G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Coke Live Music Festival 2011. Amerykańskie marzenie

Autor: Łukasz Gręda, dodano: 28-08-2011, 18:00

Kraków przez wiele lat kojarzył mi się z miejscem martwym, w którym nic się nie dzieje, do którego, parafrazując Marcina Świetlickiego, przyjeżdżają umierać poeci. Nic dziwnego – cisza i spokój, bo w Krakowie usłyszeć można było głównie hejnał z Wieży Mariackiej.

Ale nie tylko: Spływające w dół rynku dźwięki trąbki mieszały się z ludowymi przyśpiewkami, poetyckim bełkotem przyprawionym anemiczną gitarą akustyczną i organami kościelnymi, tworząc wstrząsającą mieszankę. Płyta rynku opanowana przez sylwestrowe i świąteczne przyśpiewki oraz kameralne hity w wykonaniu podopiecznych Anny Dymnej; piwnice i kluby pełne rozśpiewanych baranów i jaszczurów oraz kościoły, w których nieprzerwanie trwał festiwal muzyki sakralnej – tak przedstawiał się muzyczny krajobraz Krakowa. I tylko na Brackiej padał deszcz, zagłuszając wszystko inne.

Pod tym względem nic się nie zmieniło. Rynek wciąż jest okupowany przez ludowych pieśniarzy o różnym stopniu upośledzenia, piwnice choć zalane, to wciąż rozśpiewane, a w kościołach trąbią organy. Zmieniło się za to coś innego. Pojawiła się alternatywa. Przyszło nowe i zmiotło stare do kąta. Sacrum Profanum, Unsound, Selector, Coke Live – jeśli wymienić tylko te największe spośród krakowskich festiwali, to zupełnie nowa jakość. Okazało się, że do Krakowa można przyjechać nie tylko po to, żeby umrzeć, ale i posłuchać dobrej muzyki.

Ja nie mam zamiaru umierać. Przynajmniej nie w tej chwili, a może i w ogóle, więc do Krakowa przyjechałem, aby skorzystać z uroków Coke Live Music Festival. Do tej pory omijałem średnie dziecko Alter Artu. Nie przekonywał mnie początkowy charakter festiwalu – skupiony na muzyce hip-hopowej w jej popowym wydaniu. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że się myliłem - Coke miał szansę stać się najbardziej amerykańskim z polskich festiwali prezentując największe gwiazdy współczesnej, czytaj amerykańskiej, muzyki pop. Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca dla Katy Perry czy Jaya Z w naszym kraju. Jednak zamiast kontynuować raz obrany kierunek festiwal przemianowano, dodając kilka gitar do repertuaru, na niczym nie wyróżniający się europejski festiwal. Koniec z marzeniami o przyczółku dla największych gwiazd popu. Mimo to tegoroczny Coke stał hip-hopem zza Atlantyku i nawet takie gitarowe gwiazdy jak Editors i Interpol nie mogły tego zmienić.

Kiedy dotarłem na miejsce festiwalu na scenie królowali już chłopaki z White Lies. Od czasu koncertu na Open'erze muzycy wydali nową płytę i umocnili swoją pozycję następcy Joy Division. Nie wiem czy to zasługa chwytliwych melodii, potężnego brzmienia, czy po prostu uroku zespołu, ale ich koncertów zawsze wysłuchuję z przyjemnością. Nie skaczę, nie śpiewam tekstów, nawet nie podryguję nogą do rytmu, ale potrafię docenić zespół, który zmusza do tego wszystkich innych w koło. Ciężko za to zdobyć mi się na uznanie dla The Kooks – kolejnej gwiazdy festiwalu. Miałem tę przyjemność, że ich koncert spędziłem w towarzystwie znajomej, która Kooksów darzy wielką sympatią. Opowiedziała mi, że jednego lata podróżując z przyjaciółmi słuchała w aucie właśnie debiutanckiego krążka Anglików i zapamiętała ten czas jako pełen beztroski i swobody. Z siłą nostalgii nie ma co dyskutować. Szkoda tylko, że ja nie mogę pochwalić się podobnymi wspomnieniami. Może gdybym przysłuchiwał się ich piosenkom z tylnego siedzenia samochodu teraz łatwiej byłoby mi ich wytrzymać? Taka wizja była kusząca, bo przysłuchując się im na żywo marzyłem, aby odjechać jak najdalej od sceny. Na szczęście zbliżała się godzina 21, a nią wyczekiwany przeze mnie koncert Kida Cudiego. Czym prędzej, więc zabrałem się z miejsca i zostawiłem moją znajomą w obłokach wspomnień.

Powinienem nie liczyć się z sentymentami i zostawić ją dużo wcześniej, bo gdy dotarłem na miejsce festiwalowy namiot był już szczelnie wypakowany ludźmi. Nigdzie nie dało by się włożyć nawet szpilki. Nie ma jednak festiwalu bez przepychanek w stronę sceny i z zapałem zabrałem się do lawirowania między ludźmi. W końcu, dzięki wydatnej pomocy mojej siostry, udało mi się przedostać do czwartego rzędu, gdzie panowała kopalniana atmosfera – ciemno, ciasno, a powietrze dawno już wyparowało. Za to poruszenia jak przed wielką promocją w supermarkecie. Obserwując nastrój w namiocie nie było wątpliwości, że Cudi był najbardziej oczekiwaną gwiazdą pierwszego dnia festiwalu. Zaczęło się całkiem nieźle od "Revofev" i "Erase me". Gorzej ze środkową partią występu. Publiczność wciąż żywo reagowała na każde słowo rapera, ale z początkowego entuzjazmu nic nie zostało. Dominowały kawałki z drugiej płyty, na której, bądźmy szczerzy, brakuje dobrych koncertowych piosenek. Dopiero, kiedy zabrzmiały pierwsze teksty "Memories", a później "Day&Night" publiczność na nowo oszalała. To był Kid Cudi, jakiego każdy chciał usłyszeć i na dowód tego pierwsze rzędy omal nie wzbiły się w powietrze. Nawet dość powściągliwy raper był pod wrażeniem. Choć, może lepiej powiedzieć „skryty” i to dosłownym tego słowa znaczeniu. Przez cały koncert w namiocie panował półmrok i ledwo można było dojrzeć, co się dzieje na scenie. Cudiemu wcale to nie przeszkadzało, a że dodatkowo ukrył się pod swoja charakterystyczną czapką, to tyle go widzieliśmy. Koncert zakończył się "Pursuit of the happiness" i dobrze, że Cudi zwlekał tyle z jego wykonaniem, bo jako końcowa piosenka świetnie się sprawdził.

Kiedy koncert w namiocie dobiegał końca na scenie głównej pojawili się muzycy Interpol. Przyznam, że nigdy nie rozumiałem popularności tego zespołu. Pewnie dlatego przeszedłem obok nawet się nie oglądając. Za sobą miałem wycieńczający koncert, przed sobą perspektywę długiego powrotu do domu. Na szczęście przy przystanku autobusowym, z którego odjeżdżały festiwalowe autobusy, rozdawano darmowe puszki Coca-Coli. I wiecie co? To, co mówią w reklamach to wszystko prawda. Trzeba być tylko naprawdę wykończonym.

Drugi dzień rozpoczął się od koncertu Pablopavo i ludzików. Piękne popołudnie – słońce wysoko, na niebie ani jednej chmury, ale dla zespołu to najgorsza pora. Muzycy zresztą mieli świadomość, że grają dla garstki ludzi zgromadzonych pod sceną i reszty, która rozłożyła się na trawie i w spokoju chciała doczekać na prawdziwe gwiazdy. Nie ma co ukrywać, że warszawiakom daleko do takiego statusu. Wystarczy ich posłuchać. Musiałem się upewnić, czy dobrze słyszę, więc sięgnąłem po książeczkę festiwalową, a tam jak byk napisane, że Pablopavo to „inteligentne i poetyckie teksty”, a i nawet nazwisko Tyrmanda wspominano przy okazji. Nie bez powodu, bo muzycy w swoich tekstach opiewają szemrane uroki Warszawy, ale na tym podobieństwa się kończą. Tyrmand napisał świetną książkę i zatytułował ją „Zły”, a piosenki Pablopavo są po prostu złe i nikt nie musi ich już tak nazywać. Przysłuchując się groteskowemu występowi uśmiechnąłem się kilka razy pod nosem, choć był to uśmiech niedowierzania – moim faworytem została piosenka o kinie Moskwa podstępnie zagrabionym przez nieznanych bliżej „skurwysynów”. Na tym jednak koniec, słońce powoli zachodziło, a  z nim cały urok koncertu.

Poziomem od poprzedniego wykonawcy nie odbiegał zespół Everything Everything, który przybył w zastępstwie Q-Tipa. Dlaczego akurat oni? O tym lepiej nie myśleć, bo trzeba by się wtedy zastanowić kto musiałby zastąpić Kanye Westa – Mezo? Na pierwszy dobry koncert drugiego dnia festiwalu trzeba było poczekać do wieczora i nawet piękna pogoda wydawała się niewystarczający powodem, dla którego przyszło się wcześniej.

Editors stanęli na wysokości zadania i dali solidny koncert, na którym nie zabrakło największych przebojów. Mimo to przez większość czasu ziewałem i zniecierpliwiony przestępowałem z nogi na nogę. Warto jednak było wytrzymać, bo inaczej koncert Kanye Westa oglądałbym z daleka. No i właśnie, przechodzimy do sedna sprawy - najważniejszego koncertu tegorocznego Coke'a, koncertu, który śmiało mogę określić, jako nadzwyczajny. Większość koncertów wygląda bardzo podobnie – piosenka, strojenie, kilka słów do publiczności i znowu piosenka. Po każdym takim koncercie przychodzi następny i nawet jeśli na scenie pojawia się wykonawca, za którego dalibyśmy się pokroić rzadko zdarza się, aby zaprezentował coś tak różnego od innych, abyśmy zapamiętali go na zawsze. A Kanye'mu się udało.

To nie jest kwestia bogatej oprawy wizualnej, fajerwerków i zastępu tancerek na scenie. Liczą się wyłącznie emocje, a tych na koncercie Westa nie brakowało. Cokolwiek by nie myśleć o jego medialnych wygłupach trzeba zobaczyć go na koncercie, aby w pełni docenić jego muzykę. West ten błazen, porównywany do Hitlera, okazuje się być fantastycznym muzykiem i profesjonalistom w każdym calu. Ponad dwu i pół godzinny koncert zamienił w prawdziwy spektakl. Koniec z wyśpiewywaniem piosenek jedna po drugiej, tak żeby publiczność doczekała się wreszcie ulubionych kawałków z list przebojów. Z pojedynczych kawałków West robił mini symfonie, rozciągając je niekiedy nawet do pół godziny. Efekt był piorunujący. To jakby przed krakowską publicznością otworzył się portal do innego świata. Jak napisano na facebookowym fanpage'u Coke'a West jest dziś na szczycie muzycznego świata. A tego typu gwiazdy rzadko mamy okazję oglądać w kraju. Polska pomimo boomu festiwalowego ostatnich lat wciąż nie jest obowiązkowym punktem na koncertowym szlaku największych zespołów. Koncert Westa był więc przedsmakiem tego, co być może nas czeka, a co niestety wciąż jest poza naszym zasięgiem.

Z Coke'iem żegnałem się podobnie, jak pierwszego dnia puszką Coca Coli. Tym razem smakowała inaczej. To był smak nowo odkrytej Ameryki.

Tagi: Łukasz Gręda Coke Live Music Festival Editors Interpol Kanye West White Lies Alter Art The Kooks Kid Cudi Everything Everything Pablopavo i ludziki



Skomentuj

ela17-09-2011, 19:18

Mysle ,ze autor jest debilem


qdjhyLyZN14-09-2011, 12:50

KIX8GP , [url=http://uqvyvbctfrle.com/]uqvyvbctfrle[/url], [link=http://kjwpomhhkjwi.com/]kjwpomhhkjwi[/link], http://efodvhylumct.com/


LSZEFuamDYTzILysY12-09-2011, 16:55

VPXrFs <a href="http://jjujxgalcukf.com/">jjujxgalcukf</a>


yOjOXjXYKvchDPLR12-09-2011, 10:46

mshorN , [url=http://irgcqhydqcge.com/]irgcqhydqcge[/url], [link=http://vddybxoskfti.com/]vddybxoskfti[/link], http://pwgtoqxrcmpm.com/


DbmyadEQvIvvgIPz11-09-2011, 09:57

CBbKan <a href="http://kpcnwewieruy.com/">kpcnwewieruy</a>


OMEgMmiPemSl11-09-2011, 00:22

Many many qaliuty points there.


Newsletter

reklama
http://www.facebook.com/portalGpunkt
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator