G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

"Bydło Culpeppera", czyli western, o którym zapomniano

Autor: Mateusz Skomorowski, dodano: 27-12-2009, 22:09


Zaginiona sztaba złota

Na pierwszy rzut oka – nic wyjątkowego. Oto pewien młodzian – Ben Mockridge (Gary Grimes), śniący o podróżach, strzelaniu z nowo kupionego rewolweru i, ogólnie, byciu kowbojem, porzuca spokojne życie i najmuje się jako pomocnik kucharza w kompanii Franka Culpeppera (Billy Green Bush). Ten zarządza spęd bydła z Teksasu do Colorado i wszyscy – z ogłuszającym „Yeeehaw!” – ruszają przed siebie. Witaj przygodo!
Trawestacja słynnej „Rzeki Czerwonej” (1948) Howarda Hawksa? To byłby przedwczesny sąd. Weźmy chociażby pod lupę właściwy punkt kulminacyjny wspomnianego klasyka – niesforny młodzik (Montgomery Clift) sprzeciwia się swemu nauczycielowi i mentorowi (John Wayne), co staje się powodem napięcia widzów, oczekujących na ostateczną konfrontację bohaterów – krzepkich mężczyzn, pragmatycznych twardzieli. A w „Bydle..”? Figa – bo Ben Mockridge chęci ma wielkie, ale umiejętności małe. Nie radzi sobie w kuchni, spada z konia (którego zresztą i tak kradną mu zapyziali traperzy, gdy bohater udaje się na stronę), a zamiast przyjacielskiego klepnięcia w ramię dostaje obuchem w łeb. Doskonałe jest przede wszystkim tło obyczajowe – osoba z zewnątrz nie ma szans z miejsca odnaleźć się w twardym świecie; saloony sklecone są ze zbutwiałych desek, dziwki z burdeli to nie paryskie damy z koafiurami na głowach, ale wymęczone, starsze kobiety o podkrążonych oczach; żarcie jest podłe, płaca pożałowania godna, a złodzieje i mordercy czyhają za każdym rogiem.
Można pomyśleć, że to kolejny niczym niewyróżniający się antywestern. Jednak reżyser daleki jest od tego, by uciekać w parodię czy epatować przemocą. Chociaż przedstawiony okres stanowi kompozycję o niezwykle sugestywnie oddziałujących elementach, nie można Richardsowi odmówić wrażliwości artystycznej. Przede wszystkim – „Bydło Culpeppera” jest świetnym filmem psychologicznym. Wszyscy główni bohaterowie: Culpepper, Mockridge, banda Russa Caldwella  to ludzie trudni do zaklasyfikowania. Narracja filmu tylko pozornie wydaje się niezharmonizowana i nieudolnie prowadzona – poza dekonstrukcją schematu fabularnego, Richards celowo konfrontuje swych bohaterów z zakakującymi wydarzeniami, umożliwiając widzowi wgląd w aspekty psychiczne. Postacie w ogóle nie schodzą na drugi plan – złamanie zasad dramaturgii uwidacznia się nie tylko wówczas, kiedy broń – zupełnie jak u Tarantino – nieoczekiwanie wypala, ale też w epilogu, którego przewrotności i siły emocjonalnego oddziaływania nie daje się przewidzieć.

Wyjątkowość „Bydła Culpeppera” staje się oczywista, kiedy odwoła się do dokonań reżyserskich Eastwooda. Że Clint film oglądał, to pewne – we wspomnianym „Mścicielu”, nakręconym zaledwie rok później, znaleźli się: Geoffrey Lewis i William O’Connell – pierwszy w podobnej, drugi niemal w identycznej roli, co w dziele Richardsa. Bardziej istotne jest jednak przypuszczenie, że gdyby nie „Bydło…”, kultowy i wielokrotnie nagradzany „Bez przebaczenia” (1992), mógłby nigdy nie powstać – a już na pewno nie w takiej formie.
Oba filmy łączy przede wszystkim motyw przemiany głównego bohatera (czy raczej powrotu do pierwotnego stanu osobowości): u Eastwooda, William Munny wraca do zabijania, ponieważ jest postacią określoną przez przeszłość. Nie ma od niej odwrotu – epilog filmu Richardsa staje przed oczami natychmiast. Jakby tego było mało, razem z Morganem Freemanem i Eastwoodem w dolinach rozbija się Schofield Kid (Jaimz Woolvett), młody rewolwerowiec, który nigdy nie użył broni, a rzekome dokonania przepuszcza przez filtr wybujałej wyobraźni.
To już dostateczny powód, by przywrócić „Bydło Culpeppera” szerszej publiczności. Reprezentując solidne rzemiosło, film Richardsa jest godzien uwagi widzów stroniących od westernów, a swe wyobrażenia opierających na stereotypach. A dla największych malkontentów niech zachętą będzie informacja, że na stanowisku producenta towarzyszącego zasiadł po raz pierwszy dzisiejszy gigant kina, Jerry Bruckheimer – z racji debiutu, chyba nie czuł się zbyt pewnie… i może dlatego film tak się udał.

« Poprzednia | Strona: 2 z 2

Tagi: western antywestern esej Mateusz Skomorowski film kino Dick Richards Clint Eastwood John Wayne



Skomentuj

Fan westernów24-12-2009, 11:34

Jednak są jeszcze ludzie, interesujący się westernem! Dziękuję za ten tekst. Pozdrawiam Szanownego Autora i redakcję portalu, Jacek


Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/Kultura+2.0/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator