Swoje ulubione filmowe inspiracje posiada chyba każdy. Filmy, po których obejrzeniu towarzyszy nam nie tyle uczucie zadowolenia, co zachwytu nad geniuszem danego reżysera i sposobem wykreowania przez niego świata przedstawionego. Filmy, które zaostrzają nam apetyt na dobre kino i do których nieustannie powracamy, osiągając uczucie artystycznej sytości. Mając wskazać, którąś ze swoich inspiracji, właściwie ciężko jest zdecydować się na jedną pozycję. Dlatego wybrałam trzy. Każda pochodzi z zupełnie „innej bajki” i reprezentuje kompletnie odmienną technikę, kulturę i tematykę.

Arizona Dream reż. Emir Kusturica
„Arizona Dream” to nagrodzony m.in. Srebrnym Niedźwiedziem, mój niekwestionowany faworyt w całym dorobku Emira Kusturicy (chociaż tylko odrobinę wyprzedza „Underground”). Jest to film, w którym Johnny Depp konwersuje w języku Eskimosów, a niebo od czasu do czasu przecina wielka płynąca w powietrzu ryba. Podobno w tej nieco szalonej propozycji najsłynniejszego serbskiego reżysera, można się albo zakochać, albo kompletnie jej nie akceptować. Przekonałam się o tym zresztą na własnej skórze, polecając ją znajomym – reakcje były autentycznie całkowicie skrajne. Jeżeli ktoś lubi jednak surrealistyczne koncepcje i baśniowo-groteskowe kino Kusturicy, nie powinien mieć najmniejszego problemu z odbiorem filmu. Według mnie jest on dopracowany w najmniejszym szczególe. Muszę przyznać, że oglądałam go dziesiątki razy, a z każdym następnym inspirował mnie coraz bardziej.
Film opowiada historię młodego strażnika przyrody Axela (Johnny Depp), który za namową kuzyna, niespełnionego aktora Paula (Vincent Gallo), wyjeżdża do Arizony na ślub swojego wuja. Cała wyprawa okazuje się być jedynie pretekstem do realizacji planu krewnego, dotyczącego przejęcia przez chłopaka samochodowego komisu. I tak oto, Axel trafia pod skrzydła wujaszka Leo i próbuje odnaleźć się w kiczowatej rzeczywistości wytworzonej przez niego na środku pustyni. Wypucowane samochody, różowe garnitury, pudrowy domek z Disneylandu i wreszcie samo nazwisko wuja – Sweetie [sic!], wydają się być znakomitą scenerią do przesadnie słodkiego życia. Kiedy jednak pewnego dnia, w komisie pojawiają się dwie kobiety – Grace (Lili Taylor) i jej macocha Elaine (Faye Dunaway), ten pozorny spokój ulega zachwianiu, a Axel zostaje wciągnięty w miłosne rozgrywki pomiędzy dwoma kobietami.
Kusturica proponuje nam rzeczywistość pełną groteskowych i surrealistycznych wydarzeń. Scena, w której Axel, Paul, Grace i Elaine jedzą wspólny obiad, jest tego najlepszym przykładem. W kulminacyjnym momencie, rywalizujące ze sobą kobiety przeciągają leżący na stole obrus. Kiedy Elaine puszcza swój koniec tkaniny i zasypuje przybraną córkę zastawą, ta postanawia popełnić samobójstwo. Grace próbuje powiesić się na pończosze, która okazuje się być na tyle elastyczną, że dziewczyna kilkakrotnie unosi się na wysokość kilku metrów, a po czym znów odbija się od podłogi. W tle tej groteskowej sytuacji słyszymy zdenerwowaną Elaine i monolog Paula, którego to wydarzenie napawa szczególną motywacją do wygłoszenia dramatycznego tekstu aktorskiego. W filmie podobnych scen jest co niemiara. Cała historia rozpoczyna się od wypuszczenia przez małego Eskimosa balonika zrobionego z rybiego pęcherza. Ten przemierza tysiące kilometrów, aby dotrzeć do Nowego Jorku i obudzić śpiącego Axela. Tak naprawdę jednak, nie mamy żadnej pewności, czy moment ten nie rozpoczyna raczej jego snu.
