3 października, nakładem Blend Records, ukazała się płyta autorstwa Tomasza Andersena, znanego dotychczas jako Roszja, zatytułowana „Wbrew wskazówkom”. Jest to concept album osadzony w klimacie science fiction, którego akcja dzieje się we Wrocławiu, co jest pomysłem bezprecedensowym na polskiej scenie hip-hopowej. Na tle świetnie wyprodukowanych, skąpanych w funku beatów Andersen opowiada historię, która wydarzyła się w roku 2071.

Jakub Kasperkiewicz: Na potrzeby swojego najnowszego albumu zmieniłeś pseudonim z Roszja na Tomasz Andersen. I, oczywiście, w pierwszej chwili nasuwa się znany wszystkim z dzieciństwa Hans Christian. Czy twoje najnowsze dokonanie ma coś wspólnego z baśniami?
Tomasz Andersen: Hans Christian Andersen to trop oczywisty, ale to nie jego miałem na myśli. Wybierając ten nick zadawałem sobie sprawę z tego, że polscy odbiorcy będą myśleli o nim. Z drugiej strony podejrzewam, że jest to po prostu popularne nazwisko na północy Europy. Podczas podróży do Holandii, często rzuca się w oczy nazwisko Hendrix. Czy Jimi pochodził z Holandii? Starsky, kolega Hutcha, niekoniecznie był Polakiem. W Polsce „Andersen” najbardziej kojarzy się z Christianem. Jednak to nie wyglądało tak. Pewnie jesteś ciekaw, jak. (śmiech)
Pewnie!
Tropów było kilka. Jednym z nich jest Neo z „Matrixa”. „Oryginalnie” nazywał się Thomas Anderson, ale to nazwisko wydawało mi się nazbyt amerykańskie. Wystarczy jedna literka, żeby Europa zamieniła się miejscami z Ameryką. Poza tym istnieje manufaktura Andersena produkująca ręcznie składane zegarki. Ekskluzywne, pojedyncze egzemplarze. Wszystko na „Wbrew wskazówkom” wiąże się z czasem. Podjąłem więc trop „zegarmistrzowski”.
Ostatni utwór na płycie nazywa się nawet „Wehikuł".
Ta płyta jest w zasadzie wstępem do przygód Tomasza Andersena. Zaledwie naszkicowałem postać i czasy, z których pochodzi. Dopiero pod koniec pojawia się wątek, który dla mnie wydaje się być najbardziej interesujący, motyw z "Wehikułu czasu" Herberta George’a Wellsa. To jest główny przedmiot naszego aktualnego zainteresowania.
Afrojax, lider Afro Kolektywu, powiedział o tobie: „jest najlepszym melodykiem wśród polskich raperów, w swoim podśpiewywaniu idzie dalej niż inni, nie tracąc przy tym przebojowości, ale robi wszystko, żeby nie zostać popularnym, choć powinien zostać i to bardzo”. Inna osoba, anonimowy internauta, stwierdziła: „ten typ to jakiś fenomen polskiej sceny muzycznej, szkoda że niedoceniany i raczej są małe szanse na to, żeby to kiedykolwiek się zmieniło”. Jak to jest z twoją popularnością i promowaniem się?
Czy naprawdę Afrojax tak powiedział? Jeżeli tak było, to bardzo dziękuję jemu, ale również wszystkim innym lubiącym to, co robię. To, co wyczyniają w Polsce komercyjne media, w jaki sposób wpływają na odbiorców, wydaje się być przekroczeniem etycznych granic. Promujemy się minimalnie. Na studiach ekonomicznych czy prawniczych produkuje się taśmowo urzędników, którzy mają zarządzać kapitałem. Ale jakim kapitałem? Jesteśmy followerem Stanów Zjednoczonych i jeżeli nie zaczniemy dostrzegać własnego potencjału i będziemy tylko podążali za czyimś schematem, to na zawsze pozostaniemy na końcu. Widzimy jak te zachodnie rzeczy dobrze wyglądają. Byle duperel dobrze wygląda. A u nas nawet najlepsze produkty mają problem z kompletnym opakowaniem. Nie ta skala, nie ten budżet. Nawet zastrzyk gotówki nie uratuje kondycji wielu z krajowych produktów.
