Ikona popkultury, mająca rzesze fanów na całym świecie; człowiek, który popularyzując kino, jednocześnie dokonuje na nim zbrodni; wizjoner; czy może raczej cynik, wykorzystujący sprzyjającą koniunkturę i naiwność widzów? Manipulację publicznością opanował do perfekcji, wznosząc się na twórczy piedestał, z którego nie jest w stanie strącić go każdy kolejny, coraz słabszy film. Wasz ukochany Tim Burton.

Umniejszać dorobku dziwaka z Burbank nie mam zamiaru. Więcej, po seansie „Alicji w Krainie Czarów”, jego najnowszego filmu, z chęcią stanę wśród piewców talentu Burtona, głosząc, że ten znów ma w kinie nie tylko coś do pokazania, ale i powiedzenia. Podszepty matki głupich, mówiącej o tym, że kilkunastoletnia przerwa w twórczym rozwoju reżysera „Soku z żuka” musi się kiedyś skończyć, na razie pozostają jednak w sferze życzeń. Dzisiaj Burton jest najlepszym przykładem tego, jak zgubna może być wiara we własny geniusz.
A przecież czasy, w których rzetelnie pracował na swoją pozycję, dając się poznać jako twórca z oryginalnym stylem i specyficznym poczuciem humoru, nie są wcale tak odległe. Szersze grono publiczności usłyszało o Burtonie w 1988, po premierze jego drugiej fabuły – „Soku z żuka”, bezpretensjonalnej historyjki o „życiu po życiu”. Sukces filmu zaowocował propozycją ekranizacji popularnego komiksu – „Batmana” (1989), która okazała się przełomem dla konwencji kina o superbohaterach, szybko stając się obrazem kultowym, na podobną pozycję windując także Burtona.
Świat zachwycił się młodym reżyserem – uznawano go za powiew świeżości, wieszcząc wielką karierę. Nic w tym dziwnego. Burton szybko wypracował charakterystyczny styl, urzekający warstwą wizualną – najróżniejszymi kształtami i kolorami, a także swoim niepokojącym klimatem. Kolejne jego filmy – „Edward Nożycoręki” (1990), „Powrót Batmana” (1992) i „Ed Wood” (1994) potwierdzały klasę młodego twórcy, umacniającego swoją pozycję w reżyserskiej pierwszej lidze. Akceptacja krytyki i widzów była tym cenniejsza, że każdy z wymienionych projektów nosił w sobie znamiona symbiozy kina artystycznego z komercyjnym. W ujęciu Burtona sprawdzała się ona znakomicie, niezależnie od tego, czy robił film traktujący o figurze obcego w świecie, a zarazem satyrę na amerykańskie społeczeństwo („Edward Nożycoręki”), czy podejmował temat legendy „najgorszego reżysera wszechczasów” – Eda Wooda.
Twórca „Soku z żuka” przeoczył jednak moment, w którym zaczął być wtórny, jednocześnie porzucając swoje artystyczne ambicje. Symptomem spadku formy była kolejna satyra na amerykańskie społeczeństwo, tym razem pokazane w postaci inwazji obcych – „Marsjanie atakują!” (1996). Choć, jak zwykle, podkreślano znakomitą stronę wizualną, to zarzuty o niezbyt wyszukany humor i toporność filmu nie były przesadzone. Mimo porażki, Burton nie przestał eksperymentować z formą, co owszem, sprawdzało się, ale jedynie do czasu. O ile więc „Jeździec bez głowy” (1999) jest przerysowaną i groteskową zabawą z kinem, o tyle „Planeta małp” (2001) to największa wpadka w dorobku reżysera. Podejmując się próby opowiedzenia znanej już historii („Planeta małp” jest remakiem filmu o tym samym tytule z 1968), Burton zgubił sens i ducha opowieści, które zapewniły sukces wersji oryginalnej. Jego autorska wizja okazała się płytka i nieprzekonująca nawet dla miłośników twórczości reżysera „Batmana”.
Fani szybko wybaczyli Burtonowi to potknięcie, zwłaszcza że kolejne jego filmy – „Duża ryba” (2003), „Gnijąca panna młoda” (2005), czy wreszcie „Sweeney Todd” (2007) – są kwintesencją stylu dziwaka z Burbank. Każdym kolejnym tytułem dawał upust swojej niczym nieskrępowanej wyobraźni, zabierając widzów w niesamowitą podróż przez życie Edwarda Blooma („Duża ryba”), czy otwierając przed nimi wrota niezwykłej fabryki czekolady („Charlie i fabryka czekolady” (2005)). W myśl popularnego hasła „spodziewaj się niespodziewanego” Burton zapraszał na wyprawę do krainy zmarłych („Gnijąca panna młoda”) i zaskakiwał ekranizacją krwawego musicalu, osadzonego w wiktoriańskiej Anglii („Sweeney Todd”). Choć krytycy odczucia mieli mieszane, ironicznie nazywając Burtona popsurrealistą, to liczyła się przede wszystkim satysfakcja widza.
Skoro jest więc tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Przecież mało który reżyser cieszy się mianem kultowego, będąc równie rozpoznawalnym jak gwiazdy swoich filmów, a takim statusem może pochwalić się Burton. Przez rzesze fanów na całym świecie traktowany jest bardziej jak bożyszcze rocka niż reżyser filmowy. Który z twórców może pozwolić sobie na taką niezależność i swobodę w realizacji nawet najbardziej dziwacznych projektów? Bracia Coen? Tarantino? Kto jeszcze?
Tym bardziej bolesny jest fakt zatrzaśnięcia się Burtona w określonych ramach, gdzie o ile możliwe jest eksperymentowanie z formą, to nijak nie przekłada się to na treść. Dziś filmy Tima są raczej świetnie wyprodukowanym towarem – pięknie opakowanym, ale pustym w środku. Burton osiągnął status reżysera, którego lubić w pewnych, dość szerokich, kręgach zwyczajnie wypada, nawet jeśli pytanie o jego fenomen pozostaje otwarte, a próba odpowiedzi będzie jednocześnie wyznaczała nasze oczekiwania wobec współczesnego kina. Twórca „Eda Wooda” wyszedł z założenia, że są one niskie – nawet schematyczna i płytka historia może gwarantować sukces, jeżeli fabularne luki wypełni wizualna orgia, z dziwacznie ucharakteryzowanymi aktorami na czele. Publiczność, oszołomiona tym, co widzi na ekranie, nie dostrzega lub dostrzegać nie chce, że pod tą jakże atrakcyjną warstwą, kryje się nic innego jak banał i treściowa próżnia, przekraczająca wszelkie normy, jak chociażby w „Charliem i fabryce czekolady”. W zapatrzeniu w osobę Burtona jego fani pogrążyli się w skrajnościach – nie podlega on żadnej krytyce, a niezależnie od tego, jaki będzie jego nowy film, „ochy” i „achy” pojawią się obowiązkowo. Widz, opuszczając salę kinową, będzie zaś święcie przekonany, że obejrzał coś „z wyższej półki”, o czym w inteligentnych rozmowach będzie mógł porozmawiać z inteligentnymi ludźmi.
Argument o tym, że reżyser „Batmana” jak nikt inny popularyzuje kino, pokazując przy okazji, że może być ono także źródłem inteligentnej rozrywki, jest równie trafny jak przypisywanie tego samego Ronaldowi Emmerichowi, gromadzącemu przecież niemałą widownię na swoich gniociskach. Gubiąc złoty środek na symbiozę kina artystycznego z komercyjnym, Burton zachowuje się jak mały chłopczyk chcący mieć ciastko, ale też je zjeść, nie potrafiąc zdecydować się na jasne określenie swojej twórczej tożsamości. Jednak stwierdzenie, że Burton jest reżyserem złym, byłoby nadużyciem. Wręcz przeciwnie, umiejętności czysto technicznych może mu pozazdrościć większość kolegów po fachu. Mimo że już dawno przestał być pomostem łączącym kino komercyjne z artystycznym, a poziom jego filmów przypomina sinusoidę, to wciąż kreowany jest na jednego z ważniejszych amerykańskich twórców. Być może na wyrost, ale jednak.
John Lyndon na jednym z ostatnich koncertów Sex Pistols spytał się publiczności – „Czy mieliście kiedyś wrażenie, że jesteście oszukiwani?”. Oglądając filmy Tima Burtona, warto się zastanowić i na to pytanie szczerze odpowiedzieć. Mnie podobne wrażenie towarzyszy już od dawna.
Tagi: Tim Burton Alicja w Krainie Czarów kino amerykańskie Mateusz Kowalski