G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Bez kopa ten terror

Autor: Mariusz Skrzypek, dodano: 17-03-2010, 19:32

Nie chcę wyjść na bezdusznego typa, który pragnie się skąpać w posoce zarzynanych niewiniątek, ale czytając „Nazywam się Numer Cztery” Ting-Xing Ye mam wrażenie, że i do literatury (po)obozowej zakradł się Ronald MacDonald. Niby to syte i spaskudzone, ale przechodzi przez trzewia zbyt gładko.

Nazywam się Numer Cztery

O czym w tej chwili piszę? O opowieści kobiety, której większość dzieciństwa przypadła na początki komunistycznego terroru w Chińskiej Republice Ludowej. Żywot nastolatki przypadł już na rozpędzony pociąg rewolucji kulturalnej Mao. Ting-Xing, a raczej Numer Cztery, jak zwyczajowo nazywano ją w rodzinie, na pewno nie miała łatwego życia. Może poza najwcześniejszymi latami, które wspomina z żywym utęsknieniem. Wtedy żyli jeszcze jej rodzice, była stosunkowo zamożna, a świat był uporządkowany i spokojny. Rodzice jednak wkrótce umarli. A jej świat stanął do góry nogami. W Chińskiej Republice Ludowej rozpoczął się straszliwy komunistyczny eksperyment Mao Zedonga. W kraju zapanował terror, który przez kolejne lata uśmiercił niezliczone zastępy niewinnych ludzi. Dla Numer Cztery zaczęły się lata szykan (pochodziła z rodziny kapitalistycznej), strachu i biedy. Gdy do życia chciało budzić się jej nastoletnie ciało, została zesłana do obozu pracy za swe „niewłaściwe pochodzenie”. Spędziła tam wiele lat w odosobnieniu, ciężko pracując wedle kolejnych dyrektyw rządu.

Wszyscy wiemy, jak to wyglądało dalej, a jeżeli nie wiemy, to na pewno się domyślamy. Lata klęsk, nieszczęść, terroru etc. Numer Cztery skończyła jednak szczęśliwie. Uwolniła się, korzystając z pewnych kruczków systemowych, ukończyła studia, wyjechała z Chin i na stałe osiadła za granicą. Poobozowy happy end. Możecie wycierać łzy z kącików oczu i płynąć zdrowo z prądem rzeki. A po tygodniu zapomnieć. Bo „Nazywam się Numer Cztery” to miałki dokumencik, który jest jak przystawka, bez dania głównego. Czytamy o tych nieszczęściach, brutalności, prześladowaniach za minione pokolenie i nic z tego nie wynika. Bez kopa ten terror. Więcej traumy dostarcza codzienny „Teleexpress”. Możliwe są dwa powody tego nieporozumienia.

Pierwszy - nie rozumiem literatury Wschodu. Tej specyficznej mieszanki wysublimowania i niedopowiedzenia. Ting-Xing Ye o wielu rzeczach ledwie napomina, myślę, że jeszcze więcej celowo pomija. Czy robi to z szacunku, czy z dziwnie pojmowanego dobrego wychowania, czy też właśnie z powodu tej specyficznej maniery – nie wiem. Wiem, że nie uświadczyłem szokujących wspomnień, wiem, że nie uświadczyłem ważkich przeżyć, wiem, że nie uświadczyłem palących do żywego nieszczęść. Przeżyłem za to wraz z bohaterką lata nudy. Momentami miałem wrażenie, że komunizm nie skrzywdził jej najbardziej rozłąką z rodziną, katorżniczą pracą czy wyobcowaniem ze społeczeństwa. Największy cierń, który w niej utknął, to cierń utraconych szans. Na kolegów i koleżanki, na wiatraczki i fajerwerki, na życie w dobrobycie i spokojnej stagnacji. Nasz Numer Cztery nie błyszczał, tylko usychał gdzieś na zatraconej azjatyckiej pustyni. Bez błazenad młodzieńczych, bez chlebka ze smalcem, ot tak niesprawiedliwie bez sensu. Bez kopa ten terror. Komuniści jawią się w tej książce jako złe czarownice, które chcą za wszelką cenę znieść Boże Narodzenie. Grinch z czerwoną książeczką zabiera dzieciom łakocie. Ting-Xing Ye nie przeraża swoją opowieścią. Powoduje mdłości, bynajmniej nie za pomocą przeżyć, a przetrawionej bylejakości.

Tu dochodzimy do drugiego powodu nieporozumienia. Może zbyt nasiąkłem naszą martyrologią wszelaką. U Grudzińskiego na jednej stronie opowieści więcej katastrof, niż w całym „Nazywam się Numer Cztery” wraz z okładką i adnotacją na stronie wydawnictwa. Gdy porównuję sceny, opisane u nas w latach czterdziestych czy późniejszych – o wojnie, obozach pracy lub śmierci, dzieciach przerzucanych widłami, braci rozrywających się na strzępy za pajdę chleba, mam długotrwałe dreszcze. U Ting-Xing Ye czytam w tym momencie, że ciężko się sadzi ryż i niszczą się od tego dłonie. I nic więcej. Nieodparcie widzę cykl „Zmierzch”, który z brutalnych legendarnych łowców, zrobił połyskujące pajacyki w modnych ciuszkach, z domieszką trądziku i wyrastających włosów pod pachami. I tak w tej opowieści ludzkie dramaty o niewyobrażalnej skali okrucieństwa i bestialstwa, zastąpione zostały przez banialuki młodej damy, która nie ma porządnej podpaski, a chłopcy raczej się uganiać za nią nie będą.

Nie chcę przez to powiedzieć, że mam głód przemocy. Że cierpienie można pokazać jedynie przez agresję, hekatombę i płonących Żydów. Oczywiście, że nie. Nie odbieram też autorce prawa do bólu, który musiała przeżyć. Niestety jej książka nie jest tego dowodem. Jest co najwyżej namiastką, streszczeniem chińskiego komunizmu w pigułce z kolorowego tygodnika. Jej smutek przemawia do mnie na poziomie już wspomnianego Ronalda MacDonalda. Równie mało trafia do mnie wizja kurczaka w hodowli przemysłowej, choć mięsa nie jadam. Może lata karmienia naszym komunizmem i jego skutkami wywołały u mnie nieczułość. Może mam skazę na czerwonych. I wybieram tylko tych z zestawu supersize.

A może po prostu bez kopa ten terror.

Ting-Xing Ye, Nazywam się Numer Cztery, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2010.

 

Tagi: Nazywam się Numer Cztery komunizm powieść Ting-Xing Ye wspomnienia Świat Książki



Skomentuj

Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator