięciem są wykłady, spotkania, których charakter, względnie opis w informatorze, przygotowuje na jedno, a odbiorca otrzymuje coś całkiem innego vide spotkanie z Pawłem Zareckim.
O ile w kwestii oceny proporcji otwartego krzewienia idei chrześcijańskich moja ocena obarczona jest, przyznaję, piętnem rezerwy do samego kościoła katolickiego i wartości przezeń głoszonych , to ogląd samych warsztatów mam podobnego dystansu pozbawiony. Przyznaję, że funkcję promowania nowych sportów, wdrażania w podstawy mniej lub bardziej dziwnych rzemiosł, technik, zabaw i gier, Slot wypełnia znakomicie. Propagowanie aktywnego spędzania czasu, alternatywnych form rozrywki, w dużej części których dobrze jest uruchomić szare komórki – na polu realizacji tych zadań lubiąski festiwal radzi sobie bez zarzutu. Gorzej, jeśli na Slot przybywają osoby, które podstawy już posiadają, a chciałyby zgłębić wiedzę. Sporo spotkań warsztatowych prowadzone jest przez osoby, które same również uczą się danej umiejętności, a także nie posiadają dużego doświadczenia w zarządzaniu grupą. Na Slot Arcie zadanie mają o tyle utrudnione, że każdego dnia przychodzi im pracować z nowymi ludźmi. Nawet, jeśli część uczestników powraca na kolejny warsztat, to zawsze pojawiają się nowe jednostki, z którymi trzeba wypracować porozumienie. Każdego dnia odbywa się w zasadzie konstytuowanie kolejnej grupy. Prowadzenie warsztatu w takich warunkach obarczone jest dodatkową trudnością. Stąd rzadko kiedy Slot ma do zaoferowania coś osobom zaznajomionym z danym zagadnieniem. Dla mnie osobiście w tym roku wyjątkiem był warsztat scenariopisarski, prowadzony przez Artura Pilarczyka. Przez trzy pierwsze dni poznawaliśmy podstawy teoretyczne, jednak sposób prezentacji wymagał od uczestników minimalnej wiedzy filmowej i umiejętności posługiwania się w stopniu co najmniej elementarnym terminologią filmową. Czwartego dnia, na zakończenie warsztatów, liznęliśmy kwestii praktycznych. Zadaniem uczestników było wymyślenie konkretnej sceny, która mogłaby się znaleźć w filmie Pilarczyka, pokazywanym dzień wcześniej w Cafe Jeżyna. Burza mózgów, podsuwanie kolejnych rozwiązań, krytykowanych przez prowadzącego, potrzeba stosowania umiejętności i trików, omawianych na trzech wcześniejszych spotkaniach, to zelektryzowało nas wszystkich i rozpaliło do czerwoności umysły, nieco rozleniwione panującym upałem. Więcej takich doznań!
Alkoholu nie sposób uświadczyć na terenie festiwalu. Jednak paręnaście metrów za bramą, jeszcze na terenie dawnego opactwa, mieści się ogródek piwny i knajpa. Dziwne to rozwiązanie, rzec by można: paradoksalne. Zdecydowanie zbyt daleko posunięta nieustępliwość wolontariuszy służb porządkowych, codziennie rano instruowanych, by twardo egzekwować trzymanie plakietki festiwalowej dumnie na piersi, zakrawa o śmieszność. Może warto pomyśleć nad rozwiązaniem, które wyeliminuje nieustanne nagabywanie uczestników, sprawdzanie czy Kasia nie jest Kamilem, a Janek – Basią. Uderza ten kuriozalny obyczaj w ideę otwartości.
Kiedy zastanawiałem się, jak skończyć to podsumowanie 18. edycji Slotu, przyszły do mnie słowa pewnej piosenki. Niestety, z tekstem nie przyszedł autor ani tytuł, ale szło to tak: „Pomimo wszystkich wad, kochamy cię i tak” (cytat chyba dokładny). Bo na Slot, mimo narzekań, chcę wracać. Jak kilka tysięcy osób rok po roku. Choć festiwal, tak w ogóle, jak szczególe, nie podlega rewolucji, w kolejnych edycjach powracają te same warsztaty, a harde służby ochrony niezmiennie irytują, to warto tam być. Zobaczyć pozytywną energię, wydobywającą z młodych (najczęściej) umysłów i serc. Do zobaczenia za rok.
fot. Maja Zabokrzycka
Tagi: relacja festiwal Lech Moliński Slot Art Festival Artur Pilarczyk warsztaty Cafe Kiwi Lubiąż