„Arizona Dream” jest komedio-dramatem z domieszką kina fantasy. Zazwyczaj taka mieszanka nie miałaby racji bytu, jednak Kusturicy udało się osiągnąć złoty środek w dozowaniu poszczególnych gatunków. W scenach o zabarwieniu komediowym, najczęściej pojawia się niesamowity Vincent Gallo, wcielający się w rolę kompletnie zmanierowanego i zblazowanego Paula. Podobnie jak Gallo, pozostała trójka głównych aktorów wypada znakomicie. Lili Taylor jako zakompleksiona miłośniczka żółwi, która zawsze pozostaje w cieniu swojej przybranej matki, stworzyła naprawdę intrygującą kreację. Podobnie zresztą jak Faye Dunaway wcielająca się w rolę dojrzałej kobiety o osobowości małej dziewczynki. Jeśli chodzi Johnny’ego Deppa, to rola nieśmiałego, nieco zagubionego marzyciela z Nowego Yorku, jest również jedną z najlepszych w jego karierze.
W filmie Kusturicy mocną stroną jest scenariusz, zarówno dialogi jak i monologi. Narratorem całej opowieści jest Axel. Często jego rola nie kończy się na relacji, ale wygłasza on pewne niejako filozoficzne przemyślenia: „Jaki jest sens w oddychaniu, kiedy ktoś powiedział ci o różnicy pomiędzy jabłkiem i rowerem. Jeżeli ugryzę rower i będę jeździł na jabłku, wtedy dopiero poznam różnicę”. Znakomitą ramą dopełniającą film, jest muzyka którą napisał Goran Bregović. Serbski muzyk w tandemie z Iggy’m Popem stworzył kompozycje idealnie wpasowujące się w nieco szalony świat Kusturicy. Poza muzyką tego ekscentrycznego duetu, w filmie pojawia się meksykański zespół, który wchodząc do domu Elaine przynosi ze sobą wariacje na temat Bésame mucho, a także kompozycja Django Reinhardta wykonywana przez Johnny’ego Deppa w jednej ze scen filmu „Czekolada”.
W „Arizona Dream” reżyser stworzył rzeczywistość, którą właściwie trudno mi przyrównać do jakiegokolwiek innego filmu. Surrealistyczna opowieść, którą z pewnością należy obejrzeć co najmniej kilkakrotnie, aby odkryć niektóre nieco zakamuflowane koncepcje reżysera i dostrzec jego genialne, specyficzne filmowe sztuczki. Jest to prosta historia nieustannie krzyżująca ze sobą sytuacje tragiczne z komicznymi. I bez wątpienia moja ulubiona bajka Emira Kusturicy.
Lokator reż. Roman Polański
Opowiadając o filmowych inspiracjach nie mogłabym pominąć osoby Romana Polańskiego, którego filmografia stanowi dla mnie potężną dawkę inspirującego, znakomitego kina. Spośród jego licznych obrazów wybrałam „Lokatora”. Wybór ten być może nie jest dla wszystkich tak oczywisty. „Lokator” nie jest wcale uważany za najwybitniejszy film Polańskiego. Co więcej, w czasie swojego powstania krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, a przyjęcie go przez publiczność na Festiwalu w Cannes, podczas którego film został zaprezentowany, było zdecydowanie chłodne. Sam reżyser przyznał w późniejszym okresie, że główny wątek poprowadzony został w nie do końca przemyślany sposób. Być może winę za to ponosi długość okresu zdjęć – 8 miesięcy. Nawet dzisiaj nakręcenie genialnego filmu fabularnego, w tak krótkim czasie wydaje się być rzeczą niemożliwą.
„Lokator” jest historią osadzoną w iście kafkowskich dekoracjach. Polski niezwykle uprzejmy, ale i nieco zahukany urzędnik – Trelkowski (Roman Polański), wynajmuje mieszkanie w paryskiej kamienicy. Wcześniejsza lokatorka – Simon, popełniła samobójstwo, co jak się później okaże, będzie miało ogromny wpływ na dalsze życia nowego lokatora. Pozostawiona w szafie sukienka, zaadresowane do zmarłej pocztówki, czy tajemniczy kieł ukryty w dziurze w ścianie, to tylko preludium do mającej nadejść obsesji. Dodatkowym problemem okazuje się być orwellowski nadzór wyjątkowo nieprzychylnych nowemu lokatorowi sąsiadów. Budynek okazuje się mieć oczy i uszy, a przede wszystkim wyjątkowo cienkie ściany. Zarówno w kamienicy, jak i w swojej własnej głowie główny bohater staje się intruzem. Trelkowski tak obsesyjnie zaczyna dbać o cenioną w budynku ciszę, że jego działania zaczynają nabierać groteskowego wydźwięku. Zaczyna wierzyć, że sąsiedzi obmyślają spisek, którego główny celem jest zamiana mężczyzny w zmarłą eks-lokatorkę i doprowadzenie tym samym do jego samobójstwa. Podobno wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Wyjątkiem nie okazała się być sytuacja głównego bohatera, który na naszych oczach rzeczywiście powoli przeobraża się w Simon. Trelkowski niczym w mantrze powtarza „I am not Simon Choule!”, w co tak naprawdę chyba sam już zaczyna wątpić.
„Lokator” to ostatni film z „trylogii” Polańskiego składającej się z thrillerów psychologicznych, w których główną rolę odgrywa schizofreniczne pogrążanie się bohaterów, a tłem dla wydarzeń staje się zamknięta przestrzeń kamienicy mieszkalnej. O ile w „Dziecku Rosemary” bardziej obficie przejawiała się fascynacja reżysera horrorem, to „Wstręt” i „Lokator” są niejako bliźniaczymi obrazami analizującymi przede wszystkim psychologię bohaterów. Po premierze filmu w 1976 roku, jeden z recenzentów napisał, że „Polański przejął rolę graną przez Deneuve we „Wstręcie”, ale nieobecność Deneuve daje się odczuć”. To jednak nieprawda. Polański wykreował bardzo wiarygodną postać, której nie tylko wierzymy, ale i w pewnym momencie zaczynamy patrzeć na świat przedstawiony jej oczyma. Świetna jest również Isabelle Adjani znana między innymi z tytułowej roli w „Królowie Margot” Patrice’a Chéreau. Adjani wciela się w rolę znajomej Simon, a następnie powierniczki i - chyba na wyrost powiedziane –przyjaciółki głównego bohatera. W rolach sąsiadów pojawili się m.in. nagrodzeni Oscarami: Melvyn Douglas, Jo Van Fleet czy Shelley Winters.
Jedną ze scen, które przesądziły o nazwaniu „Lokatora” moją osobistą filmową inspiracją jest również sekwencja otwierająca film, stanowiąca tło do napisów tytułowych. W ciągu niecałej minuty reżyser prowadząc nas od okna do okna, podsuwa nam subtelnie całą historię w pigułce. Praca kamery w tej scenie jest również rewelacyjna i jak na owe czasy wręcz imponująca. Kamera została umieszczona na specjalnym podnośniku, pozwalającym na uzyskanie jednego długiego ujęcia. Za tym i innymi świetnymi kadrami w „Lokatorze” stoi szwedzki operator Sven Nykvist, znany ze współpracy z Ingmarem Bergmanem. Scenografia utworzona do filmu przez Pierre’a Guffroya (pracującego przy wszystkich francuskich filmach Buñuela), również była warta swojej ceny – ponad pół miliona dolarów. Utworzona imitacja budynku do złudzenia przypomina jedną z przeciętnych paryskich kamienic. Tak naprawdę posiadała ona jedynie dwa piętra natomiast pozostałe zostały „dobudowane” za pomocą ogromnego lustra umieszczonego u stóp budynku. Oprawa muzyczna, którą zajął się Philippe Sarde, także należy do jednej z najlepszych, jeśli chodzi o filmy Polańskiego.
W związku ze schizofrenicznymi wizjami bohatera w filmie pojawiają się liczne momenty, które są nie tylko dziwaczne, ale przede wszystkim przerażające. Finałowa scena samobójstwa przedstawiona jest jako spektakl, natomiast zgromadzeni sąsiedzi jako żądni pełnokrwistego widowiska koszmarni, diabelscy widzowie. W filmie poza groteskowymi i trzymającymi w napięciu scenami , nie brakuje jednak dialogów wręcz humorystycznych, co spowodowało, że niektórzy określali go jako niespójny. „Lokator” mimo nominacji do Cezara i Złotej Palmy nie zdobył żadnej z nagród. Prywatnie jednak uważam go za genialny, nieprzewidywalny, a także niezwykle inspirujący. Przede wszystkim do intensywnego myślenia.
Ruchomy Zamek Hauru reż. Hayao Miyazaki
Trzecią filmową inspiracją, o której chciałabym wspomnieć jest pozycja całkowicie różniąca się od dwóch poprzednich – japońska animacja „Ruchomy zamek Hauru”. Mówiąc szczerze, nie jestem wielką fanką anime. Właściwie poza pewnymi konkretnymi twórcami, raczej omijam ten gatunek. Produkcji studia Ghibli staram się natomiast nie omijać wcale, ponieważ można wśród nich napotkać naprawdę interesujące pozycje. „Ruchomy Zamek Hauru”, to zaraz po „Spirited Away: W Krainie Bogów” chyba najbardziej komercyjny produkt kooperacji Ghibli – Miyazaki. Dodatkowo w produkcję tej animacji wmieszał się również Disney, co być może jeszcze bardziej odstrasza miłośników ambitnego kina. Zupełnie jednak niesłusznie, ponieważ film japońskiego reżysera, bynajmniej nie jest skierowany do najmłodszego, a tym bardziej do niewymagającego widza. Wręcz odwrotnie.
Główną bohaterką „Ruchomego zamku Hauru” jest Sophie – młoda dziewczyna żyjąca w spokojnym miasteczku, której głównym zajęciem jest prowadzenie sklepu z kapeluszami. Kiedy pewnego dnia Wiedźma z Pustkowia rzuca na nią klątwę, dziewczyna zamienia się w staruszkę. W poszukiwaniu ratunku Sophie opuszcza miasto i w krótkim czasie trafia do drzwi człapiącego zamku należącego do znanego w całej okolicy czarodzieja – Hauru. Jest on odwiecznym wrogiem wiedźmy, a przy tym najsłynniejszym łamaczem damskich serc. Sophie, która również jest oczarowana jego osobą, z racji swojego wyglądu, może pozwolić sobie jedynie na pozostanie w zamku pełniąc rolę pomocy domowej. Z racji trwającej wojny i żywych pocisków spadających z nieba, ruchomy budynek często zmienia swą lokalizację, co jest możliwe dzięki demonowi przedstawionemu w postaci ognia – Kalcyferowi. W późniejszym czasie okaże się, że Hauru łączy z nim, a więc i z całym zamkiem, duża większa zależność niż można byłoby sobie to wyobrazić.
Samą postać czarodzieja Miyazaki nakreślił w niejednoznaczny i niezwykle skomplikowany sposób. Hauru czasami zdaje się być poważnym młodzieńcem o stoickim spokoju, ażeby chwilę później wpaść w histerię z powodu przypadkowej zmiany koloru włosów. Czarodziej nie boi się brać udziału w potwornej wojnie, ale obawia się porozmawiać ze swoją byłą nauczycielką Madam Suliman, co ma zresztą fatalne skutki. Hauru korzystając z możliwości natychmiastowej zmiany miejsca zamieszkania, jaką oferuje zamek, w każdej przestrzeni posiada inną tożsamość, co zdecydowanie jeszcze bardziej utrudnia nam jednoznaczne osądzenie jego osoby. Aż do ostatniej klatki, postać ta pozostaje dla nas pewną zagadką.
Film reżysera ochrzczonego japońskim Disneyem powstał wprawdzie na podstawie książki Diany Wynne Jones, jednak po przeniesieniu na ekran tekst uległ pewnym modyfikacjom. Najważniejszą zmianą było pojawienie się w ekranizacji wątku o zabarwieniu pacyfistycznym, którego na próżno szukać w książce. Tytułowy bohater od czasu do czasu znika nawet na kilka dni, aby wziąć udział w wyczerpujących walkach czarodziejów, w efekcie czego, niejednokrotnie ledwo uchodzi z życiem. Coraz częściej myśli jednak o podjęciu próby przekonania króla do przerwania trwających bitew, a w końcu powierza to zadanie Sophie. Finalnie działania wojenne kończą się upragnionym rozejmem i pokojem.
Wojna nie wysuwa się jednak na pierwszy plan filmu. „Ruchomy zamek Hauru” jest raczej spokojną i stonowaną opowieścią. Jednym ze szczególnie wartych zauważania elementów świata zaproponowanego przez Miyazakiego jest scenografia, będąca efektem sporej wyobraźni rysowników. Niesamowicie dopracowanymi i bogatymi w liczne detale, są zarówno przestrzenie zamknięte (zamek, czy kompletnie odrealniony pokój Hauru), jak i krajobrazy otwarte, które nie bez powodu zachwycają nie tylko główną bohaterkę animacji. Przepiękną muzykę, tradycyjnie już napisał dla Miyazakiego, Joe Hisaishi. Nie da się ukryć, że przynajmniej w moim przypadku, kompozycje japońskiego artysty, a przede wszystkim główny motyw muzyczny, zdecydowanie wpłynęły na wysokie notowania filmu.
„Ruchomy zamek Hauru” został nominowany do Oscara, w kategorii najlepszy pełnometrażowy film animowany. Mimo, że nie powtórzył sukcesu wcześniejszego „Spirited Away: W Krainie Bogów”, nie od dziś wiadomo, że nagrody Akademii nie zawsze stanowią wyznacznik dobrego kina.
Miyazaki wykreował w filmie całkowicie zaskakujący świat, którego realne elementy przeplatają się w naturalny sposób z fantazją i magią . Przy tych wszystkich udziwnieniach reżyser prowadzi nas przez animację w taki sposób, że przez chwilę jesteśmy nawet w stanie uwierzyć w możliwość istnienia tak osobliwej rzeczywistości, co jest niemałą umiejętnością. „Ruchomy zamek Hauru”, tak jak i dwa poprzednie filmy, jest na swój sposób unikalny, a przy tym posiada widoczne znamię swojego twórcy. Mając do czynienia z tego rodzaju świetnymi obrazami, zaczynamy zastanawiać się nad kreacyjno-inwencyjnymi możliwościami jednostki, co motywuje nas do chęci przetestowania samych siebie. A to ten wpływ właśnie, nazywamy inspiracją.
Tagi: cykl Inspiracji Magdalena Hołub Arizona Dream Lokator Ruchomy Zamek Hauru
wxRugmsXHiXti08-12-2011, 17:42
KLFWok , [url=http://evprkofqvofd.com/]evprkofqvofd[/url], [link=http://bmranhtplraf.com/]bmranhtplraf[/link], http://qmqdgozeabcv.com/
RBWGehOeIUheN04-12-2011, 11:29
xH801c <a href="http://kfdtfleqgydg.com/">kfdtfleqgydg</a>
YNsRsGavO02-12-2011, 17:02
Azka4F , [url=http://hogslgrzsrca.com/]hogslgrzsrca[/url], [link=http://fmvvjpjkcnzj.com/]fmvvjpjkcnzj[/link], http://assisyoctjxp.com/
xpNBUkEBVHfRD01-12-2011, 13:12
9JMkEB <a href="http://lznfcorvzhod.com/">lznfcorvzhod</a>
LniCjVdM01-12-2011, 09:10
Mighty usfuel. Make no mistake, I appreciate it.