G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Albański upał, bośniacki deszcz

Autor: Paulina Dreslerska, dodano: 01-11-2010, 13:46

Andrzej Stasiuk w „Dzienniku pisanym później” powraca do tego rodzaju narracji, którą zachwycił w „Opowieściach galicyjskich”. Na czytelnika czeka ta sama mieszanina specyficznej stasiukowej prozy poetyckiej i elementów charakterystycznych dla reportażu. Można tu odnaleźć ten sam leniwy rytm języka i  talent do chwytania i uwieczniania chwili. Sceneria też jest dobrze znana - tworzą ją Bałkany, podobnie jak sytuacja narratora, który podróżuje. Trudno zdecydować, czy większym bohaterem są tu odwiedzane kraje, czy samo doświadczenie podróży –odwieczne, archetypiczne, zmuszające do kontemplacji i poszukiwań.

Dziennik pisany później

Bałkany opisane przez Stasiuka to przede wszystkim ciąg obrazków zapamiętanych przez podróżnika. To opowieści, fragmentaryczne, impresyjne, przywodzące na myśl kadry z filmów Kusturicy. Ludzie spaleni słońcem, rozpadające się miasta i zadymione knajpy. Kolesie w klapkach na nogach i złotych łańcuchach na szyi, kury przebiegające przed samochodami i targowiska, na których kupić można wszystko. Dla lepszego oddania miejscowej atmosfery, pisarz stosuje narrację jednostajną, charakteryzującą się powolnym, czasem wręcz ospałym rytmem. To jednak monotonia najlepsza z możliwych, bowiem pozwala Stasiukowi na stworzenie (odtworzenie?) tego klimatu, za który zawsze cenili go czytelnicy. A klimat jest w takiej książce naprawdę istotny, bowiem tylko za jego pomocą można oddać specyfikę bałkańskich krain.

To proza podróżna w wydaniu najbardziej osobistym, skupiona na wrażeniach, często ulotnych i krótkotrwałych. Stasiuk w swej podróży jest jak najdalszy od pojęcia standardowego turysty. To nie jego gra, nie jego rola. Jemu chodzi o sam fakt doznawania (zamiast poznawania) i czucia (zamiast obserwowania). Narrator (autor?) w odwiedzanych miejscach nie szuka egzotyki, nie stawia pytań. Doświadcza Bałkanów zdając sobie sprawę z tego, że patrzy na wszystko z perspektywy Innego – Obcego. Jednocześnie stara się pojąć i zrozumieć własną dziwną miłość do krajów południa i miejsc, które są mu tym bliższe, im częściej do nich wraca. Te wszystkie rzeczy, zapachy, zdarzenia i reszta istnieją też gdzie indziej. – pisze w jednym z akapitów. Tutaj są tylko podniesione do potęgi, zwielokrotnione i wyzywające jak tanie i mocne perfumy w ciasnym pokoju.

W trakcie swoich pobytów w Albanii, Bośni, Serbii czy Czarnogórze, autor wspomina Polskę. Wraca do lat dziecinnych, do Polski jego młodości i Polski współczesnej. Bałkany nadają jego myślom i sądom świeżą perspektywę, z oddalenia wszystko jest wyraźniejsze, łatwiejsze do rozwikłania. Porównanie ojczyzny z krajami, których rany nadal broczą krwią, ma siłę rażenia szczególnie dużą, gdy porównuje się stojąc na bałkańskich cmentarzach lub mając przed oczami ruiny domów. Bałkany stają się katalizatorem, który zmusza do krzyku, do zawodzenia i krytyki, po to by na nowo odzyskać równowagę. By na nowo móc się zachwycić i odnaleźć „duszę narodu”.  Bo jak zauważa Stasiuk: Stamtąd lepiej widać, jak ojczyzna stoi w rozkroku i nie może się zdecydować. Z tych krain śmierci. Z tych nowych podmiotów politycznych, które powstając, pogrążyły się w zagładzie.

W środku książki znajdują się fotografie autorstwa Dariusza Pawelca. Fotografie czarno-białe, na każdej z nich jakaś osoba. Stara, młoda, kobieta, mężczyzna, wyraziste twarze, zmarszczki wokół oczu, uśmiech, zaduma, smutek. To portrety Bałkańczyków, naturalne, bardzo swojskie, czasem bliskie w jakiś nieokreślony sposób. Ładnie uzupełniają „Dziennik pisany później”. Bo książka Stasiuka to właśnie takie fragmenty bałkańskiej rzeczywistości, obrazki i zdarzenia, które uchwycić może sprawne oko fotografa. A wszystko to połączone z lirycznością i nostalgią, które u autora „Jadąc do Babadag” po raz kolejny czarują i uwodzą czytelnika. 

Czasem odnoszę wrażenie, że Andrzej Stasiuk od lat pisze tę samą książkę. Nie jestem jednak pewna, czy można uczynić z tego zarzut. Bo jeśli ktoś raz dał się wtłoczyć w rytm tej dziwnie hipnotyzującej prozy, to każda kolejna książka pisarza z Beskidu Niskiego będzie dla niego źródłem przyjemności. Tym większej, bo oswojonej.

Andrzej Stasiuk, Dziennik pisany później, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Tagi: Andrzej Stasiuk Dziennik pisany później wydawnictwo Czarne recenzja literatura podróżnicza Paulina Dreslerska



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/kiedy_rzeczywistosc_daje_po_pysku_mowie_dziekuje/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator