„Czym jest historia? Echem przeszłości odbitym przez przyszłość. Odblaskiem przyszłości rzuconym w przeszłość.” - Victor Marie Hugo

Film jest medium, które niewątpliwie bardzo sugestywnie wpływa na wyobraźnię odbiorców. Nic więc dziwnego, że w odwołaniu do tej zasady twórcy sięgali po tę formę sztuki aby w określony sposób sterować reakcjami widzów oraz aby kreować w nich pożądane postawy moralne i społeczne. X muza służyła (i oczywiście dalej to robi) jako ogniwo spajające ludzi wokół spraw im bliskich. Jedną z podstawowych wartości, która jednoczy ludzi jest poczucie tożsamości narodowej. W polskiej telewizji istnieje pewien rytuał, który zakłada, że największym świętom powinny towarzyszyć emisję filmów o charakterze patriotycznym. Przy okazji obchodów najważniejszych rocznic wyświetlane są monumentalne rodzime produkcje utrwalające mit polskiej potęgi, krzepiące serca i karmiące narodowego ducha. Mam tu na myśli obrazy dobrze znane wszystkim Polakom, które stanowią już podstawową warstwę naszego archiwum wiedzy (M.Foucault) i które wypada znać, aby nie być kulturalnym analfabetą w otoczeniu rodaków. Nie zawsze opowieść snuta przez reżysera musi wiernie odtwarzać fakty. Film potrafi w doskonały sposób kształtować swoje wizje dziejów. Czasami fakty stanowią jedynie punkt wyjścia dla ukazania historii fikcyjnych bohaterów. Wiele polskich filmów patriotycznych to zrealizowane z rozmachem adaptacje powieści historycznych. Warto przypomnieć takie dziełach jak „Ogniem i mieczem”, „Krzyżacy” czy „Potop”. W ostatnich latach można zauważyć powrót zainteresowania kręceniem filmów kostiumowych - przykładem niech będą choćby „Katyń” czy „Bitwa Warszawska”
Oglądając polskie filmy historyczne, można zauważyć, że w kinie obecne są dwa sposoby ukazywania przeszłości - pomnikowy i weryfikacyjny. Pierwszy ma na celu umocnienie narodowego ducha poprzez wzbudzenie silnych emocji, w odwołaniu do narodowych mitów. Charakteryzuje się pewną doniosłością oraz dbałością o piękno przekazu. Fabule towarzyszy patetyczna muzyka, sięganie do pamięci zbiorowej oraz silna kreacja głównego bohatera, dzielnego, pięknego i skłonnego do poświęceń w imię ojczyzny. Widz nie przychodzi na taki film, aby uważnie śledzić fakty historyczne a raczej po to, aby przeżyć przygodę, zachwycić się i poczuć dumę z tego, że jest Polakiem. Filmy te pełnią głównie rolę wychowawczą, czasami naginając prawdę historyczną. Drugi nurt kina patriotycznego stara się spojrzeć krytycznie na ważne wydarzenia historyczne. Poruszane są w nim także mało chwalebne tematy, na zasadzie weryfikacji obowiązujących w zbiorowej tożsamości mitów a także polemiki z nimi. Bohaterowie zrzucają maskę bezgranicznego heroizmu, są ludźmi wątpiącymi, pełnymi sprzeczności. Praca nad nimi owiana jest atmosferą skandalu, jak w przypadku filmu "Tajemnice Westerplatte". Często filmy te uznawane są za obrazoburcze, uważane są za dzieła antypatriotyczne. Są jednak niezwykle potrzebne, jeżeli chce się zachować równowagę i nie popaść w propagandowy trans wielkiej i potężnej ojczyzny.
Ciekawym gatunkiem są polskie seriale patriotyczne, które ze względu na systematyczność i cykliczność przekazu mają możliwość trwalszego wpływu na odbiorcę. Według Sławomira Zygmunta (Encyklopedia PWN - Teatr i Film): Ich historia sięga 1965, kiedy nakręcono kilka odcinków filmu Barbara i Jan J. Ziarnika i H. Przybyły o przygodach pary reporterów, którzy jeżdżąc po Polsce w poszukiwaniu materiału na reportaż, pomagali ludziom w rozwiązywaniu ich problemów. Najwięcej seriali w historii polskiej telewizji powstało w latach 70. i, co ciekawe, główną ich tematyką były lata drugiej wojny światowej ( „Kolumbowie”, „ Polskie drogi”, „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”, „Ile jest życia”), powstawały jednak również seriale historyczno-biograficzne („Królewskie sny”, „Wielka miłość Balzaka”). Niewątpliwym sukcesem były dwie produkcje zrealizowane w konwencji komiksowej, traktujące wojnę jako przygodę - czyli opowieści o dzielnej drużynie czołgu Rudy 102 oraz o agencie Hansie Klosie. Od lat 70. można zaobserwować również pewną tendencję obecną w polskim kinie: wielkim produkcjom kostiumowym towarzyszą również ich wersje serialowe, zawierające sceny, które nie zmieściły się w pełnometrażowej wersji. Warto przypomnieć w tym miejscu choćby o "Przygodach pana Michała", telewizyjnej edycji filmu "Pan Wołodyjowski" w reżyserii Jerzego Hoffmana. Mówiąc o dawnych produkcjach nie można pominąć również serialu szpiegowskiego, jakim były „Przyłbice i szpady” z 1985 roku, których akcja rozgrywała się po legendarnej bitwie pod Grunwaldem, a opowiadała o losach pierwszych w Polsce tajnych agentów, działających na chwałę jego królewskiej mości (Władysława Jagiełły). Nie sposób yapomnie również o serialu „Królowa Bona”, portrecie bardzo wyrazistej kobiety ukazanej na tle XV-wiecznych realiów. Janusz Majewski, reżyser "Królowej Bony" powiedział: Są w naszej historii wydarzenia wielkie i znaczące, które moglibyśmy w niezwykły sposób pokazać światu. Odsiecz wiedeńska, cud nad Wisłą, który zdarzył się nie tylko dzięki waleczności armii, ale również za sprawą świetnych polskich kryptologów... Opowiedzieć o kilku triumfach, które miały absolutnie globalne znaczenie. Pokazać nasz wkład w historię i kulturę Europy[1]. W latach 90. nastąpił zastój w produkcji polskich filmów kostiumowych, być może słuszna jest hipoteza publicystki „Rzeczpospolitej” Agnieszki Kwiecień, iż powodem takiej sytuacji były wysokie koszty realizacji takich projektów. Odwołuje się ona do racjonalnych argumentów: Koszty serialu historycznego są o 40 proc. większe niż w przypadku serialu sensacyjnego. Na szczęście impas został przełamany i w 2000 roku do telewizji trafił mini serial „Ogniem i mieczem” mieszczący się w konwencji kinowego megahitu i towarzyszącego mu odcinkowca. Następne były „Quo vadis”, „W pustyni i w puszczy” oraz „Przedwiośnie”.
Ekranizacje historii dla współczesnego widza są interesujące z tych samych powodów, którymi kierują się tabloidy. Oczekiwania publiczności sprowadzają się do ukazania życia prywatnego, namiętności.[2] Artur Zawisza w swoim artykule dla „Przeglądu” zaznacza, że: Majestatyczne posągi herosów dzisiaj nikogo już nie wzruszają, więc fantastycznego Conana Barbarzyńcę zastąpił zmęczony Juliusz Cezar. I rzeczywiście wyprodukowany przez BBC „Rzym” okazał się wielkim hitem gromadzącym przed ekranami telewizorów rzesze fanów. Dlaczego taki obraz nie powstał w Polsce, skoro nasza historia aż kipi od fascynujących pretekstów do snucia fabuły? Aż prosi o to, aby ktoś się nad nią pochylił i opowiedział ubierając w odpowiednie szaty. Dziennikarz „Przeglądu” w cytowanym już artykule w następujący sposób tłumaczy tę kwestię: Taka produkcja nigdy nie powstała w Polsce, ponieważ rodacy są szczególnie uwrażliwieni na historyczne emocje. Po czym nieco dalej dodaje: W przeciwieństwie do epickich opowieści zachodniego świata u nas przez lata dominowała liryka i misyjno-propagandowa logika. Choć trzeba przyznać, że w wielu przypadkach nie przyczyniła się do artystycznej miałkości dzieł. „Polskie drogi”, „Czterej pancerni i pies” czy „Królowa Bona” to arcydzieła małego ekranu. Profesor Wiesław Godzic, medioznawcza zauważa, że seriale historyczne wciąż pełnią w Polsce rolę służalczą w odniesieniu do prowadzonej polityki historycznej. Polskim produkcjom zarzucane jest również, że świat w nich