Czy decydując się na concept album, nie bałeś się tego, że opowiadając utworami jedną historię spowodujesz, że wyrwane z tej całości nie będą się bronić jako niezależne piosenki, że stracą na uniwersalności?
Sound zrobiłem z pomocą kilku osób. Teksty nie powstawały jednorazowo. Nie jest to historia misternie zaplanowana od początku do końca. Wiedziałem, że nagrywam fabułę. Dlatego pojawił się nowy nickname. Mam nadzieję, że wszystko gra, zarówno w całości, jak i osobno.
„Wbrew wskazówkom” nie jest zwykłym concept albumem, bo, zwłaszcza względem realiów polskiego hip-hopu, podejmuje niezwykłą tematykę – wszystko skąpane jest w klimacie science fiction. Głównie inspirowałeś się chyba twórczością Philipa K. Dicka?
Między innymi. Płyta jest wypadkową wszystkich moich zainteresowań. Z literatury znajdziesz wątki Janusza Andrzeja Zajdla, Philipa K. Dicka, George’a Orwella i innych.
W jednym z utworów pojawia się fraza „powrót z gwiazd”, co by wskazywało na Stanisława Lema.
To jest tytuł powieści Stanisława Lema, zgadza się.
I wyczuwalne są również elementy antyutopijne. A przypadkiem wiem, że twoją ulubioną powieścią jest „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury’ego.
Tak, to jedna z lepszych książek jakie czytałem. Posługuję się tą antyutopią. Ludzie bardzo mało czytają, chętniej skaczą po kanałach na YouTube. "451’" posiada wyrazisty przekaz.
Jedyna rzecz, jaką fanpage twojej płyty „lubi” na Facebooku to właśnie ta powieść…
Chcę zwrócić uwagę na rzeczy ważne. Jeżeli ktoś będzie zainteresowany, a nie zna Bradbury’ego, to mam nadzieję, że przeczyta. Może lektura otworzy czytelnikowi jakąś klapę, może przeczyta coś jeszcze... Jeżeli komuś spodoba się Bradbury, to na pewno ruszy jakimś śladem kolejnych, na przykład Zajdla, Lema…
Z tym że Lem to już nie jest spacerek.
Lem zasługuje na Nobla o wiele bardziej niż Obama. Stanisław Lem odwalił kawał dobrej roboty, chociaż jest to nie do ogarnięcia dla wielu z nas. Najwyższej klasy literatura światowa. Jest to poziom mistrzowski. Jedyne co mogę, to czytać go z pokorą, próbować się czegoś nauczyć. Philip K. Dick to zupełnie inna historia. Byłby dużo mniej znany, gdyby nie Hollywood. W swojej twórczości nie porywam się z motyką na Księżyc, staram się wykorzystywać nieskomplikowane historie typu pulp, wpływy blacksploitation, porzucone opowiadania.
W takim razie tworząc album myślałeś pewnie też o Tarantino.
„Pulp Fiction” to film, który znacząco wpłynął na kino rozrywkowe. Ale jeżeli już się zdradzam z moimi inspiracjami, to chcę powiedzieć, że jestem wielkim fanem gościa, który nazywa się Sam Raimi. Przede wszystkim filmu, który krążył na kasetach VHS opatrzony polskim tytułem „Taniec diabła” (org. "Evil Dead"). Uważam, że to jeden z najlepszych tanich horrorów, jakie kiedykolwiek powstały.
Masz na myśli całą serię, czy może tylko pierwszą część?
Największe wrażenie zrobiła na mnie część druga. Jedynkę obejrzałem długo, długo później. W Polsce jako pierwsza dostępna była dwójka. Trzecia w ogóle mnie nie porwała. Jest to oczywiście specyficzna rzecz – jeżeli ktoś lubi „Braindead” Petera Jacksona, to będzie bawił się świetnie. Groteskowy, śmieszny czarny humor.
Okładka albumu za to skojarzyła mi się z grą „Fallout”.
Niestety nie grałem. Okładkę zaprojektowała ekipa Juice. Znamy się i lubimy swoje prace. Na przykładzie okładki widać, że nasze myślenie o przyszłości, ogólne prądy myślowe, gdzieś nakładają się na siebie. Odnalazłem jedno z pierwszych wydań „Cylindra van Troffa” Janusza Andrzeja Zajdla, które oprawione zostało w podobny motyw graficzny.
Co jest takiego we Wrocławiu, że pisze się o nim poczytną beletrystkę i umiejscawia w nim fabuły koncept albumów? Czy to nie we Wrocławiu wydarzy się Wielki Incydent, o którym rapujesz?
Mieszkamy na południowym zachodzie kraju. Niestety kawałek od stolicy. Miasto ma swoją specyfikę. Podobno jest jednym z najcieplejszych w Polsce. Ze wszystkich dużych polskich miast jest najbliżej Pragi i Berlina. Prawdopodobnie z powodu położenia dostęp do kapitału jest trochę lżejszy, niż w miastach położonych głębiej. Opowiadam o miejscu, z którego pochodzę. Ale Wielki Incydent nie wydarzy się w 71. Ta fala przyjdzie do nas z Zachodu.
Popularne książki o Wrocławiu traktują o przeszłości, ciebie jednak interesuje przyszłość.
Pisząc o przyszłości piszę o teraźniejszości. Każdy, kto czytał literaturę science fiction, zdaje sobie sprawę z tego, że to są opowieści tak naprawdę o tym, co się dzieje aktualnie, ulokowane w charakterystycznej dla tego nurtu scenografii.
No właśnie, opowiadasz, że mieszkasz we Wrocławiu, w roku 2071, światem rządzą korporacje i na świecie szaleje kryzys. To w sumie nie brzmi jak przyszłość.
Są zdarzenia powtarzające sie cyklicznie. Kiedy zacząłem nagrywać płytę, był rok 2008. Zaczęło się dziać to wszystko, o czym trąbią media. Kolejna duża recesja w Ameryce. Prędzej czy później padniemy jej ofiarą. Przekonamy się, że to wynika z pewnej globalnej sytuacji, a nie jest winą Żydów, masonów, gejów… oni nie mają z tym nic wspólnego. Chodzi o globalny kapitał, który jest poza kontrolą państwową i przepływa nad naszymi głowami. Agresywni kapitaliści, czy jak mówi Chomsky – „tyranie”, nie liczą się kompletnie z ludzkim życiem – interesuje ich kumulacja kapitału. I tutaj Polska nie ma nic do powiedzenia.
Skoro już zdradziliśmy kilka szczegółów fabuły – kim jest główny bohater twojego albumu i jakie ma zadanie do wykonania?
Tomasz Andersen prowadzi normalne życie, ale na boku zajmuje się pół-legalnymi interesami. W roku 2071 już nie rodzą się kobiety, jest ich coraz mniej. Te, które pozostały przy życiu, są wiekowe. Stąd duże zapotrzebowanie na tak zwane „zule do towarzystwa”. Andersen odgrzebuje i rewitalizuje te, które właśnie mają powrócić. Zleceniodawcy to najczęściej ludzie zamożni, tłuste koty.
To się ciekawie zbiega, bo wykopujecie byłą gwiazdę Capitolu, który teraz jest przecież zburzony.
Wiedziałem, że tak to będzie wyglądać. Wystarczy przejść się do biblioteki. Zdradzę ci, że w alternatywnym wymiarze, w którym za bardzo polecieliśmy w stadiony i autostrady, Capitol nigdy nie zostanie odbudowany. Stąd tak wielkie zapotrzebowanie na gwiazdy, które kiedyś w nim występowały.
W dużej mierze sam wyprodukowałeś „Wbrew wskazówkom”. Pomagali ci DJ Name i Magierski.
Tak. Na Magierę zawsze mogłem liczyć. DJ Name, czyli Dawid Szczęsny, dorzucił kilka dźwięków i beatów. Znamy się od wielu lat i jeden drugiego wkurza, ale i tak się lubimy. Najważniejszą postacią konserwującą wehikuł jest Marcin Cichy, człowiek dzięki któremu zawsze szczęśliwie wracam do roku 2071.
„Kruki” to jedyny kawałek na płycie, do którego produkcji nie przyłożyłeś ręki, zajął się tym Magierski. Bardzo fajny track – mroczny, trip-hopowy.
