G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

...a niegrzeczne dziewczynki śpiewają po swojemu

Autor: Karolina Waligóra, dodano: 19-10-2010, 13:33

W szkole zawsze mnie uczyli, że jak będę grzeczna, to mnie wszyscy będą lubić. Rodzice też to powtarzali. Wyrażaj się, dziecko, artystycznie, ale w granicach przyzwoitości. I tu coś zaczyna zgrzytać. Bo takie dwie artystki, które uważane są za gwiazdki na muzycznej naszej scenie, bez wątpienia te wszytskie dobre rady mają w przysłowiowym nosie. I robią, co chcą i jak chcą. Z jakim efektem? Pojawią się, zupełnie przypadkiem, jednego wieczoru na dwóch różnych scenach we Wrocławiu. 22 października to dobry moment na podjęcie decyzji - Julia czy Maria?

Mała, czarna, z pozoru niepozorna. Ale wystarczy, że się odezwie, a od razu stracisz przeświadczenie, że może jest, lub kiedykolwiek była grzeczną dziewczynką. Przez wielu nazywana „największą polską skandalistką”, przez gazetę Nasz Dziennik zlinczowana jako „obsceniczną i wulgarną” oraz „gardzącą tradycyjnymi wartościami”. Wszystko to zrzucone na piegowate barki filigranowej Marii Peszek, bo przecież o niej mowa.

Trudno wyobrazić sobie polską scenę muzyczną bez jej udziału. Nawet mimo tego, że nie ma ona tak wielu fanów, na co wskazywałby poziom jej artyzmu. Ale jej nie wydaje się to przeszkadzać. Pochodząca z niezaprzeczalnie artystycznej rodziny Marysia zdawała się dorastać na scenie. Już w wieku 10 lat zadebiutowała na deskach krakowskiego Teatru Juliusza Słowackiego w spektaklu „Wesele” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, a po studiach rozgościła się już na dobre w sferach środowisk teatralnych, filmowych i muzycznych. W rzeczywistości nagrała tylko trzy autorskie albumy: „Miasto Mania” z 2005 roku, Epka „Mania siku” ( 2006 ) i „Maria Awaria” z 2008 roku. Ale jakże szerokim echem rozniosły się te jej dziełka! Zastanawia mnie tylko, dlaczego? Czy słowo „seks” jest naprawdę aż do tej pory tematem tabu w naszym kraju? Czy nie można sobie już poprzeklinać w utworze, nie narażając się na wszechobecne kamienowanie ze strony konserwatywnych bardziej lub mniej, ogródków społecznych...? Maria chciała najwyraźniej udowodnić, że nie.

Trudno mi wyrobić sobie wyraźną opinię na temat owej panny, która „dla własnej wygody zapuszcza swe ogrody”, ponieważ zwyczajnie nie mogę zignorować jej niepowtarzalności. Drugiej takiej Marynii nie uświadczysz! Z drugiej jednak strony, jej utwory, ze strony czysto muzycznej, są po prostu nie do strawienia. Dźwięki są tak naprawdę klecone na jedną, elektroniczno-jazzowo-alternatywną modłę. Ileż można, ratunku! Pewne urozmaicenie stanowią kawałki wykonywane razem z Wojciechem Waglewskim bądź z jego równie wybitną latoroślą Fiszem. Duet Peszek-Waglewski to na pewno strzał w dziesiątkę. Ich współtworzone utwory napakowane są lekkością ulotnych, ale jednak trudnych do zapomnienia, płynących w pudrowym powietrzu nutek. A już teksty, które to szalone dziewczę tworzy, świadczą o umyśle świeżym, nietuzinkowym i o genialnym wręcz talencie językowym. O ile warstwa muzyczna solowych płyt Peszkówny nie trafia w mój spragniony mocniejszych uderzeń gust, o tyle słowa, które tworzy, wgniatają w ziemię. I nie mówię tu o „skandalicznym” „Pieprzę cię miasto” czy rozdmuchanych i arcynudnych „Kobietach pistoletach”, ale o subtelnie przekornym „Hujawiaku”. „Poliż mnie, I'm Polish, albo jeśli wolisz, możesz mnie posolić albo wymiętolić” - śpiewane delikatnie i kobieco, z bardzo ciekawą linią basu i trąbki w tle, jest oryginalnym tekściarskim majstersztykiem, zawoalowanym w masę dziewczęcego uroku.

Bo tak naprawdę Marysia jest chyba taką niesforną, diabelnie zdolną, ciągle małą dziewczynką. Nie dam się nabrać na jej tak strasznie dorosłe teksty – dla mnie jest po prostu młodą kobietą ciągle szukającą Piękna w życiu i nie potrafiącą oddychać powietrzem nieprzesiąkniętym sztuką. Inna rzecz, że sama jej muzyka, poza małymi wyjątkami, wzbudza na moje twarzy grymas niechęci – nic to, gdy wiem, jaka z niej niesamowita artystyczna dusza. Niech tylko przestanie udowadniać wszystkim naokoło, że jest jedyną wyzwoloną kobietą w Polsce, a na pewno zyska na autentyczności w oczach wszystkich swoich słuchaczy.

Obok czarnowłosej pieguski stoi czarnowłosa pięknotka z mistyczną szparką między zębami. Uśmiecha się zawadiacko acz tajemniczo i pyta: Myślisz, że nie da się w ciągu kilku miesięcy zebrać 50 tysięcy dolarów i w ten sposób wydać własną płytę? Najwyraźniej mnie nie znasz - Julia Marcell jestem. No nie znam, a kto to taki?

A to taka młoda olsztynianka, która w październiku 2007 roku właśnie taką sumkę uzbierała na portalu internetowym SellaBand, promującym nieznanych muzyków. No to jak tak sobie poradziła, to pewnie musi być ciekawa! Oj, nie mylisz się...

Jej prawdziwe nazwisko to Górniewicz, Marcell to jedynie pseudonim. Ze szczerym żalem przyjmuję fakt, iż ta utalentowana kobieta niestety nie tworzy w swym rodzimym kraju. Już pierwsza jej płyta, „It might like you” została nagrana w Berlinie, gdzie też ona sama obecnie mieszka i tworzy. O jakości tego uroczego zjawiska, jakim jest Julia, świadczy wiele czynników. Po pierwsze, jej wszechstronność. Jest ona bowiem nie tylko kompozytorką i wokalistką, ale także gra na pianinie, na skrzypcach, i w dodatku pisze teksty do wszystkich swoich utworów. Po drugie, oryginalność. Jej piosenki tchną punkową energią, nadającą smak każdemu utworowi. Potrafi udowodnić, że nie trzeba bezmyślnie szarpać za struny gitary elektrycznej, by wywołać wrażenie uporządkowanego chaosu w muzyce. Eksperymentuje z jazzem i antyfolkiem, zgrabnie łącząc to w nurt szeroko pojętej muzyki alternatywnej i przyklejając na to metkę z marką pod tytułem: „to ja, Julia”.

W niektórych jej kompozycjach bardzo wyraźnie słychać (świadome lub nie) podobieństwo do utworów Gaby Kulki, a nawet do Nory Jones (oszczędne, fortepianowo-skrzypcowe „Accordion Player”). Mimo że jej pierwszy singiel „Night of the living dead”, wraz z teledyskiem, jej bardzo dobrą zapowiedzią całej jej inspirującej muzyki, to i tak najlepszym jej utworem jest dla mnie kawałek „Dancer”. Może przez subtelnie skoczną ścieżkę pianina już na samym początku, prowadzącą nas przez spójny i piękny wokal, a może dzięki oryginalnemu tekstowi. Co z pewnością charakteryzuję markę Julii, to niewymuszony wdzięk i spójność jej piosenek, które jednak nie popadają w szablonowość.

Zarówno twórczość Julii, jak i Marysi, charakteryzuje oryginalność i takie uparte dążenie do wypracowania własnego, niepowtarzalnego stylu. Obie mają charyzmę, jakiej brakuje szeregowi o wiele bardziej od nich popularnych wokalistów. Mocne i czasem zbyt nachalne teksty Peszek zdają się krzyczeć na nienarzucające się, delikatne wersy Marcell. Po co na siłę udowadniać swa kobiecość? O ile jednak w piosenkach Julii trzeba dość długo szukać, by natrafić na jedną, która będzie królowała nad pozostałymi, o tyle na jednostajnej playliście Marii kawałków, nagle możemy odnaleźć taką pozytywnie zaskakującą nas perełkę, jak chociażby wspomniany „Hujawiak”.

Pomimo wszystkiego, co je różni i dzięki wszystkiemu, co je łączy, obecność obu artystek jest miłym urozmaiceniem na dość monotematycznej planecie popowych wykonawców. Mała, grzeczna dziewczynka, która zakłada opaskę z diabelskimi różkami i przeistacza się w kobietę pistoleta i piekielnie zdolna spryciara o anielskim głosiku. Puszczają oczko do wszystkich nauczycieli moralności, jakby chciały powiedzieć: „grzeczne dziewczynki śpiewają to, co wszyscy, a niegrzeczne robią to po swojemu.”

 

Maria Peszek - Maria Awaria - Inwentaryzacja, 22 października, Alibi

start: 20:00

bilety: 39 / 45 zł

Julia Marcell, 22 października, ODA Firlej

start: 20:00

bilety: 35 / 45 zł, do kupienia na www.ticketportal.pl, mailowo na bilety@artwerk.pl oraz przed koncertem

Tagi: koncert sylwetka Maria Peszek Julia Marcell ODA Firlej



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/zainspirowani_swiatem/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator