Nieczęsto się zdarza, aby dwóch studentów filmoznawstwa realizowało film... w Afryce. Kasper Piasecki oraz Łukasz Augustyniak postanowili opowiedzieć o szczegółach wspomnianego projektu. Efekt pracy dwóch niezależnych twórców zainauguruje cykl spotkań z „Wirówką artystyczną”. Dokument „Monari” zostanie zaprezentowany już 16. marca o godzinie 19.00 w Łokietka 5. Pokaz uświetni spotkanie z samymi autorami filmu.

Kamil Kościelski: W jaki sposób w ogóle doszło do tej wyprawy?
Kasper Piasecki: Pomysł narodził się w głowie Mathiasa Mezlera. Okazało się, że jedna z koleżanek, z którą był na roku na kulturoznawstwie, postanowiła po ukończeniu licencjatu pojechać jako wolontariuszka do Nairobi. Znalazł się więc pretekst ku temu, aby wybrać się na Czarny Ląd, a ponieważ Mathias uwielbia podróżować i od zawsze chciał zrobić dokument, bardzo szybko zdecydował się wykorzystać nadarzającą się okazję. Już wcześniej razem współpracowaliśmy. Przyjmowaliśmy różne role i obowiązki przy filmach, które każdy z nas z osobna realizował. Najczęściej bywałem autorem zdjęć do obrazów kręconych przez Mathiasa. Zaproponował, aby i przy tym przedsięwzięciu połączyć siły. Niedługo potem Mezler zdecydował się porzucić ten projekt, ponieważ okazało się, że nie otrzymałby urlopu w pracy. Dał mi więc wolną rękę. Nie znałem co prawda Hani, ale zaczęliśmy ze sobą mailować. Jakiś czas później postanowiłem do współpracy zaprosić mojego kolegę ze studiów, Łukasza.
Jednak ostatecznie nie zrealizowaliście dokumentu o Hani. Dlaczego?
K.P.: Trudno byłoby udać się do Afryki bez jakiegokolwiek pomysłu i pretekstu, jakim w tym wypadku była Hania. Jednak już w kontakcie mailowym wykazywała wiele obaw, co do tematu filmu, czy też kwestii samej współpracy. Nie nastawialiśmy się więc do końca, że zostanie bohaterem dokumentu.
Łukasz Augustyniak: Poza tym temat Hani stał się niewygodny. W tamtym czasie uczyła języka angielskiego w pewnym sierocińcu. We wspomnianym ośrodku wyszła jakaś sprawa dotycząca bicia dzieci przez niektórych nauczycieli. Cała placówka była mała i miała niewielu pracowników. Sytuacja wymagałaby więc wiele czasu, aby za pomocą kamery móc wypatrzyć podobnego rodzaju sytuacje. W dodatku nie wiadomo, czy w sierocińcu dostalibyśmy zgodę na realizację wspomnianego tematu, nie mówiąc już o niechęci Hani, co do samej współpracy. Doszliśmy więc do wniosku, że nie warto się nad tym rozwodzić... Problem na pewno jest ciekawy, ale dosyć trudny...
Jak zatem trafiliście na tytułowego bohatera Waszego filmu?
K.P.: Razem z Hanią mieszkaliśmy u Davida, który często zapewnia nocleg wolontariuszom. Zaczęliśmy wspólnie jeździć w różne miejsca w poszukiwaniu jakiegoś tematu. W naturalny sposób, poznając siebie nawzajem, doszliśmy do wniosku, że znaleźliśmy świetnego bohatera na dokument. Z dnia na dzień podjęliśmy decyzję, aby film przyjął konstrukcję mozaiki, a szwem, który wiązał ze sobą przeróżne tematy i problemy została osoba i praca Davida. Zaczęliśmy z czasem nieśmiało pytać, czy miałby coś przeciwko podobnemu rozwiązaniu. Nie dostaliśmy jednak jednoznacznej odpowiedzi, przy czym sami jeszcze bardzo długo wahaliśmy się, co do słuszności wspomnianego rozwiązania. Sam David zrozumiał swoją rolę w dokumencie dopiero, kiedy dowiedział się, jaki będzie tytuł filmu...
Ł.A.: Może nawet jeszcze później… Pojął całą sytuację w momencie gdy zobaczył film na pierwszym próbnym pokazie, zauważając, że historia tamtych ludzi jest opowiedziana jakby zza jego pleców. W ogóle warto wspomnieć, że inne przyjeżdżające tam ekipy np. telewizyjne po kilku dniach wyjeżdżają z gotowym materiałem. W Nairobi spędziliśmy cały miesiąc, dlatego niektórzy myśleli, że chcieliśmy zrobić nie jeden, a kilka filmów.
Można się domyślać, że ze względu na odważne przedsięwzięcie, jakiego się podjęliście oraz przez liczne przeciwności losu miewaliście wiele momentów zwątpienia.
Ł.A.: Największą rolę w tym przypadku odgrywał stres. Trzeba było lecieć na drugi koniec świata i koordynować stamtąd wszystko, co wiązało się z projektem. Należało np. myśleć o pożyczkach, które na bieżąco otrzymywaliśmy od rodzin i przyjaciół, aby móc z czegoś żyć w Nairobi.