kreowany jest zbyt uładzony, jednoznaczny, szkolny, nie próbujący wydostać się z ram konwencji – jeśli wojna, to okrutna, jeśli patriotyzm, to żarliwy… Być może dlatego nowe seriale historyczne, zapoczątkowane w 2007 roku emisją „Twierdzy szyfrów” są bez porównania mniej spektakularne, choć ich wysoka oglądalność świadczy o tym, że Polacy chcą oglądać nie tylko telenowele, ale również produkcje kostiumowe, coraz popularniejsze również na zachodzie. Co ciekawe gatunek ten staje się bardziej doceniany także wśród twórców, np. laureat Oscara, Neil Jordan wziął udział w produkcji „Rodziny Borgiów”, wyjaśniając, że dzięki takiej formule niektóre wątki mogły zostać rozszerzone, co pozwala widzowi na lepsze wniknięcie w ewolucje postaci. Artur Zawisza w swojej krytyce idzie jeszcze dalej pisząc: Historyczny serial dokumentalny z prawdziwego zdarzenia w Polsce nigdy nie powstał. Na przeszkodzie stał zbyt namiętny stosunek do własnych dziejów. Ocena ta jest chyba jednak zbyt jednoznaczna i krzywdząca dla tych naprawdę dobrych, starych produkcji, które owszem manipulują historią, czasem nawet ją przeinaczają, aczkolwiek niewątpliwie mają walory estetyczne, a ich narracja jest pasjonująca i wciągająca.
Zanim jednak przejdę do porównania trzech, najbardziej kultowych PRL-owskich seriali historycznych - (mam na myśli „Czterech pancernych i psa”, „Stawkę większą niż życie „ i „Polskie drogi”) z najnowszymi rodzimymi produkcjami kostiumowymi („Tajemnica twierdzy szyfrów”, „Czas honoru” , „1920. Wojna i miłość”), warto odnieść się do artykułu „Wojna i nuda” Cezarego Michalskiego. Pisze on, że nowe polskie seriale historyczne są bezgranicznie smutne[3] i dowodzi, że obecne produkcje korzystają z dziedzictwa swych PRL-owskich poprzedników, w aspekcie konwencji wywodzących się od sposobu narracji typowej dla Henryka Sienkiewicza, który świadomie wybrał najpłytszą, najbardziej rozrywkową – konwencję płaszcza i szpady(…)odrzucając powieść historyczną z ambicjami intelektualnymi, jak choćby „Wojnę i pokój” Lwa Tołstoja, gdzie istotniejsze od warstwy przygodowej są poważne rozważania na temat historii, władzy, drogi cywilizacyjnej obranej w XIX wieku przez naród rosyjski. Sienkiewicz uznał, że Polacy sto lat po utracie własnego państwa potrzebują powieści pisanych ku pokrzepieniu serc – dziarskich, przygodowych i niedzielących włosa na czworo[4]. Czytając dalej widzimy, że dziennikarz nie pozostawia na najnowszych obrazach suchej nitki: Bohaterowie nie mają pojęcia, w czym biorą udział. Historia ich przerasta. Jej twórcami są w tych filmach Rosjanie, Niemcy, czasem alianci; Polacy są wyłącznie bezradnymi ofiarami. Żyją w grupie koleżeńskiej, czasami w rodzinie, ale w historii świadomie i podmiotowo w ogóle starają się nie uczestniczyć. Według Michalskiego dopóki nie zmieni się nasz stosunek do historii, dopóty polskie seriale będą powielać smutne, martyrologiczne opowieści. Warto zrozumieć, że nie byliśmy w niej [historii] wyłącznie ofiarami, lecz także sprawcami - dodaje nieco zgryźliwie. Odnosząc się do najnowszych seriali patriotycznych Michalski pisze: Z bólem serca trzeba jednak przyznać, że PRL-owskie produkcje z gatunku płaszcza i szpady były znacznie lepsze. „Czas honoru” i „1920. Wojna i miłość” to Sienkiewicz pozbawiony Zagłoby, Luśni czy Rocha Kowalskiego. Kompletnie wyprany z humoru, który pozwalał bez bólu oglądać nie tylko „Przygody pana Michała”, lecz także Gustlika w „Czterech pancernych” (Franciszek Pieczka genialnie grający Ślązaka bez ukrytej opcji niemieckiej). Na tym tle oba sztandarowe seriale telewizji publicznej są bezgranicznie smutne. Cichociemni oraz ich żony i kochanki w nieustającej żałobie, ułani i ich upadłe kobiety. Oba seriale wyjątkowo dobrze pasują do posmoleńskiej Polski, gdzie o klimacie społecznym decyduje martyrologia zaprawiona jadem. Krytyka nastawiena jest raczej negatywnie do najnowszych rodzimych opowieści historycznych, którym według nich brakuje humoru, dystansu, nowoczesnych rozwiązań technologicznych oraz wyrazistych bohaterów. Co ciekawe, wszystkie brakujące elementy odnajdują w produkcjach zagranicznych, zarówno tych starszych („Allo, Allo”), jak i nowszych („Rzym”) . Na tej wszechogarniającej fali rozszalałego defetyzmu i krytyki postanowiłam również przyjrzeć się temu, jak polscy twórcy serialowi portretowali i portretują naszą historię.
