Dwie smutne historie, dwoje smutnych ludzi. Zdawałoby się, że dzieli ich wszystko. Pierwszy jest niemieckim biologiem, który podczas II wojny światowej zostaje skierowany do wojskowej bazy na Bornholmie. Drugi to młody mężczyzna, urodzony na wyspie, który w latach osiemdziesiątych czuwa przy pogrążonej w śpiączce matce. Choć nigdy się nie spotkają, ich losy są ze sobą nierozerwalnie splecione.

„Bornholm, Bornholm” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to na pierwszy rzut oka dwie oddzielne opowieści. Historia niemieckiego żołnierza – Horsta Bartlika zostaje przedstawiona czytelnikowi w tradycyjnej narracji trzecioosobowej. Przeplata ją jednak monolog drugiego, bezimiennego bohatera, który opowiada nieprzytomnej matce dzieje swojego życia. Obie historie są pełne gorzkich doświadczeń i tłumionych emocji. Niezrealizowane pragnienia i zmarnowane szanse jak kalka odbijają się na życiu obojga bohaterów. Z błędnego koła niewypowiedzianych żalów uwolni ich wyspa. Oczyszczenie nastąpi na dwa sposoby, jakie – o tym przekona się czytelnik.
Konstrukt wyspy jako przestrzeni zamkniętej, miejsca odizolowanego od reszty świata, a przez to mającego niebagatelny wpływ na tożsamość jego mieszkańców, jest tematem niezwykle wdzięcznym dla pisarzy. Wykorzystanie formuły wyspy w literaturze daje przeogromne możliwości narracyjne, szczególnie, gdy autor pragnie stworzyć powieść, w której nacisk położy na psychologię bohaterów. Poetyka wysp bałtyckich, z ich specyficznym, ponurym klimatem, zamglonymi fiordami i posępną atmosferą, ma tę przewagę nad ich śródziemnomorskimi siostrami, że wyzwala u czytelnika uczucia niepewności, lęku i zadumy. Z tego wszystkiego musiał zdawać sobie sprawę Klimko-Dobrzaniecki, czyniąc Bornholm nie tylko miejscem akcji swojej opowieści, ale także metaforą losu jej bohaterów. Nie bez powodu jeden z nich zauważa, że … to miejsce, ta wyspa działa na tych, którzy się tu urodzili, jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet, gdybyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia.
Klimko-Dobrzaniecki owo echo zawarł w tytule, podwajając w nim nazwę wyspy. Powtórzenie: Bornholm, Bornholm, można odczytać w dwojaki sposób. Jako symbol powrotu do młodości i domu rodzinnego, który staje się dla bohatera swoistym katharsis, a także pewną powtarzalność ludzkiego losu, błędów, które przechodzą z ojca na syna, zdarzeń, które mimo, że dzieli je czas i przestrzeń następują po sobie w nieustannym cyklu.
Proza Klimko-Dobrzanieckiego zorientowana jest na wykreowanie bohatera wielowymiarowego, który nie będzie tylko kukiełką w rękach autora, ale sam będzie tworzył istotę powieści. Akcja dramatyczna jest tu tylko dodatkiem mającym na celu zobrazowanie konkretnych cech bohatera i umotywowanie jego postępowania. Rezultatem takich zabiegów są postacie skomplikowane, o mocnej podbudowie psychologicznej, których relacji z otoczeniem nigdy nie można interpretować w sposób jednoznaczny. Bohaterowie „Bornholm, Bornholm” są mgliści jak wyspa, na której przyszło im żyć. To wrażenie charakterologicznego zamglenia autor „Rzeczy pierwszych” jeszcze pogłębia, stosując w przypadku jednego z nich poetykę konfesyjną i kontrastując ją z tradycyjnym prowadzaniem narracji. W ten sposób na dwie osobowości bardzo do siebie podobne, można spojrzeć z dwóch różnych perspektyw. To, czy te dwa wykreowane obrazy zostaną ze sobą połączone, wzajemnie się uzupełniając, czy całkowicie rozdzielone, zostaje już w gestii czytelnika i jego interpretacji.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Bornholm, Bornholm, wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Tagi: Hubert Klimko-Dobrzaniecki Bornholm Bornholm wydawnictwo Znak powieść recenzja Paulina Dreslerska