„Będziemy o wolności śnić”, to fragment jednego z utworów kapeli WCK, która żywiołowo wykrzykuje ideologiczne hasła w najnowszym filmie Jacka Borcucha „Wszystko, co kocham”. Przytoczone słowa wtajemniczają w eteryczny klimat punk-rockowego obrazu, zdradzając jednocześnie stan ducha, w którym pozostają widzowie na długo po opuszczeniu sali kinowej.

Czwórka dorastających nastolatków zakłada punk-rockowy zespół WCK (Wszystko Co Kocham). Od początku lat osiemdziesiątych Polskie Wybrzeże było wylęgarnią zespołów alternatywnej sceny muzycznej. Niewątpliwie, wielu rodakom ten region nasuwa inne skojarzenia. Akcja filmu rozpoczyna się w 1981 roku – „wywrotowym” dla Polski okresie – nie pominięto więc archiwalnego portretu Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny. Jednak początkowa scena, wprowadzająca w rockowy klimat, zwiastuje, że reżyser nie zamierza prawić misyjnych farmazonów. Duch młodości triumfuje, historyczno-polityczny wyimaginowany heroizm nie pociąga osiemnastolatków. Napis na wyciągniętej koszulce Janka (Mateusz Kościukiewicz, odznaczający się obiecującą aktorską charyzmą), lidera WCK – „DET ER FOR WILDT”, czyli „Dziki z natury”, oddaje charakter awangardowej muzyki i nieokiełznaną namiętność dorastającego pokolenia. Naturalni, bez zbędnego glamour, osiemnastolatkowie epatują, a wręcz eksplodują emocjami. Kapela dostaje się na przegląd muzyki rockowej „Nowa Fala Rocka” w Koszalinie, popołudniami, kiedy nie „ćwiczą Bacha”, sączą tanie wino na plaży, w oparach dymu papierosowego tworzą teksty piosenek o lepszym świecie oraz wolności, innym razem, przeżywają fascynacje erotyczne, zakochują się.
Ekipa aktorska to przede wszystkim debiutanci, którzy obezwładniają swoją autentycznością. Obok nich pojawia się zasłużona polska gwardia artystyczna – Andrzej Chyra, ojciec Janka, czy Katarzyna Herman, rockandrollowa sąsiadka z bloku, dzięki której lider WCK poznaje smak seksu. Metafizyczna więź połączy go jednak z Basią (świeża i apetyczna Olga Frycz), ta znajomość również dojrzeje do intymniejszych sfer. Punkrockowiec niespecjalnie przyznaje się do sentymentalizmu, aczkolwiek nie tłumi uczuć, potrafi dość dosadnie kontratakować – dokonuje aktu zniszczenia pojazdu komisarza Sokołowskiego (surowy Marek Kalita), nomen omen, męża seksownej damulki z sąsiedztwa.
Z wahaniem, bohater decyduje się na buntowniczy występ na szkolnym balu, gdzie pomimo zakazu władz śpiewa wraz z kapelą nieocenzurowane piosenki, zyskując aplauz żywiołowej publiki. „Skomplikowane” czasy, w których żyją osiemnastolatkowie utrudniają nie tylko twórczą swobodę zespołu, również kontakty z ukochaną Basią stoją pod znakiem zapytania. Kiedy okazuje się, że ojciec wybranki jest zwolennikiem „Solidarności”, a rodziciel Janka to wojskowy sympatyzujący z reżimem, sfera uczuć schodzi na dalszy plan. Zakręty PRL-owskiego losu z pewnością są ostrzejsze i częściej zmieniają swoje tory, niż obecne. Reżyser nie pretenduje do roli orędownika fanatycznych tendencji, nie opowiada się po żadnej ze stron.
Stan wojenny, godzina milicyjna, ZOMO – o tych naczelnych zmorach komunistycznego ustroju Janek dowiaduje się z ukradkowych rozmów ojca z matką. Film nie ignoruje okoliczności polityczno-historycznych, a jedynie je upraszcza. Fragmentaryczna i nienachlana wizja toksycznej skazy w dziejach Polski odsłania kurtynę nastolatkom, dla których symboliczna data 13 grudnia 1981 roku oznaczała, przede wszystkim, odwołanie zajęć szkolnych. Borcuch nie spłyca jednak ideologii „młodych gniewnych”. Przez pryzmat emocji lidera kapeli WCK podglądamy nadmorski krajobraz, wsłuchujemy się w Sex Pistols, w szybsze bicie serca, w krzyk rozpaczy… Polisemiczny wymiar młodości, która niesie ze sobą potrzebę wolności, marzeń, dążenie do określenia tożsamości, koncentruje się na wartościach takich jak miłość czy umiejętność artykułowania uczuć. Obraz w sposób wyważony przedstawia meandry wiosny życia, daje nadzieję, wzbogaca nostalgią, wzrusza autentycznością.
Stronę muzyczną opracował Daniel Bloom. Materia dźwiękowa nie pełni jedynie funkcji jednorodnego tła, służy jako akompaniament emocjonalnych huśtawek młodych bohaterów. Ponadto, utwory grane przez nastoletnich punkrockowców udało się zapożyczyć od legendy polskiej sceny alternatywnej, kapeli WC (Wyidealizowana Ciemność). Operator Michał Englert uwidocznił w kadrach zjawiskowość PRL-u. Polska Ludowa zaserwowana przez Borcucha zachwyca, podglądamy przeszłość przez różowe okulary, z ostrym brzmieniem w głowie, przez uchylone drzwi podsłuchujemy o Solidarnościowych zrywach.
„Wszystko, co kocham” dyskretnie przemyca naturalność pod każdą postacią. Zarówno aktorzy, sceneria, jak i język bazują na namiętnym przekazie. Każda scena, nawet ta z pozoru idealistyczna czy przesadnie naiwna, nasączona jest głębokim przesłaniem – o dorastaniu, o pierwszym razie, o marzeniach, o śmierci… Taka szeroka rozpiętość ideowa może grozić chaosem, ale nie u Borcucha! Reżyser zharmonizował lekkość obrazu z tajemniczością, która sprawia, że nieuchronnie zakochujemy się w tej ekranowej opowieści. Efekty pracy doceniła nie tylko rodzima widownia, „WCK” zakwalifikował się do Konkursu Głównego Festiwalu Filmowego w Sundance w USA, jako pierwszy polski film. Gratulacje!
Wszystko, co kocham, reż. Jacek Borcuch, dystrybucja: ITI Cinema, 2010
Tagi: Jacek Borcuch kino polskie punk rock festiwal Sundance Ewelina Burda