"Polskie drogi" były jednym z najpopularniejszych seriali lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Pierwsze odcinki wyemitowane zostały w 1977 roku. Dzieło Jerzego Janickiego i Janusza Morgensterna to wielowątkowa opowieść o losach Polaków w latach II wojny światowej ukazana przede wszystkim z punktu widzenia dwóch głównych bohaterów - porucznika Władysława Niwińskiego (Karol Strasburger) i Leona Kurasia (Kazimierz Kaczor). Janusz Morgenstern potraktował pracę nad serialem jako dopełnienie swoich poprzednich filmów o II wojnie światowej - "Kolumbów" i "Potem nastąpi cisza". Jest to kontynuacja o nieco odwróconej chronologii. "Kolumbów" poświęciłem tylko losom żołnierzy Armii Krajowej. W "Polskich drogach" obszerniej zajmujemy się lewicą społeczną, nie zapominając o ugrupowaniach AK - tłumaczył reżyser w jednym z wywiadów[5]. Fabuła serialu skupiała się głównie wokół problemu radzenia sobie zwykłych ludzi z okupacją; konspiracja i akcje zbrojne zostały odsunięte na dalszy plan.
Wspomniany przeze mnie już Cezary Michalski uważa, że do stylistyki „Polskich dróg” nawiązali twórcy serialu, którego czwarty sezon jest obecnie nadawany w telewizyjnej dwójce. Osią fabularną „Czasu honoru” jest historia Cichociemnych. Odcinkowiec inspirowany jest historią polskich dywersantów, którzy w czasie II wojny światowej przechodzili w Anglii szkolenia, by wrócić do okupowanej przez Niemców Polski z misją konspiracyjnej walki o niepodległość. W opowieści obecne są również zmagania niemieckiego wywiadu z polskim państwem podziemnym, dodatkowo zaznaczona jest działalność sowieckiego wywiadu wojskowego GRU, a obok żołnierzy Armii Krajowej pojawiają się członkowie Armii Ludowej. Moim zdaniem serial ten jest zrealizowany naprawdę dobrze i wcale nie jest ani nudny, ani smutny. Trzeba zwrócić uwagę na doskonałą obsadę. W serialu zobaczymy m.in. bardzo zdolnych aktorów młodego pokolenia: Magdalenę Różczkę, Karolinę Gruszkę, Jana Wieczorkowskiego, Macieja Zakościelnego, Antoniego Pawlickiego, Jakuba Wesołowskiego oraz świetnych, bardziej doświadczonych artystów: Danutę Stenkę, Ewę Wencel, Krzysztofa Globisza oraz Piotra Adamczyka, który idealnie wcielił się w rolę hitlerowca. Akcja serialu rozgrywała się głównie w Warszawie, w tym w getcie warszawskim, a także na terenach Generalnego Gubernatorstwa, Anglii, Włoch i Großdeutsches Reich. Niewątpliwie mocną stroną serialu jest muzyka autorstwa Bartosza Chajdeckiego, który został nominowany do nagród Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Muzyki Filmowej (IFMCA) za najlepszą muzykę do serialu telewizyjnego.
Kolejnym serialem, wobec którego nie można pozostać obojętnym, jest „Stawka większa niż życie” z niezapomnianym Stanisławem Mikulskim w roli Hansa Klossa. Dzieło to powstało w latach 1967-68 i było następstwem powodzenia czternastu przedstawień Teatru Sensacji z lat 1965-67. Sukces serialu był oszałamiający, także za granicą, a rola głównego bohatera, agenta J-23 załamała karierę jej odtwórcy. Serial został zrealizowany z rozmachem, grała w nim śmietanka polskich aktorów. Oczywiście nie brakuje ciekawych anegdot związanych z pracą nad odcinkowcem, np. sceny rozgrywające się Stambule kręcono w Szczecinie, z Cyganami w rolach Turków. Nie można zapominać o propagandowym wymiarze „Stawki…”, przez który prezes Wildstein, pod zarzutem zakłamywania historii Polski, zdjął serial z anteny, co spotkało się z ostrą krytyków fanów.
O losach tajnego podwójnego agenta opowiada także emitowany od 7 września 2007 do 30 listopada 2007 w TVP1 obraz „Twierdza szyfrów”. Serial ten jest ekranizacją powieści Bogusława Wołoszańskiego pod tym samym tytułem. Głównym bohaterem jest polski agent Johann Jörg (kryptolog), służący w niemieckiej armii na stanowisku kapitana, który próbuje przechwycić niemiecką maszynę deszyfrującą zwaną rybą mieczem. Tytułowa „twierdza” to zamek Czocha, w którym kręcono również Wiedźmina i do dziś obejrzeć można atrapę pokoju znanego z serialu. Mimo umiejętnego zastosowania przez Wołoszańskiego faction (połączenie faktu i fikcji) całość wypada koszmarnie nudno. Fabuła rozwija się bardzo wolno, wręcz ślamazarnie i nie zachęca do czekania z zapartym tchem na kolejny odcinek.
Całkiem odwrotnie jest z kolejnym klasykiem. „Czterej pancerni i pies” to z całą pewnością jeden z najlepszych polskich seriali. Pierwsze odcinki zostały wyemitowane w telewizji publicznej w 1966 roku. Jak na lata 60. „Czterej pancerni i pies” mogą być bez obaw nazywani superprodukcją. Zawdzięczają to po części hojnemu finansowaniu przez państwo, ale też niemal nieograniczonej współpracy wojska, świetnemu zespołowi aktorskiemu i ekipie realizacyjnej. Co ciekawe w produkcji użyto nawet oryginalnego poniemieckiego sprzętu artyleryjskiego i samochodów, a efekty pirotechniczne uzyskano dzięki pomocy wojska, w realizacji wizji artystycznej wzięły udział prawdziwe czołgi, armaty oraz żołnierze, którzy strzelali z ręcznej broni automatycznej. Bardzo ważną rolę odegrał Żagań oraz poniemiecki kompleks koszarowy Żagań-Las. Jako, iż w mieście ocalała przedwojenna architektura, kilka scen szturmowania stolicy Polski powstało na zwykłym dziedzińcu żagańskiego podwórka. Wiesław Gołas w rozmowie przeprowadzonej dla "Dziennika" wspomina, że Szarika grały aż trzy psy. W zależności od sceny był wybierany np. węszący albo atakujący. A żeby w filmie nie było widać, że Szarika nie gra jeden zwierzak, dwa miały farbowaną sierść. Co ciekawe, ten sam owczarek niemiecki, zagrał także we wspomnianej "Stawce większej niż życie”. Wilczur- gwiazdor, (tresowany przez mistrza Franciszka Szydełko) zdechł ze starości, ale spreparowane i wypchane ciało zwierzaka można do dziś oglądać w podwarszawskiej szkole policyjnej. Mimo ogromnej sympatii widzów w 2006 r. zapadła decyzja, o zdjęciu serialu z anteny z analogicznych do opowieści o agencie J-23 powodów. Co więcej TVP odmawiała udostępniania go kanałom komercyjnym. Dopiero program „Kino Polska” dzięki nabyciu praw do wersji kinowej ponownie pokazał przygody kompanii czołgu Rudy 102. Losy serialowych przyjaciół cieszą się nadal ogromnym zainteresowaniem widzów o czym może świadczyć dokument Słodkowskiego „My czterej pancerni”, który miał premierę 19 września 2009 w kinie w Żaganiu. Twórca filmu wraz z Markiem Łazarzem - autorem książki zatytułowanej "Czterej pancerni i pies. Przewodnik po serialu i okolicach” twierdzą, że serial przetrwał próbę czasu i wciąż jest oglądany przez całe rodziny.