K.P.: Kręcąc wcześniejsze swoje filmy, przeżywałem znacznie gorsze chwile. W końcu w trakcie realizacji każdego projektu są momenty, w których pojawia się zdenerwowanie. Nie mieliśmy może ogromnej ilości materiału, ale czuliśmy, że ten, który posiadamy, okaże się wystarczający, aby zbudować jakąś historię. Mogliśmy tylko pokusić się o większą liczbę ujęć prezentujących obraz centrum miasta. Nawet przez moment myślałem, aby skontaktować się z jakimiś przebywającym tam wolontariuszami i poprosić o nakręcenie podobnego materiału, co zresztą nie byłoby zbyt trudne i kłopotliwe. Chodziło o ukazanie kontrastu pomiędzy miastem a slumsami. W filmie może nie było aż tak wielu wspomnianych ujęć, ale odnoszę wrażenie, że całość mimo wszystko się obroniła. Jednak w trakcie realizacji bardziej przejmowałem się różnymi innymi rzeczami. Oprócz pracy nad dokumentem, nie znaleźliśmy czasu, aby poznać Afrykę od strony bardziej turystycznej. Nie doszła do skutku wyprawa na safari i wyjście w góry. Oczywiście, mieszkaliśmy przez miesiąc w Nairobi i z perspektywy czasu mamy bardzo cenne doświadczenia. Odkryliśmy np., że każdy, nawet najbiedniejszy, człowiek posiada swój własny telefon komórkowy. Nie da się jednak ukryć, że na co dzień pochłonięci byliśmy pracą. Tylko kilka razy udało się znaleźć chwilę czasu, aby wyjść na piwo czy do kina.
W filmie chcieliście przede wszystkim opowiedzieć o działalności Davida Monariego. W dokumencie jednak nie ma nic na temat przeszłości Waszego bohatera. Chciałem zapytać, czy dysponujecie może wiedzą na temat wcześniejszych losów wspomnianej postaci?
Ł.A.: Wiemy, że dorastał w niewielkiej wiosce położonej w pobliżu jeziora Wiktoria. Miał dość ciężkie dzieciństwo, ponieważ wraz ze swoim licznym rodzeństwem musiał wychowywać się bez ojca, który porzucił rodzinę, kiedy David był jeszcze bardzo mały. W domu niezbyt się przelewało, dlatego że matka musiała sama sobie poradzić z utrzymaniem kilkorga dzieci. Jednak dzięki pomocy wielu ludzi Davidowi udało się wyrwać z tej skrajnej biedy. Ukończył studia w Nairobi, a potem uczestniczył w wielu szkoleniach odbywających się w krajach europejskich i na terenie Stanów Zjednoczonych. Po powrocie do Kenii zacząć spłacać „dług wdzięczności”, jaki miał względem innych ludzi. Patrząc na biedne dzieci, widzi w końcu siebie jako małego chłopca, który także kiedyś cierpiał, ale ktoś wtedy postanowił dać Davidowi szansę. Po kilkunastu latach pracy w różnych organizacjach, stowarzyszeniach działających na rzecz pomocy najbiedniejszym, doszedł do wniosku, że to za mało. Wyjechał z Nairobi do USA, gdzie skończył studia związane z zarządzaniem, aby później wrócić i wykorzystać swoją wiedzę. Założył stowarzyszenie skupiające wielu fachowców pracujących dla rządu za olbrzymie pieniądze. Od tego momentu wiedza tych ludzi stała się dostępna dla biednych. Projekty, którymi zajmuje się David są możliwe do urzeczywistnienia właśnie dzięki tym specjalistom. Bohater dokumentu swoją ogromną determinację do wdrażania pewnych idei oraz umiejętność skupiania wokół siebie różnych osób mógłby zmarnować dla jakichś prywatnych korzyści. Wybrał jednak inną drogę. Będąc w Nairobi, zauważyliśmy, także że tamtejsi ludzie są strasznie silni. Sami potrafią walczyć i radzić sobie ze swoimi problemami. Warto jednak od czasu do czasu trochę pomóc im w ich działaniach, nie forsując jednocześnie własnych często nieadekwatnych do sytuacji pomysłów. Największym jednak problemem nadal pozostaje brak świadomości wśród tych ludzi.
Myślicie, że jeszcze kiedyś powrócicie do Waszego bohatera?
K.P.: David Monari jest osobą wartą wielu filmów, ale dokument, który nakręciliśmy należałoby uznać za rzecz zamkniętą.
Film „Monari” jest jednak częścią większego projektu.
Ł.A.: Wiąże się z tym kilka wydarzeń związanych nie tylko z prezentacją samego dokumentu. W pierwszej kolejności powstała wystawa fotograficzna dotycząca naszego pobytu w Kenii. Później z Davidem jeździliśmy po kilku krajach, gdzie prezentowaliśmy film. Całość miała charakter akcji informacyjnej i w ten sposób przysłużyliśmy się całej sprawie. Od początku projekt wspierany był przez Stowarzyszenie Forum Kultur, z którym dalej współpracujemy. Wspomniana organizacja wspiera ideę „Piłki Ulicznej dla Rozwoju i Tolerancji”. Staraliśmy się, aby dzieci z Kenii mogły uczestniczyć w tej akcji, ale w tamtym roku jeszcze się to nie powiodło Przy każdej podobnej inicjatywie rodzi się okazja, aby znalazło się dodatkowe wsparcie dla działalności, jaką prowadzi David.
K.P: Dzięki filmowi udało się pozyskać nowe kontakty z różnymi organizacjami i stowarzyszeniami, również z tymi spoza granic Polski. Kilku Polaków którzy obejrzeli film pojechało do Nairobi jako wolontariusze. Forum Kultur chciało też zorganizować warsztaty plastyczne dla dzieci polskich i kenijskich. Pomysłów jest wiele. Najbardziej cieszy, że nie tylko z naszej inicjatywy rodzą się kolejne przedsięwzięcia.
Tagi: monari wirówka artystyczna kasper piasecki łukasz augustyniak mathias mezler