G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Cudze, czyli moje?

Autor: Łukasz Saturczak, dodano: 11-08-2010, 18:32

Po słynnej książce "O fotografii" z 1977 roku, to właśnie "Widok cudzego cierpienia" (2003) został opublikowany jako drugi w serii dzieł zebranych Susan Sontag w wydawnictwie Karakter. Oczywiście, nie jest to rzecz tak głośna, jak niegdysiejsze teksty słynnej dziennikarki. Nie można przejść jednak obojętnie obok tego eseju(?), czy raczej wykładu zaprezentowanego na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Susan Sontag

Fotografia po roku 2001 to nie ten sam przekaz, co w latach ‘70, czy nawet końca XX wieku. Porównując obrazy cierpienia pierwszych udokumentowanych konfiktów zbrojnych Europy z tym, co miało miejsce parę lat temu (i nadal ma), Susan Sontag dochodzi do dwóch ważnych wniosków – zmienił się tylko przekaz, zainteresowanie cudzym bólem jest rówie wielkie jak kiedyś.

Pierwszy wniosek, to rzecz jasna żadna nowość. Jednak autorce nie chodzi tyle o samą ewolucję, jaką przeszedł aparat fotograficzny w czasie wojny (od elitarnego narzędzia korespondentów wojennych po środek, którym posługują się absolutnie wszyscy), ale o to, że nie ma już niemych świadków zbrodni i każdy może ją potwierdzić stworzonym przez siebie obrazem. Jeszcze w czasie konfliktu o Falklandy, ówczesna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, pozwoliła wysłać tam jedynie dwóch fotoreporterów, co dziś, przez dostępność aparatów, jest po prostu niemożliwe.

Najlepszym tego przykładem jest dokumentowanie wydarzeń z września 2001 roku w Nowym Jorku. W gazetach pojawiały się zarówno zdjęcia zawodowców, jak i amatorów. Co więcej, w jednej z galerii zestawiono ze sobą, dodatkowo z możliwością licytacji, fotografie zrobione przez obie grupy i okazało się, że niepodpisane dzieła osiągają identyczne wartości. Teoria głoszona od dawna przez postmodrenistów, że wszystko jest sztuką, tutaj sprawdziła się doskonale. Oprócz tego, że wszyscy jesteśmy fotografami, jesteśmy również artystami.

Zresztą losy wspomnianej cenzury też bywały różne. Sontag świetnie wyłapuje te momenty w historii, kiedy zmieniało się podejście do sposobu prezentowania ludzkiego cierpienia. Na samym początku pokazywanie ofiar było czymś świadczącym o triumfie jednej ze stron i mimo okropności tego obrazu robiono to w imię zasady, że „historię piszą zwyciężcy”, a to jest jeden z elementów, który tę zasadę ma potwierdzić lepiej aniżeli setki stron tekstu. Dopiero, gdy po wojnie domowej w Hiszpanii fotografia, głównie za sprawą Roberta Capy, pokazała, że cierpienie wcale nie powinno stanowić powodu do chwały, w kolejnych konfliktach starano się wpłynąć na to, co i jak pokazać światu.

Przykładem tego może być propagowanie wielkości Hitlera na wiecach i triumfu jego wojsk, ale milczenie chociażby o obozach koncentracyjnych. Właśnie z tego powodu znane fotografie z Dachau pochodzą już z czasu jego wyzwolenia, nie prezentując samego procesu masowej zagłady. To z kolei wykorzystują propagatorzy tzw. kłamstwa oświęcimskiego.

Gdy jednak rozwoju fotografii nie dało się powstrzymać i kolejno wychodziły na jaw zbrodnie w Wietnamie, Afryce czy Bośni, należało zrobić coś, żeby ten przekaz zagłuszyć. Nastąpił nowy etap, czyli atakowanie widza przez masowe środki przekazu, tak jak w przypadku wojny w Zatoce Perskiej. Nie dostawaliśmy obrazów cierpienia, ale kolejne odsłony precyzyjnych bombardowań, które miały za zadanie powodować jak najmniej strat wśród cywilów. Jednak i to się nie udało, ponieważ, mimo że ten obraz przeważał, nie mieliśmy wiekszych problemów z dotarciem do zdjęć przedstawiających krew i cierpienie.

Sontag uważa, że także fotografia ma swoje na sumieniu i nie mają z tym nic wspólnego naciski ze strony władzy i mediów. Zdjęcie nigdy nie było wolne od manipulacji i to przynajmniej na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze jest to pozorowanie autentyczności, jak w przypadku słynnego zdjęcia Roberta Capy, przedstawiającego zestrzelenie republikańskiego żołnierza podczas wojny w Hiszpanii, czy równie znanego obrazu prezentującego wbicie amerykańskiej flagi na wzgórzach Iwo Jimy. Co je łączy? To, że oba były ustawiane. Czy to coś zmienia? Najprawdopodobniej nie. W obu przypadkach mamy do czynienia z dokumentami epoki i dowiedzenie się o ich pozorowaniu raczej im nie zaszkodzi.

Inny sposób manipulacji jest dużo bardziej niebezpieczny. Zdjęcie samo w sobie można odczytać na wiele sposobów. Widok głodującego dziecka wzbudza w nas, jeśli nie jesteśmy pozbawionymi serca powtorami, raczej negatywne uczucia. Wszystko może się zmienić, jeśli umieścimy je w innym kontekście, poprzez odpowiedni podpis, sąsiedztwo innych zdjeć etc. Dzięki temu zabiegowi każda strona konfiktu może skorzystać na tej samej fotografii. Jedna, mówiąc, że to ich cierpienie, druga zarzucając prowokację. Widzimy wszakże ból, nie zaś tego, kto go zadał.

Już Platon pisał: No, macie teraz, wy moje oczy przeklęte, napaście się tym pięknym widokiem. Ludzkie cierpienie, mimo powszechności (głównie dzięki tabloidyzacji), dalej robi na nas wrażenie. Różny jest tylko sposób przekazania. Wystarczy wspomnieć, jaki szok wywołały fotografie zabitego Waldemara Milewicza w 2004 roku. Atakujący nas przekaz nie zrobił z nas znieczulonych marionetek. Póki co.

Susan Sontag, Widok cudzego cierpienia, wydawnictwo Karakter, Kraków 2010.

Tagi: Susan Sontag Widok cudzego cierpienia wydawnictwo Karakter esej recenzja Łukasz Saturczak



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.facebook.com/portalGpunkt
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator