Westchnął główny bohater Kocha, Lubi, Szanuje, stojąc bez ruchu w ulewie, która zaczęła się tuż po jego kłótni z żoną. Wypowiedział te słowa dokładnie w momencie, w którym ja je pomyślałam.

Ironicznych perełek oraz żartów słownych takich jak ta scena jest jeszcze kilka, moje ulubione: „me usta są jak i! I! I!” (Nieprzetłumaczalna gra słów porównująca pieczęć milczenia do fok), oraz Emma Stone upijająca się do nieprzytomności przed zamierzanym stosunkiem stwierdzająca: „no tak, teraz powinnam stracić przytomność, a ty nakrywając mnie kołdrą czule pocałujesz mnie w czoło”. W filmie przeważa jednak ckliwy banał komedii romantycznych chwalących stałość i świętość rodziny amerykańskiej, co sytuuje Kocha, Lubi, Szanuje gdzieś pomiędzy 40 -letnim prawiczkiem a, dajmy na to, Przepustką.
Steve Carell, jeden z najzabawniejszych aktorów dekady, odgrywa w tym filmie jedną śmieszną scenę, zaś w roli taty-fajtłapy jest przekonująco nudny i ani trochę nie da się mu współczuć. Kunszt farsowy odbiera mu niedawna debiutantka Emma Stone, która od czasu Łatwej Dziewczyny pnie się w górę drabiny sławy, łącząc figurę seksbomby ze śmiechem, który kruszy mury i sarkastycznym humorem. Jej talent docenił także Jim Carrey w kuriozalnym wyznaniu miłości:
Emma kradnie show nie tylko Carellowi, ale też Ryanowi Goslingowi, aktorowi-magnezie, od którego charyzmy zazwyczaj nie da się oderwać oczu. Zdolny jak kameleon, Gosling dotrzymywał kroku nawet Anthony'emu Hopkinsowi w thrillerze Fracture. Przy Emmie wypada blado i nijako jako podrywacz, epatując wyłącznie klatką piersiową, według słów postaci granej przez Stone: ściągniętej prosto z Photoshopa oraz, jeśli się dobrze przyjrzeć w ciemnościach, umięśnionymi pośladkami.
Julianne Moore ma najpiękniejszy smutny uśmiech świata, jednak podejrzewam że do tego filmu zatrudniono ją wyłącznie ze względu na rude włosy, łączące postać Moore z Emmą Stone. W relację Moore i Carella jako małżeństwa trudno uwierzyć, bo iskrzy bardziej między odtwórcami dwóch głównych męskich ról, niż pomiędzy tym stadłem. Oprócz Stone strzałem w dziesiątkę jest rola nieszczęśliwie zakochanego złotoustego nastolatka, syna postaci Carella.
Film zaczynający się jak 40-letni prawiczek, czyniący celem odzyskanie utraconej męskości przez ojca rodziny, apogeum żartów osiąga w pierwszej połowie, by potem zmienić się w galopującą komedię pomyłek i zakończyć wzruszającym, jeśli ktoś lubi komedie romantyczne, wyznaniem miłości. Nieudany melanż gatunków i nie do końca wyznaczony target, bo jest to komedia za nudna i zbyt konserwatywna dla wielbicieli parodii i sprośnych żartów w typie Kac Vegas, a zbyt liberalna dla wyznawców świętych wartości.
Tyłek Goslinga, dwa żarty i Emma Stone. Tak, to powody dla których warto obejrzeć Kocha,Lubi,Szanuje.
Tagi: Magda Piotrowska Crazy stupid love kocha lubi szanuje Emma Stone