W swoim najnowszym filmie Aki Kaurismäki czaruje widzów urzekającą opowieścią o zwyczajnym człowieku, który nie zamierza ratować świata, tylko- albo aż- jedno afrykańskie dziecko.
O ile w produkcjach o apokalipsie często z niecierpliwością czekam na zagładę ludzkości, w Człowieku z Hawru od początku interesowało mnie tylko, czy zakończy się happy endem. Prosty facet i lekkoduch, decydujący się na spontaniczny gest uratowania chłopca z Afryki, działa na mnie bardziej przekonująco, niż Tom Cruise uczący się istoty rodzicielstwa w Wojnie światów czy niepotrafiący pogodzić się ze śmiercią syna w Raporcie mniejszości.
Przeciwieństwo Amerykanina, pucybut Marcel Marx, jest prowadzącym dość poczciwe życie i niegardzącym dobrym winem luzakiem. Spotkanie z młodym afrykańskim emigrantem pokazuje, że to tylko jedna strona jego charakteru. Bohater wychodzi naprzeciw swojemu stereotypowemu wizerunkowi i robi wszystko, żeby uratować dzieciaka. Nie tylko sprytnie wyciąga go z kolejnych opresji, ale przede wszystkim zaraża swoją pasją innych. W pewnym sensie wyrywa go to z marazmu, gdyż zyskuje nowy sens życia.
W czasie seansu przypomniało mi się Spotkanie, czyli dzieło reżysera Dróżnika Thomasa McCarthy’ego. W tym filmie "sztywny" profesor akademicki z depresją, odzyskuje życiową energię pod wpływem przypadkowego spotkania z nielegalnym emigrantem. McCarthy, w przeciwieństwie do Kaurismäkiego, twardo stoi na ziemi. Ten drugi, w charakterystycznym dla siebie stylu, urzeka dowcipem, klimatem i trochę baśniową atmosferą. Prostą, ale ujmującą. W subtelnie snutej przez niego opowieści dostrzegam magię dawnego kina. Czy trzeba nam czegoś więcej? Mnie nie. I to nawet, jeśli ta historia sprawia wrażenie zbyt prostej i mało oryginalnej. Uważam, że paradoksalnie niesie to w sobie powiew świeżości, bo taka oszczędność zawsze balansuje na granicy ryzyka popadnięcia w banał. W Człowieku z Hawru absolutnie nie ma o tym mowy.
Tagi: Michał Hernes Człowiek z Hawru Aki Kaurismäki