Kolejny obraz Nadodrza. Tym razem okiem osoby z zewnątrz, nie rodowitego nadodrzaninia. Jak wygląda ta dzielnica, kiedy w momencie zetknięcia się z nią, nie budzi żadnych wspomnień, nie wywołuje tęsknot za przeszłością?

Nie było jeszcze południa, kiedy prawie trzy lata temu przyjechałam do Wrocławia, by z daleka od wszystkowidzących rodzicielskich oczu wieść życie studenckie. Gdy wysiadłam z samochodu, moim oczom ukazały się stare, odrapane kamienice przywodzące mi na myśl pewną bardzo malowniczą i jeszcze bardziej niebezpieczną dzielnicę mojego rodzinnego miasta. Mój tato pomyślał widocznie o tym samym, gdyż rozejrzawszy się niepewnie po okolicy, udał się do piekarni znajdującej się tuż obok mojej klatki, by kupić nam na osłodę po wielkim ciastku z kremem.
Jako że mieliśmy jeszcze trochę czasu do odbioru kluczy, postanowiliśmy poobserwować moje nowe otoczenie. Hordy dzieci krzyczące wniebogłosy, śmierdzące bramy oraz bezpańskie psy - tak oto na pierwszy rzut oka przedstawiała się ulica Oleśnicka. Jeśli dodać do tego pana ewidentnie nie znającego zasady o niedelektowaniu się wysokoprocentowymi trunkami przed południem, który ze śpiewem na ustach, chwiejnym krokiem podążał w bliżej nieokreślonym kierunku, otrzymamy pobieżne wyobrażenie na temat gwałtownie podnoszącego się poziomu mojego stresu. Mój tata ze stoickim spokojem powiedział natomiast tylko jedno: będzie się działo.
Miał rację. Przez kolejne miesiące dane mi było poznać kuriozalne zwyczaje mieszkańców kamienicy. Nad moim mieszkaniem działała (prawdopodobnie) agencja towarzyska, więc ze zrozumiałych względów noce nie należały do nazbyt spokojnych. Dzieci, pozostawione bez opieki i miejsca do zabaw, pałętały się po podwórku, obrzucając się wzajemnie słowami, których nie powstydziłby się przysłowiowy szewc. Nie wspominam już o tzw. „strażnikach teksasu”, starszych ludziach, całe dnie wyglądających przez okno, a w związku z tym wiedzących wszystko o wszystkich. Co ciekawe, swoje badania społeczne musieli prowadzić już od dłuższego czasu, gdyż byli przygotowani na wszelkie niedogodności, czego dowodem mogły być chociażby puchowe poduchy zapobiegające bólowi łokci.
Oczywiście były też miłe aspekty, jak chociażby zawsze sympatyczne panie z piekarni, które nie raz odkładały chleb dla zapominalskich studentów wpadających do sklepu pięć minut przed zamknięciem czy moment, w którym lokalni żule przestali mnie zaczepiać, uważając za „swoją”. Nie sposób zapomnieć o miejscowym panu bezdomnym, który choć czasem denerwujący, z reguły jako jedyny interesował się, czy dzieci bawią się bezpiecznie. Czasem dostarczał też rozrywki, np. robiąc grilla z zepsutego wózka sklepowego.
Najpiękniejsze w Nadodrzu było jednak to, że tak naprawdę stanowi ono jakby osobny świat. Spożywczaki, szewc, fryzjer, piekarnia, cukiernia czy utrzymujące się najdłużej ze wszystkich sklepy monopolowe – w gruncie rzeczy wszystkie potrzebne sprawy załatwić można na jednej ulicy. Są nawet mini „kasyna”, choć do tych raczej nie polecałabym zaglądać. Dzielnicy dodają uroku także zamknięte już od lat zakłady, które choć nie przynoszą zysku (ani pożytku – jak twierdzą zwolennicy optymalnego wykorzystania zabudowy miejskiej), przypominają o złotych czasach wrocławskich rzemieślników.
Obecnie mieszkam już w zupełnie innym miejscu. Jednak mimo wszystkich opisanych tu sytuacji, moje dwuletnie poznawanie Nadodrza wspominam z łezką w oku. A do wszystkich narzekających na tę dzielnicę: nie pytaj, co Nadodrze może zrobić dla Ciebie, ale co Ty możesz zrobić dla Nadodrza!
źródło zdjęcia: www.images.google.pl
Tagi: aleksandra gieroba łokietka 5 nadodrze ludzie felieton