G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

"Black bazar" - ciemno, ale śmieszno

Autor: Martyna Jabłonska, dodano: 15-10-2010, 13:34

„Black bazar” Alaina Mabanckou to książka, która sprawia, że śmieję się w głos w zatłoczonym autobusie, mimo że strasznie mi głupio tak skupiać na sobie uwagę wszystkich podróżnych. Nie mogę się powstrzymać. Nie mogę oprzeć się inteligencji autora, lekkości jego języka, humorowi i kpinie ze wszystkich i ze wszystkiego.

Black bazar

Alain Mabanckou urodził się w 1966 roku w Republice Konga i to właśnie tam osadzone były jego dwie poprzednie, znane polskim czytelnikom, powieści – „Kielonek” i „African Psycho”. Tym razem miejscem akcji jest Paryż, a bohaterami imigranci z Afryki. Pisarz spędził we Francji wiele lat, zna więc portretowane środowisko od podszewki, co widać w barwności postaci i w wielości głoszonych przez nie poglądów. Bo Mabanckou pozwala mówić wszystkim swoim bohaterom, nie tylko głównemu. Osią powieści jest prosta historia: odchodzi kobieta – Pierwotna Barwa, zabiera dziecko - Henriettę, a mężczyzna - Zadkolog musi sobie jakoś z tym poradzić. W ramach autoterapii wali długimi godzinami w starą maszynę do pisania. Pisze o sobie, kobiecie, dziecku, o kochanku, o sąsiadach i kumplach z baru, przytacza rozmowy i monologi, opowieści o Afryce, te prawdziwe i zmyślone, stąd plejada typów (obok zwykłych obiboków, byli tu przyszli prezydenci, premierzy, generałowie, artyści), mnogość sposobów na życie i ulepszenie świata, zagęszczenie stereotypów, pomieszanie znaczeń.

Zadkolog zawdzięcza swój oryginalny pseudonim największej pasji swojego życia – przyglądaniu się damskim pośladkom, w towarzystwie kolegów od  pelfortha zwanymi „stroną B” kobiety, w którym to hobby osiągnął swoiste mistrzostwo – stworzył całą typologię zjawiska (Mówię, że są tyłki, które gdy się ruszają, mogą cię bardzo zawieść, zadajesz sobie pytanie: czy to, co widzę, to naprawdę tyłek? Czujesz politowanie, bo nie wiesz, w którą stronę się kiwa, bo nie ma wyglądu, bo skręca w lewo, nigdy w prawo, jakby z tamtej strony czyhało niebezpieczeństwo, bo nagle wraca do punktu wyjścia, bo się płaszczy, nieruchomieje bez cienia elegancji. Tak właśnie jest, gdy dziewczyna jest zahukana, nigdy nie podejmuje decyzji, nim nie skonsultuje się z koleżankami, które niezmiennie wprowadzają ją w błąd. – to tylko fragment, w całości – genialne!) i zyskał sławę największego znawcy, więc wszyscy znajomi, bywalcy pubu „Jip”, poddają pod jego ocenę wszystkie swoje potencjalne partnerki. Co ciekawe określenie „strona B” nie jest wymysłem Mabanckou, funkcjonuje ono w kongijskiej kulturze od dawna, a pochodzi podobno z czasów winyli – na stronie B płyt z tamtejszą muzyką zawsze znajdowały się utwory bardziej energetyczne i rytmiczne, niż na stronie A. W odniesieniu do mężczyzn również istnieje odpowiednia klasyfikacja: powiedz, jak wiążesz krawat, a powiem ci kim jesteś, ale z oczywistych powodów nie wzbudza u bohaterów „Black bazar” aż takiego zainteresowania.

Zadkolog jest członkiem Stowarzyszenia Amantów, Pedantów i Elegantów. Nazwa ta brzmi tak nieprawdopodobnie, że czytając ją po raz pierwszy gotowa byłam założyć się, że w rzeczywistości nigdy by coś takiego nie powstało, nikt by czegoś takiego nie założył (chyba, że dla kpiny). A jednak. SAPE to wytwór kolonizacji, wymieszania europejskiego z afrykańskim. Powstało na początki XX wieku, kiedy afrykańscy mężczyźni zaczęli upodabniać się strojem do Europejczyków, naśladować zachodni styl, uważany za wyjątkowo elegancki, wręcz wytworny. Subkultura „sapeurów” wśród lokalnej społeczności po dziś dzień stanowi synonim dobrego gustu i nienagannych manier. Jej członkowie to dandysi, artyści życia, przestrzegający specjalnego kodu estetycznego, wzbudzający najwyższy szacunek.

Jednak członkowie SAPE przeniesieni na grunt francuski, odcięci od tradycji, są raczej śmieszni. Zadkolog wszystkie swoje ubrania sprowadza z Włoch, nosi marynarki, które mną się w szlachetny sposób i są delikatne w dotyku, uszyte z dwustuprocentowej wełny, żakardowe skarpetki, kołnierzyki sztywne, podwójne, krawaty jedwabne, włosy zaczesane, wąs przystrzyżony. Poza tym mieszka w nędznych, bardzo nędznych, warunkach, pracuje na pół etatu jako tragarz. Grunt to wyglądać. Wygląd jest sposobem na zamaskowanie problemów z tożsamością, na ciągłe jej poszukiwanie, bo przecież większość imigrantów znalazła się we Francji dzięki kupionym na czarnym rynku dokumentom. Teraz noszą fałszywe nazwiska i jak ognia unikają urzędów. Mimo marnych warunków egzystencji i nagłaśnianego problemu wielkiej dziury w budżecie ubezpieczeń społecznych Francji, spowodowanej liczebnością imigrantów, prawdopodobnie nigdy nie wrócą do kraju, a po śmierci rodzina przehandluje ich prawdziwą tożsamość kolejnym pokoleniom uciekającym z Czarnego Lądu.

Mabanckou opowiada swobodny tonem o poważnych sprawach. Pod powłoką powszechnej kpiny, z niewzruszoną twarzą prześmiewcy, porusza problem kolonizacji, z którym żadna ze stron się jeszcze nie uporała. Pisze o postrzeganiu Afrykańczyków przez Europejczyków (chodzą do szkoły z drapieżnikami na smyczy, bawią się z nimi podczas długiej przerwy, by potem odprowadzić je uprzejmie do dżungli, gdzie ich rodzice czekają na brzegu rzeki Kongo, bo podziękować nam za fatygę) i na odwrót (nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że żyjemy w tym kraju, ponieważ wszyscy udają, że nas nie widzą). Zwraca uwagę na politykę, sprawy społeczne i gospodarcze. Jednak robi to wszystko dopiero, gdy wyśmiejemy się do końca, bo przecież „poważne sprawy” nie musza oznaczać patosu i nadęcia. 

Alain Mabanckou, Black bazar, wydawnictwo Karakter, Kraków 2010.

Tagi: Alain Mobanckou Black bazar wydawnictwo Karakter powieść recenzja Martyna Jabłońska



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/zainspirowani_swiatem/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator