Wieczorami, 3 i 4 grudnia, w murach wrocławskiej Synagogi pod Białym Bocianem rozbrzmiewał ambient w różnych wariantach. Pojawiły się zarówno dźwięki rozlane, jak i żywe, w pełni syntetyczne i inkorporujące brzmienia akustyczne, i wreszcie – dobrze przyswajalne oraz nieco bardziej awangardowe.

Święte szumy
Od kiedy pamiętam, idea koncertu w budynku o charakterze sakralnym jest dla mnie niesamowicie pociągająca. Wiele razy miałem okazję uczestniczyć takim w wydarzeniu i niezależnie od charakteru imprezy – czy chodziło o zaduszki jazzowe, występ chóru akademickiego, czy też Jamiego Woona w kościele ewangelickim w Katowicach – zawsze przestrzeń, w której te przedsięwzięcia się odbywały, dodawała im pewnej niesamowitej atmosfery, o ciekawych właściwościach akustycznych tych miejsc nawet nie wspominając. Jednak jako fan muzyki elektronicznej, kilka lat temu postawiłem sobie za wzór koncert Tangerine Dream w katedrze w Coventry. Po prostu marzyłem o zobaczeniu i usłyszeniu czegoś w tym stylu na żywo, więc kiedy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że tegoroczna edycja Festiwalu Ambientalnego odbędzie się w Synagodze pod Białym Bocianem, przetarłem oczy z niedowierzaniem.
Zrobiłem to po raz drugi, kiedy zobaczyłem line-up. Bardzo ucieszyłem się, że odwiedzi nas Murcof – meksykański muzyk sprawnie łączący brzmienia akustyczne z glitchowymi beatami. No i oczywiście Tim Hecker – autor „Ravedeath, 1972”, dzieła przez wielu (i to nie tylko fanów ambientu) uważanego za album roku. W tej chwili spokojnie można go nazywać gwiazdą tego gatunku.
Synagoga została pięknie odremontowana, dzięki czemu wszystkie obawy o potencjalny brak ogrzewania, czy dostępu do toalet okazały się bezpodstawne. W głównej sali synagogi znajduje się kilkadziesiąt drewnianych krzesełek, więc, z tego co zaobserwowałem, nikt nie był zmuszony do stania. Tuż pod sceną znalazło się nawet trochę miejsca na wygodne pufy, na które oczywiście załapywały się osoby przybyłe najwcześniej, później dzielnie broniące swojego sprzyjającego relaksowi i chłonięciu muzyki miejsca. Jedyna rzecz, na którą mogłem sobie trochę ponarzekać to oświetlenie, które moim zdaniem w wypadku takich występów powinno być raczej delikatne, wręcz skąpe, zostawiające wolne pole dla wyobraźni – ale do tego tematu wrócę niebawem.
Dzień 1 – Fernando i świątynia w kosmosie
Festiwal otworzył koncert projektu Stendek (Maciej Wojcieszkiewicz), na tle wizualizacji vj Hertzschmerz (Agata Królak), które, co pierwotnie chyba nie było w planie, towarzyszyły również setowi Hecq. Jestem dosyć sceptycznie nastawiony do wizuali wyświetlanych podczas występów na żywo. Mam świadomość, że powstaje wtedy twór audiowizualny, czyli coś względnie nowoczesnego i jeszcze nie do końca z spenetrowanego, ale moim (i wielu innych) zdaniem to nie przypadek, że wizuale najczęściej pojawiają się na koncertach laptopowców – po prostu ktoś kiwający się przy notebooku i kręcący gałkami nie jest zbyt ekscytujący dla ludzi w większości wychowanych w paradygmacie rockowym, mówiącym, że coś się na scenie musi dziać. Problem polega na tym, że jeżeli wizuale są nazbyt wciągające, to mogą odwracać uwagę od muzyki i idea grania na żywo w tym momencie podupada. Jeżeli są kiepskie, potrafią irytować i negatywnie wpływać na odbiór dźwięków. Często przez jawne rozjechanie się klimatów muzyki i obrazów powstaje widowisko pretensjonalne. Krótko mówiąc – trudno o złoty środek. Może rację ma Mariusz Herma, który postuluje wyświetlanie na ekranie tego, co dzieje się na komputerach muzyków – wtedy przynajmniej zmniejszamy szansę na grę z playbacku.
Koncert Stendek nie przypadł mi do gustu prawdopodobnie z tego względu, że na samym początku nie spodziewałem się tak upbeatowego, poszarpanego, momentami glitch-hopowego grania. Początek był świetny, ale okazał się on wstępem do czegoś, co niezbyt pasowało mi do miejsca, a momentami nawet nazwy festiwalu. Trzeba jednak przyznać, że Wojcieszkiewicz przez ostrą pracę przy kontrolerze rozwiał wszelkie potencjalne podejrzenia o wciśnięcie „play”, więc za wykonawstwo należy się szacunek. To, co zaraz po nim zaprezentował Hecq, miało więcej wspólnego z moją wizją tego wydarzenia. Mimo że kilka razy zaserwował beat, uprzednio odpowiednio przygotował słuchaczy na momenty rytmiczne przyjemnymi, zróżnicowanymi dynamicznie syntezatorowymi padami. Ze wszystkich sześciu, ten występ miał najwięcej wspólnego z tym, co nazwałbym „straightforward ambient”, chociaż oczywiście do ortodoksji temu daleko. Ważna była dla mnie relacja muzyki z miejscem, w którym się rozchodziła – w końcu ambient powstał po to, żeby „kolorować” pomieszczenia.
Jako ostatni w sobotę grał Fernando Corona (Murcof), który wcześniej kręcił się incognito wśród publiczności, obserwując wszystko bacznie z pozycji niepozornego, brodatego faceta. Pozory oczywiście mylą – w okolicach wpół do jedenastej wszedł na scenę, założył okulary i zatrząsł synagogą w posadach. Przyznaję, istnieje prawdopodobieństwo, że zagranie tego koncertu polegało w dużej mierze na wciśnięciu „play”, ale nie robi to na mnie wrażenia. Ta sama kwestia pojawiła się przy okazji występu Amona Tobina na Nowej Muzyce, który bez względu na to zrobił na mnie ogromne wrażenie. Większość utworów, które zagrał Corona, to fragmenty świetnego albumu „Cosmos” z 2007 roku. W tamtym miejscu i w tamtej chwili, dzięki dobremu nagłośnieniu, zabrzmiało to wszystko niesamowicie i po finałowej ścianie organów i syntezatorów przez ładnych parę minut musiałem dochodzić do siebie. Mój zdecydowany faworyt.
Dzień 2 – uciekający Tim
Kiedy w drugim dniu festiwalu wszedłem do synagogi, bardzo ucieszył mnie fakt, że oświetlenie jest znacznie skromniejsze. Podczas wcześniejszych występów przeszkadzały mi irytująco skaczące po ścianach lasery oraz świetlne koła powoli obracające się na suficie i bocznych ścianach. Przyjmuję, że do stworzenia odpowiedniej atmosfery przez organizatorów tego typu wydarzenia wystarczy kilka lekko odkręconych, kolorowych reflektorów wymierzonych gdzieś w ścianę, albo na biały ekran za artystą – tylko tyle, żeby nie panowały egipskie ciemności, ale aby stworzyć muzykowi dobre warunki do zbudowania atmosfery. Bo to przecież on ma manipulować nastrojami słuchaczy za pomocą dźwięków. Między innymi dlatego podobał mi się koncert projektu Symphony, w skład którego wchodzą Konrad Kucz (laptop/kontroler) i Mateusz Kwiatkowski (wiolonczela) – panowały niemal całkowite ciemności, rozjaśniane głównie przez wizuale, których teatralne elementy (scenki z udziałem aktorów) jakoś do mnie nie przemówiły. Byłem dosyć podekscytowany obecnością „prawdziwego” instrumentu, którego niestety moim zdaniem w zaprezentowanych kompozycjach było zbyt mało – a jeżeli już się włączał, to w wersji zbyt sonorystycznej i za mało dronowej, przynajmniej jak na mój gust. Mimo pewnych niedociągnięć uważam, że taki koncert – mający więcej wspólnego z muzyką awangardową, pełną abstrakcji – dobrze zrobił temu festiwalowi. To samo można powiedzieć o secie Tilmana Ehrhorna (niestety, znów mocno podlanym laserami), który wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Początkowo, słuchając tych skąpanych w glitchach, brzmiących jak funk dla robotów, klikających rytmów, miałem świadomość, że to wszystko bardzo ładnie i spójnie brzmi, oraz jest świetnie wykonane (Tilman nieźle uwijał się przy samplerze), jednak jakoś nie mogłem tego poczuć. Ale kiedy płynnie zaczął przechodzić w niemieckie, minimalowe klimaty, w pewnym momencie mocno odkręcając bas i beat, na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Techno w synagodze – to mi zdecydowanie podeszło. Oczywiście w świetle tego, co pisałem o Stendeku zabrnąłem w wyraźną niekonsekwencję, ale cóż – to jest muzyka, tu w grę wchodzą emocje.
Historia ostatniego występu jest długa i krótka zarazem. Na sam finał został wyczekiwany przez wszystkich z wypiekami na twarzy Tim Hecker. Sam byłem strasznie ciekaw, jak na żywo zabrzmi ściana dźwięku z „Ravedeath, 1972”. Kanadyjczyk grał w totalnych ciemnościach – z tego co widziałem, musiał sobie aż pomagać wyświetlaczem telefonu. Zaczął tak, jak pewnie wszyscy tego pragnęli – od dłużej niż na albumie wersji „The Piano Drop”. Katartyczny organowy hałas wypełnił synagogę i w mroku pozwolił każdemu znaleźć się w dowolnym miejscu we Wszechświecie. Potem były wariacje na temat „In The Fog”. Zagra całe Ravedeath, przecież akurat trwa niecałą godzinę! – pomyślałem. Pojawiły się jeszcze fragmenty „Chimeras”, a po nich coś na kształt improwizacji w klimacie najnowszego albumu. Wtedy Tim nagle zamknął laptopa i szybko zszedł ze sceny. Koncert trwał 40 minut.
***
Cieszę się, że mamy we Wrocławiu coś takiego jak Festiwal Ambientalny, szkoda tylko, że chyba niezbyt wiele informacji o nim poszło w Polskę – na Tima Heckera czy Murcofa ludzie byliby w stanie przejechać setki kilometrów. Impreza jest jednak młoda (to była czwarta edycja) i ma spore szanse na rozrośnięcie się do rozmiarów ogólnokrajowych. Wtedy w synagodze może już nie wystarczyć miejsca. Organizatorzy powoli powinni zacząć myśleć o katedrach.
Tagi: Jakub Kasperkiewicz Festiwal Ambientalny Synagoga pod Białym Bocianem klub Formaty Stendek vj Hertzschmerz Hecq Murcof Konrad Kucz Tilman Ehrhorn Tim Hecker
kasperkiewicz10-12-2011, 23:05
A to przepraszam i dziękuję, już zmieniam.
Agnieszka09-12-2011, 17:50
to była IV edycja, a II międzynarodowa