G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

poleca

IN FLAGRANTI: A po ósme - nie kłam

Autor: Katarzyna Frukacz, dodano: 30-05-2010, 16:36

In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. W maju prezentujemy artykuły poświęcone szeroko pojętemu aspektowi prawdy i fałszu w sztuce. Dziś portrety literackich kłamczuch.

Aniela, Hanna, Janina, czyli kłamliwe trio dywersyjno-fikcyjne. Literackie kłamczuchy lub, jak kto woli - postaci „nie całkiem szczere”. Pierwszą stworzyła Małgorzata Musierowicz. Ostatnią – etatowa polska „pisarka rozpoznawalna”- Olga Tokarczuk. W środku plasuje się natomiast męski rodzynek - Bernhard Schlink. Trzy różne bohaterki, trzech odmiennych stylistycznie autorów i jeden motyw: prawdy i fałszu. Tym ciekawszy, że osadzony w kontekście żeńskich „postaci gmatwających” czytelniczą percepcję świata przedstawionego.

Z tą czytelniczą percepcją rzecz się ma dwojako: z jednej strony liczy się dla potencjalnego odbiorcy merytoryczna atrakcyjność tekstu, z drugiej – choćby minimalna (w przypadku powieści utrzymanych w konwencji realistycznej) wiarygodność przekazu. Inaczej wyżej wymieniony odbiorca tekstu nie kupi – dosłownie i w przenośni. Dlatego tak ważny staje się sposób kreacji postaci oraz ich umiejscowienie w fabule. W kontekście literackich wariacji na temat prawdy i fałszu zyskuje powyższy problem nowy wymiar. Stworzyć postać atrakcyjną i równocześnie wiarygodną – to jedno, ale wyprodukować etycznie wątpliwą hybrydę, wokół której skupiałyby się zarówno wszystkie elementy składowe powieści, jak i czytelnicza sympatia – to już inna kwestia. Literackie kłamczuchy są materią problematyczną, bo wymagającą od pisarza nie lada wyczucia. Można przedobrzyć i czytelnikowi kłamliwą postać dokumentnie zohydzić. Można nie przedobrzyć i mimowolnie stworzyć ugładzoną wizję świata z bezbarwnymi bohaterami.

Ale można równie dobrze napisać powieść ciepłą, pogodną i humorystyczną, w której moralno-charakterologiczne przywary głównej postaci (w tym wypadku: kłamiącej) równoważyłaby paradoksalna sympatyczność niecnych (w tym wypadku: kłamliwych) poczynań. Pani Małgorzata Musierowicz stworzyła właśnie taką książkę: o dziewczynie, co kłamać zwykła często i gęsto. Znaczy o kłamczusze. Kłamać z musu bądź wyrachowania – to jedno. Ale kłamać z potrzeby serca i całym sercem właśnie – to już pewne kuriozum.. Zwłaszcza, gdy się żywiołowej bohaterce dokumentnie miesza pragmatyczny realizm sprzątaczki z artystyczną fantazją aktorki. Tytułowa kłamczucha – Aniela – kłamstwem się upaja, kłamstwem egzystuje, ale tak pozytywnie, bez fatalistyczno-zdradzieckich konotacji. Niby się podszywa pod kogoś, kim nie jest, ale kocha bez wzajemności, a kłamiąc – chce tę wzajemność zdobyć. Poza tym: za kogo się podaje? Ano za sprzątaczkę. I z poświęceniem szoruje nieczułemu wybrankowi sedes – nie pierwszej czystości zresztą. Czytelnikowi już po kilku stronach powieści włącza się podświadomy mechanizm empatii. Lubimy kłamczuchę - choć złośliwa i zrzędliwa z niej niewiasta. Usprawiedliwiamy kłamczuchę – choć mąci i miesza, mimowolnie przenosząc sceniczną finezję na płaszczyznę codzienności. Musierowicz tworzy w ten sposób „ugładzony” – bo w wersji obyczajowej i dla mniej wymagającego intelektualnie audytorium – literacki pomost łączący prawdę i fałsz. Granica między realnością (na poziomie nieczystego sedesu), a fantazją (na poziomie czysto amatorskiego, niemniej udanego, przeobrażenia w Hamleta w szkolnym przedstawieniu) ulega w „Kłamczusze” zatarciu. Bo też sama bohaterka nie bardzo oddziela artyzm gry scenicznej od rzeczywistej roli, jaką w życiu odgrywa. Oczywiście odbywa się to bez zbędnego w przypadku tego typu powieści intelektualizowania wątków kluczowych – „Kłamczucha”, a obok niej cała „Jeżycjada”, nie pretenduje do miana literatury „więcej niż ambitnej”, ale właśnie w tej prostocie, a miejscami i banalności, tkwi urok całego cyklu. W książce o kłamliwej Anieli motyw kłamstwa zyskuje mniej absorbujący, bo humorystyczny, charakter lekkiej powiastki obyczajowej.

Co nie znaczy, że nie można tego tematu potraktować dosłownie, tj. poważnie, do przesady. Literackim dywagacjom o zakłamaniu dodać dramatyzmu, a opisom motywów fałszywego postępowania nadać psychologiczno-krytyczny zarys. Czyli w skrócie: maksymalnie utrudnić odbiór fabuły – tak poprzez treść i wynikające z niej przesłanie, jak również sposób kreacji postaci. Co też uczynił – spektakularnie i z rozmachem – Bernhard Schlink w „Lektorze”. Książka po części rozrachunkowa, miejscami dramatyczna, zbliża się niebezpiecznie w stronę depresjogennego romansu z widmem przeszłości w tle. Oś fabuły koncentruje się wokół moralnie dwuznacznej postaci kobiecej. Inny to rodzaj literackiej kłamczuchy, można by rzec – złożony. Bo Hanna-kochanka i deprawatorka nieletnich oraz Hanna-zbrodniarka wojenna egzystują niejako dwoiście, a czytelnikowi nie dane odkryć, która z tych odsłon jest prawdziwsza. Motyw kłamstwa egzystuje tu wbrew pozorom na podobnych zasadach, co w sielankowej „Kłamczusze”. Tzn. granica między kłamstwem, a nie-kłamstwem ulega rozmyciu, z jedną zasadniczą różnicą –że może nie istnieć wcale. Po uważniejszej lekturze dochodzimy bowiem do wniosku, że Schlink nie tyle wykorzystuje w swej powieści motyw prawdy i fałszu – jego książka jest jednym wielkim kłamstwem. Bynajmniej nie z powodu niecnych odautorskich przesłanek, lecz ze względu na złożoność konstrukcji –bazującej na niedopowiedzeniach i przemilczeniach. Zakłamaniu Hanny przeciwstawia autor młodzieńczą naiwność nieletniego kochanka, nieświadomego prawdziwej (o ile takowa istnieje) natury ukochanej. Ta szczerość skrzywdzonego nie jest jednak, jak zresztą cała historia, czymś niepodważalnym i definitywnym. Bo Michael również ratuje się kłamstwem, czy też lepiej brzmiącym, niemniej równie kłamliwym, przemilczeniem faktu uwikłania w gorszący związek. Schlink mnoży przed odbiorcą dalsze wątpliwości, lawirując między retrospektywnie odtworzoną, mroczną przeszłością i teraźniejszością pogrążoną w niemej stagnacji. Lekturze stale towarzyszy ton niepewności co do rzeczywistego charakteru problematycznej postaci Hanny. Szkatułkowe łączenie kłamstwa w kłamstwie i niejednoznaczność bohaterów nasuwa jedno pytanie: gdzie leży prawda? Jeśli w ogóle istnieje.

Deficyt prawdy, tak częsty w książkach podejmujących motyw fałszu i zakłamania, można zastąpić dość chytrym zabiegiem – stylizacją opowieści na iluzję rzeczywistości. Fałsz bliski jest ułudzie, którą odbieramy jako prawdziwą. Jak więc zinterpretować książkę – mam tu na myśli „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – która bazuje na kuriozalnie potraktowanym motywie kryminalnej zagadki z nieoczekiwaną puentą (czyt.: teoretycznym zamiarem zrobienia czytelnika w balona)? O ile „kłamczucha sympatyczna” z „Jeżycjady” jest dość przystępna w odbiorze, a „kłamczucha problematyczna” z „Lektora” może nastręczać pewne trudności formalno-etyczne, stworzona przez Olgę Tokarczuk „krypto-kłamczucha” Janina Duszejko łamie wszelkie konwencje. Choć autorka książki bojkotuje określanie swojej ostatniej powieści mianem „kryminału”, forsując daleko bardziej kuriozalną nazwę „thrilleru moralnego” - to mimo wszystko fabuła stanowi rodzaj zagadki, której strzec należy do samego końca. Pojawia się więc problem: jak rzetelnie omówić pojawiający się w książce motyw kłamstwa, nie zdradzając czytelnikowi zakończenia? Ano rzetelnie się nie da – trzeba sposobem, enigmatycznie. Załóżmy, że „Prowadź swój pług przez kości umarłych” jest krypto-iluzją, w której tak naprawdę nic nie jest do końca jednoznaczne (a już zwłaszcza sami bohaterowie). Przyjmijmy również, że motyw zakłamania może przybrać nieoczekiwany, bo uzasadniony ideologiczną walką o wyższe dobro, wymiar moralnego usprawiedliwienia. I wtedy wyjdzie nam konkluzja: kryminał jako gatunek czerpie garściami z motywu dwulicowości, który można jednak potraktować nieszablonowo, bo niekoniecznie negatywnie. Zaciekawionych zapraszam do lektury książki. Powieść z happy endem? Oto jest pytanie.

Pytaniem także zakończę dywagacje na temat literackich przedstawień motywu kłamstwa. Na ile tego typu wątki, przewijające się w mniejszym bądź większym stopniu przez twórczość kolejnych pokoleń pisarzy, wpływają na uatrakcyjnienie fabuły? Bo jakiś rodzaj symbiozy zachodzi tu niewątpliwie. Iluzoryczne traktowanie literackiej przestrzeni i formalne igraszki z uczciwymi intencjami bohaterów (w tym wypadku: żeńskich) mają pewien urok. Jednak stwarzają także niebezpieczeństwo nadmiernego udramatyzowania fabuły, a w efekcie – zachwiania spójności kompozycyjnej książki. Summa summarum – warto podjąć ryzyko lektury, choćby dla pogłębiania czytelniczego doświadczenia. A literackie obrazy kłamczuch są niewątpliwie materią temu celowi sprzyjającą.

żródło ilustracji: www.rowery.olsztyn.pl

Tagi: prawda fałsz kłamstwo in flagranti,Małgorzata Musierowicz Olga Tokarczuk Bernhard Schlink



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.facebook.com/portalGpunkt
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator