Tegoroczny Festiwal Filmowy w Wenecji zainaugurowany został pokazem „Id marcowych” George’a Clonneya. Niecałe dwa miesiące temu z polskich ekranów zniknął „Larry Crowne – Uśmiech losu” Toma Hanksa, natomiast w kolejce do zawojowania -na razie zagranicznych -przestrzeni kinowych, na początku miesiąca ustawił się sam Al Pacino. Aktorzy coraz chętniej decydują się na opuszczenie swojej dość bezpiecznej pozycji i spojrzenie na świat przez szklane oko kamery, które to do tej pory bacznie obserwowało ich poczynania. Zostawiając nieco na boku Woody’ego Allena czy Clinta Eastwooda - niewątpliwych geniuszy pracy po obu stronach kamery, przyjrzyjmy się niektórym, niekiedy pojedynczym, ale często udanym próbom przejęcia przez aktorów kontroli nad światem przedstawionym.

Dyktator Gallo
Wśród niepokornych aktorów chcących wskoczyć na reżyserskie krzesło, nie mogło zabraknąć młodego-gniewnego, ale przede wszystkim utalentowanego Vincenta Gallo. Pomiędzy jego reżyserskimi eksperymentami odnajdziemy m.in. kontrowersyjny i balansujący na granicy przyzwoitości film „Brązowy Królik”, ale i bardzo osobisty, genialny debiut „Buffalo ‘66” („Oko w oko z życiem”). Po raz pierwszy Gallo wspomniał o swoim filmowym pomyśle podczas promocji obrazu Emira Kusturicy „Arizona Dream”, w Cannes. Sącząc drinki przy basenie, w towarzystwie Johnny’ego Deppa, Gallo opowiadał: „To będzie opowieść o facecie, który przez pierwsze czterdzieści minut filmu, będzie chciał skorzystać z toalety”. W istocie, tak się też stało. Początkowo „Buffalo ‘66 ’” miało wyreżyserować filmowe guru Gallo - Monte Hellman. Po pewnym czasie zdegustowany aktor stwierdził, że wymarzonym kandydat jest „uparty, niedostępny i zmizerniały”, kończąc tym samym współpracę z Hellmanem. Mimo swojej wyraźnej niechęci , Gallo został reżyserem, a także pierwszoplanowym aktorem własnego debiutanckiego obrazu. Wspominał później, iż w pewnych chwilach czuł, że rujnuje swój film, że dodatkowe obowiązki nie pozwalają mu się skupić, a także że były momenty, w których miał ochotę pozbyć się z planu całej ekipy (Christina Ricci do tej pory przysięga, że już nigdy nie podejmie współpracy z Gallo). „Buffalo ‘66 ” jest bardzo osobistym filmem. Zdjęcia powstawały nie tylko w rodzinnym mieście reżysera, ale i w jego autentycznym domu. W filmie usłyszymy również głos Vincenta Gallo Seniora, wykonującego piosenkę Franka Sinatry. „Buffalo ‘66 ”, to historia mężczyzny, który ma zamiar zemścić się za swój niesłuszny pobyt w więzieniu. Historia przeplatana jest dość trudną relacją z „nieco” zdziwaczałymi rodzicami , a także budzącym się uczuciem do poznanej (w jeszcze dziwniejszych okolicznościach) dziewczyny (Christiny Ricci). Gallo wzorował się na produkcjach z lat 70-tych, kręcąc film w technice procesu odwracalnego, tyle że na 35-milimetrowej taśmie. Trzeba przyznać, że ujęcia w „Buffalo ‘66” są znakomite, a całość sprawia wrażenie filmu nieco odkurzonego z niedalekiej przeszłości. Jako artysta samowystarczalny, Gallo oprawił swój debiut własnymi kompozycjami, a wspomagał się nieco brytyjskimi zespołami „King Crimson” i „Yes”. Efekt końcowy pracy reżysera „Buffalo ‘66” stanowił niesamowicie dopracowany, świeży kąsek dla miłośników kina. Jak sam zainteresowany przyznaje: „Kiedy otrzymałam szansę zrobienia filmu, czułem że może to być jedyna taka okazja w życiu i obsesyjnie dbałem o każdy szczegół”.
„Robienie filmów jest dla poważnych aktorów”
Zjawisko aktorów reżyserujących jest obecnie tak powszechne, że w Hollywood ciężko znaleźć reprezentanta tego zawodu, który nie podjął/ nie podejmuje/ czy nie podejmie próby nakręcenia filmu. Jako najczęstszy powód zainteresowani podają wyzwalające uczucie kontroli nad całym przedsięwzięciem i całkowitą swobodę w wyrażaniu siebie. Aktorzy nierzadko piszą też własne scenariusze, czasami korzystają z cudzych, niekiedy inspirują się książkami. Brytyjski aktor Alan Rickman, w swoim filmowym debiucie wziął na warsztat sztukę Sharman MacDonald „Zimowy Gość”. Miejscem czterogodzinnej akcji w tym wypadku stało się szkockie, mroźne miasteczko. W filmie najważniejszym wątkiem jest relacja córki i matki ( genialne Emma Thompson i Phyllida Law), poprzeplatany luźno związanymi ze sobą wydarzeniami. „Zimowy gość” jest uroczym, spokojnym, ale bynajmniej nie nudnym filmem. Choć unosi się nad nim nieco teatralna aura, to jednak zdecydowanie przeważają świetna gra aktorska, scenografia, muzyka i piękne kadry -plastyczne wykształcenie reżysera zauważalne jest gołym okiem. Trochę szkoda, że Alan Rickman na tym jednym projekcie (póki co) poprzestał.
Więcej swoich reżyserskich pomysłów, realizuje natomiast jego kolega po fachu - Steve Buscemi. Po docenionym przez krytykę „Trees Lounge”, aktor postanowił pozwolić sobie na nieco głośniejsze „Gniazdo os”. Projekt obejrzeć warto, choćby dla Mickeya Rourke’a grającego w nim rolę drag queen. Ale tak całkiem poważnie, powodów jest oczywiście więcej. Filmy o tematyce więziennej cieszą się wciąż powodzeniem, biorąc pod uwagę że to miejsce formowania się specyficznej społeczności, w której rodzą się najbrudniejsze patologie i zwierzęce zachowania. Właśnie im przygląda się Buscemi, nieco zdziwionym wzrokiem młodego chłopaka (Edward Furlong) trafiającego do więzienia za handel narkotykami. Jego „przewodnikiem” zostaje Earl (William Dafoe). W krótkim czasie pomiędzy mężczyznami nawiązuje się interesująca relacja. „Gniazdo os” jest dość odważnym, zdecydowanie udanym filmem. Sam reżyser powiedział podczas jednego z wywiadów: „Nigdy nie sądziłem, że kiedyś zrobię jakiś film, bo robienie filmów jest dla poważnych aktorów.” Dzięki Bogu, Buscemi jednak trochę spoważniał.
Boski Sean
Sean Penn jest uważany za jednego z tych, który dla zawodu reżysera, mógłby porzucić swój dotychczasowy – jednak dla dobra ogółu, lepiej żeby tego nie robił. Aktor dotychczas zrealizował pięć filmów, z czego większość na podstawie własnego scenariusza. Godnymi największej uwagi są jednak trzy z nich: „Indiański biegacz”, „Obietnica” oraz „Wszystko za życie”. Z reguły początki bywają trudne, Penn debiutując filmem „Indiański biegacz”, udowodnił , że zasada ta ani trochę go nie dotyczy. Obraz zainspirowany został piosenką Bruce’a Springsteena „Highway Patrolman”, a w głównych rolach pojawili się Viggo Mortensen i David Morse. Film opowiada o dwóch braciach, posiadających całkowicie skrajne osobowości, pomysły na życie, ale i doświadczenia. Mówiąc wprost jeden jest (dosłownie) dobrym policjantem, drugi to problematyczny i stojący na bakier z prawem egoista. Większość recenzentów po obejrzeniu filmu zgodnie stwierdziła, że Penn ilustruje samego siebie i swój nieco schizofreniczny, trudny charakter. Sześć lat później aktor zrealizował dramat o zabarwieniu kryminalnym - „Obietnica”. Penn w głównej roli obsadził Jacka Nicholsona, a towarzyszyli mu m.in. Mickey Rourke, Benicio del Toro, Helen Mirren, Aaron Eckhart, Robin Wright, a nawet matka reżysera. Mimo tak oszałamiającej obsady film o chcącym wypełnić daną obietnicę detektywie nie odniósł spektakularnego sukcesu. Niesamowitym powodzeniem cieszył się natomiast ostatni film Penna, pochodzący z 2008 roku – „Wszystko za życie”. Jest to opowieść oparta na biografii Christophera McCandless’a, która wpadła w ręce aktorowi w jednej z księgarni. Jak sam przyznaje, zaintrygowała go okładka, a dokładniej widniejący na niej stary, porzucony autobus stojący gdzieś w lesie, na Alasce. Pertraktacje z rodziną McCandless’a trwały całe dziesięć lat, ale bez wątpienia – warto było czekać. „Wszystko za życie” to historia chłopaka (Emile Hirsch) kończącego studia, porzucającego wszelkie materialne nadbagaże i niemalże boso wyruszającego na Alaskę. Muzykę dla Penna (nie widząc nawet jeszcze ani jednego ujęcia) zgodził się napisać i wykonać wokalista Pearl Jam –Eddie Vedder. Zarówno oprawa muzyczna jak i zdjęcia są zawsze wielkim atutem filmów Seana Penna. „Wszystko za życie” otrzymało m.in. dwie nominacje do Oscara, Złoty Glob oraz nominację do Cezara.
Polowanie na wielbłądy
W Polsce również nie brakuje chętnych do chwilowej zamiany ról, chociaż jest to (przynajmniej na razie) zjawisko mniej popularne. Ostatnio swoje reżyserskie aspiracje próbował ujarzmić Cezary Pazura. Eksperymentowanie na publiczności polskich kin, w przypadku filmu „Weeked” powinno być jednak karalne. Czołowym polskim aktorem reżyserującym jest oczywiście i niezmiennie Jerzy Stuhr, którego jednym z najlepszych filmów jest niewątpliwie „Duże zwierzę”. Nieco surrealistyczna opowieść o tym, że wielbłąda w Polsce trzymać się nie da, a tak naprawdę dość gorzka pigułka prawdy o nas samych. Scenariusz napisał sam Kieślowski, a Stuhr całkowicie zasłużył na deszcz nagród, który posypał się na film zaraz po premierze. Sam aktor rozpoczął swoją przygodę z reżyserią po przebytym zawale serca, o którym w ramach rekonwalescencji napisał książkę. Potem zamieniła się ona w scenariusze. Próbę przejęcia kontroli nad filmem podjęli również inni polscy znakomici aktorzy m.in. Marek Kondrat, Krystyna Janda, Olaf Lubaszenko, czy Bogusław Linda. Z tej czwórki chyba najsłabiej wypada Linda i jego trochę bezbarwne „Jasne błękitne okna” i jeszcze bledszy „Sezon na leszcza”. Olaf Lubaszenko natomiast, jako reżyser wypracował sobie już pewną pozycję i określony styl filmów. Miał wprawdzie swoje „lepsze” momenty („Chłopaki nie płaczą”, czy „Poranek kojota”), ale nie zabrakło i tych zdecydowanie gorszych, jak ostatni „Złoty Środek”. Ogólny bilans Lubaszenki wychodzi, mniej więcej na zero, co nie zmienia faktu, że pierwsze wspomniane filmy stały się dla sporej ilości osób niemalże kultowymi. Nieco przed nimi, ex aequo plasują się: bohater „Dnia Świra” i Krystyna Janda. Debiut Marka Kondrata, czyli „Prawo ojca”, to film akcji, który być może również z racji swojego gatunku, nie został zbyt doceniony i zapamiętany wśród szerszej publiczności. Jest to opowieść o byłym kierowcy rajdowym (Marek Kondrat), chcącym zemścić się na oprawcach swojej nastoletniej córki, która została zgwałcona, a następnie pobita podczas zabawy na dyskotece. Film zdobył parę nominacji, i mimo nieco naiwnych scen mających usilnie przypominać sceny rodem z Hollywood, może być ciekawą pozycją szczególnie dla wielbicieli gatunku. Dodatkowym plusem jest udział w produkcji Allana Starskiego, który wykonał scenografię. Jeśli chodzi o Krystynę Jandę i jej „Pestkę”, która stanęła w gardle niejednemu krytykowi, jest to film dość przeciętny. Powstała na podstawie książki Anki Kowalskiej, opowieść o czterdziestoletniej, przebojowej kobiecie (Krystyna Janda), która rozbija małżeństwo dość spokojnego architekta (Daniel Olbrychski), ale tak naprawdę wie, że nigdy nie będzie w stanie mieć go na wyłączność. Ciekawym pomysłem jest puszczenie oka przez Jandę w stronę swojej własnej legendy, umieszczając w filmie scenę, do złudzenia przypominającą słynną kłótnię z „Człowieka z marmuru” w korytarzu budynku na Woronicza. I znów w filmie pojawiły się nazwiska wobec których nie można przejść obojętnie, oprócz wspomnianych: Englert, Krukówna, Celińska, Zamachowski, Machalica, Frycz, Dymna. Mimo to film nie rzuca na kolana i wydaje się (abstrahując od swojego gatunku - melodramat), być niekiedy aż nazbyt dramatycznym. W Polsce zdecydowanie mniej aktorów chętnych jest do podjęcia reżyserskiego wyzwania . Poza pewnymi wyjątkami, nie mamy też wielu przykładów takowych prób kończących się spektakularnym sukcesem. Być może rzecz tkwi w tym, że zazwyczaj decydują się na to aktorzy najzdolniejsi, a my chyba podświadomie wymagamy od nich więcej -filmu genialnego, a nie tylko przyzwoitego.
Operacja chirurgiczna
Praktycznie z każdym dniem rośnie ilość filmów zrealizowanych przez aktorów. Już jakiś czas temu amerykańscy krytycy stwierdzili, że często są to jedne z najlepszych produkcji. Monika Belucci wspominając pracę z Melem Gibsonem na planie „Pasji”, podkreśla że właśnie aktorskie zdolności pozwoliły reżyserowi na odpowiednie przekazanie wskazówek swojej ekipie. Aktorzy często działają w grupach, reżyserują epizody w większych produkcjach. Tworzone są eksperymentalne mozaiki twórcze debiutujących aktorów, bądź ich kolaboracje z doświadczonymi reżyserami. Taki sposób wybierali m.in. Natalie Portman, czy Gérard Depardieu. Niektórzy natomiast, zajmują się produkcjami telewizyjnymi. David Duchovny będąc reżyserem niektórych odcinków „Californication”, wraz ze swoimi kolegami, udowadnia, że „telewizyjne tasiemce” mogą być świetnie zrealizowanymi, a w dodatku błyskotliwymi i ciekawymi produkcjami. Większość aktorów odważa się jednak samotnie wypłynąć na głęboką wodę i często już na niej zostaje, wyrzucając jedynie na brzeg coraz to nowe filmy. George Clooney zachęcony sukcesem swojego drugiego filmu „Good Night and Good Luck”, tworzy je nałogowo do teraz i jak widać po niekończącym się zainteresowaniu jakie wzbudza jego osoba, idzie mu całkiem nieźle. Znakomity operator Robert Elswit powiedział o Clooneyu: „Jest naprawdę dobrym reżyserem. To czego dokonuje jest jak operacja chirurgiczna, reżyseria sprawia mu większą przyjemność niż aktorstwo i ma coś do powiedzenia”. Jako widzowie, powinniśmy trzymać kciuki , aby do naszych kin trafiało więcej filmów stworzonych przez tego rodzaju chirurgów-pasjonatów, mając przy tym nadzieję, że przynajmniej większość przeprowadzanych przez nich reżyserskich zabiegów zakończy się sukcesem.
Tagi: Magdalena Hołub Vincent Gallo Steve Buscemi Sean Penn