Czy podobnie będzie z najnowszym polskim serialem patriotycznym? „1920. Wojna i miłość” w czasie swojej emisji przyniosła telewizyjnej Jedynce trzecie miejsce pod względem oglądalności, po „Barwach szczęścia” i „Na Wspólnej” (według serwisu Wirtualnemedia.pl). Zdjęcia do serialu realizowano głównie w plenerach Podkarpacia w tym w Rzeszowie, Jarosławiu, Sanoku, Suchej, Modlinie, Cieksynie i pod Warszawą. Uszyto prawie 3 tys. mundurów z dbałością o historyczne detale. W filmie zagrało ponad 200 aktorów, wśród nich oglądać można takie sławy jak: Danutę Stenkę (Teresa Olszyńska), Mirosława Bakę (marszałek Piłsudski), Lesława Żurka (Miecio) oraz Piotra Gąsowskiego (Lipman). Jest tu historia, batalistyka, ale też przygoda, miłość, życie codzienne. Regularna emisja rozpoczęła się 2 marca 2011 roku, pierwsza i jak na razie jedyna seria liczyła trzynaście odcinków. Fabuła opowiadała o przyjaźni trzech żołnierzy: Bronisława, Władysława Jarocińskiego i Józefa Szymańskiego. Według Artura Zawiszy „1920. Wojna i miłość” dowodzi, że polscy twórcy zauważyli zachodnią tendencję tworzenia nowoczesnych produkcji kostiumowych i postanowili z niej skorzystać, rzecz jasna biorąc pod uwagę ograniczone możliwości finansowe, nieporównanie niższe od zagranicznych produkcji. Jako potwierdzenie przytacza słowa Beaty Pisuli, producentki serialu: „1920” do komercyjnych nie należał, To nie było „M jak miłość” ani „Ojciec Mateusz”, tylko historyczny fresk skierowany do określonej, wyselekcjonowanej widowni[6]. Mimo poświęcenia i dobrych chęci ze strony twórców serial nie uniknął krytyki. Przykładowo, Cezary Michalski uważa, że: W serialu nie ma jednak miejsca na to, żeby pokazać Polaków jako suwerenny podmiot czy wręcz dumnego inspiratora wojny 1920 roku. Jest tylko martyrologiczna samoobrona polskości: przed upadłymi kobietami w roli sowieckich agentów, przed brutalnymi rewolucjonistami[7]. Inni antagoniści zarzucali tej produkcji nadmierne operowanie patosem, sztuczny monumentalizm oraz natarczywą funkcję edukacyjną.
Dopóki nie uwolnimy sztuki od szeregu funkcji, których wypełnienia od niej oczekujemy (edukowania, tworzenia kultury), dopóty oglądając seriale kostiumowe będziemy oceniać je poprzez pryzmat patriotycznych odczuć. Całkowite uwolnienie sztuki jest jednak niemożliwe. Artysta zawsze tworzy myśląc o odbiorcach swojej twórczości (nawet gdy się do tego nie przyznaje), dlatego też dzieła opowiadające o zdarzeniach ważnych dla społeczności określonej zbiorowości zawsze będą wywoływały żywe dyskusje. I bardzo dobrze. Dzięki nieustannym konfrontacjom przypominamy sobie o chwalebnych czynach przodków oraz mamy możliwość weryfikacji narodowych mitów. Pewne pozostaje jedynie to, że interpretacja historii w dużej mierze determinowana jest poprzez aktualną sytuację polityczną. Rządzący dokonują oceny historii, medalami powołują bohaterów, mówią jakie rocznice należy upamiętniać, a o jakich zapomnieć. Jeżeli wierzyć Napoleonowi Bonaparte historia to uzgodniony zestaw kłamstw, a skoro w powszechnym mniemaniu telewizja kłamie to możemy spodziewać się, że wkrótce powstaną kolejne seriale historyczne. Czekam z niecierpliwością.
1- Agnieszka Kwiecień, Porzucone seriale historyczne, Rzeczpospolita, 03-01-2008
2- Artur Zawisza, Megaseriale- Gra historią, Przegląd 29/2011
3-Cezary Michalski, Wojna i nuda, Nesweek 23-04- 2011
4- Cezary Michalski, Wojna i nuda, Nesweek 23-04- 2011
5- http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/123694
6- Artur Zawisza, Megaseriale- Gra historią, Przegląd 29/
7- Cezary Michalski, Wojna i nuda, Nesweek 23-04- 2011
Tagi: Anna Woźniak cykl-patriotyzm Czterej pancerni i pies Stawka większa niż życie Polskie drogi Tajemnica twierdzy szyfrów Czas honoru 1920.Wojna i miłość,