Kilka lat temu poprosiłem Magierskiego, żeby zrobił dla mnie ciężki track. Wtedy jeszcze nie było takiej eksplozji dubstepu, a ja szukałem czegoś w zbliżonym klimacie. Magiera nie jest specjalistą od wszystkiego, ale pewne rzeczy potrafi zrobić mistrzowsko. Zmieszanie pomysłów dało nam w efekcie "Kruki", mroczne nagranie z pogranicza trip-hopu.
W „Krukach” również pojawia się odwołanie do literatury, ale tym razem nie fantastycznej.
„Kruki rozdziobią Tomasza Andersena”, tak. Chciałem się odwołać do martyrologii. Co innego może nas tutaj czekać? (śmiech)
A skąd pomysł na to, żeby w środku historii o wykopywaniu trupów i podłączaniu ich mózgów do prądu wtrącić wątek romansowy w postaci takich kawałków, jak „Taka jaką jesteś”, czy „Ostatnia noc maja”?
Andersen po nieudanej próbie pozbycia się uszkodzonej Zuli (Zuli P. – gwiazdy Capitolu, przyp J.K.) postanawia odpocząć i zapada w sen. "Ostatnia noc maja" i "Taka jaką jesteś" to marzenia senne Andersena, z których wybudza go telefon. Konwencji science-fiction towarzyszy wątek miłosny. Tak jest w „Łowcy androidów”, w „1984” Orwella, Bradbury’ego i u innych autorów.
Ukazały się dwa teledyski promujące „Wbrew wskazówkom” i przed żadnym z nich nie pojawiają się liczne loga różnych firm. Czy w takim razie mocno Was trzepnęło po kieszeni ich zrealizowanie?
Budżety obu klipów wyniosły zero pln'ów. Nie licząc tego, że trzeba zadzwonić, dojechać samochodem, upiec mózg. Drobiazgi. Klip do „Taka jaką jesteś” zrobiłem sam w pojedynkę. "Ona mówi" to praca zespołowa. Pomagali mi Marcin Podgórny, Bogumił Paszkiewicz i wielu, wielu ludzi, którym dziękuję i których pozdrawiam. Wszystko co najlepsze powstaje przy bezinteresownym zaangażowaniu przyjaciół, znajomych, fanów, a zdarza się również, że nieświadomych swojej dobrej roboty wrogów.
Album „Wbrew wskazówkom” ukazał się nakładem Blend Records, wytwórni, której rzekomo nie ma od 2007 roku. Jak to jest?
Gdybym poszedł po prośbie do zarządu braci Warner w Polsce, to przy sprzyjających wiatrach dopłynąłbym na koniec katalogu 100 lat po Maryli Rodowicz. Po Maryli jest jeszcze trzy tysiące artystów i ja bym tam gdzieś na końcu stał w dziurawych skarpetach. To by było jeszcze gorsze, niż obecna sytuacja, w której wydaliśmy w nieistniejącym Blendzie płytę, która zostanie nagrana za 60 lat.
Ale jak to było dokładnie – to jest Qulturap jedynie z etykietką Blend?
Zupełnie coś innego. Marek „Orzeł” Gluziński, szef Qulturapu, postanowił całkowicie zamknąć Blend. Qulturap jest wytwórnią coldwave’ową. Nie wiem czy to odpowiednia szuflada, ale generalnie chodzi o rzeczy eksperymentalne, brudne, z pogranicza elektroniki. Andersen nie pasuje do tej stylistyki.
Czyli to nie jest tak, że Blend „wraca”?
Blend wykopaliśmy razem z Zulą. O ewentualny powrót labelu należałoby pytać komandora Orłowa, który został w 2071 roku.
A kiedy możemy się spodziewać nowego Andersena? Mam nadzieję, że nie za kolejne trzy lata.
Szkice muzyczne są w dużej mierze już przygotowane. Tracków jest więcej, niż plan obejmuje. W tę podróż zabiorę muzyka z lat osiemdziesiątych. Płyta będzie chłodna.
A jakieś koncerty?
Ta część Andersena ruszy od nowego roku. W okolicach karnawału zagramy koncert premierowy "Wbrew wskazówkom", najpierw dla Wrocławia, następnie wszędzie tam, gdzie publiczność będzie chciała nas posłuchać i zobaczyć.
Tagi: Tomasz Andersen Roszja Wbrew wskazówkom Blend Records wywiad
ttto29-11-2011, 14:00
fajny i ciekawy wywiad podobnie jak i płyta :)