G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Do szkoły w wakacje z własnej woli

Autor: Artur Zaborski, dodano: 27-08-2010, 12:50

Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu jest na mapie polskich festiwali dosyć wyjątkowa. Nie towarzyszy jej żaden konkurs, nie ma nagród ani wyróżnień. Przez dziesięć dni uczestnicy są poddawani swoistej filmowej edukacji. Słowo to brzmi dosyć groźnie, zwłaszcza w trakcie wakacji, jednak trafnie określa LAF. W czasach, kiedy kultura filmowa straciła na znaczeniu, a wyjście do kina wiąże się przede wszystkim z rozrywką, odpoczynkiem i popcornem, zwierzyniecki festiwal przywraca filmowi status artefaktu. A ten już z samej definicji ma skłaniać do analizy, interpretacji i refleksji.

zwierzyniec

Widz nie był pozostawiony sam sobie w mierzeniu się z dziełami. Pomocnych wskazówek udzielał mu cały sztab ludzi: uznani dziennikarze (Łukasz Maciejewski, Wojtek Kałużyński) i filmoznawcy (prof. Tadeusz Lubelski), ale także dopiero debiutujący uczestnicy konkursu prelegentów (Łukasz Gręda, Olga Tarasiuk). Wszyscy oni odkrywali filmowe arkana – ujawniali fakty z biografii reżysera i omawiali kulturowy kontekst dzieła; zaproszeni goście (Robert Gliński, Richard Stanley) rozwiewali na spotkaniach po projekcji wszelkie wątpliwości, odpowiadając nawet na najbardziej dyskomfortowe pytania (tu szczególne uznanie należy się Glińskiemu, który dzielnie stawił czoła grupie Ślązaków niezadowolonych ze sposobu przedstawienia ich lokalnej ojczyzny w „Benku” (2007) – atmosfera była napięta, jednak, jak na dobrą dyskusję przystało, nie przybrała tonu parlamentarnej dysputy, lecz dostarczyła ciekawych pytań i przemyśleń); nad sprawnym funkcjonowaniem całości czuwała ekipa uśmiechniętych, zgranych i kompetentnych wolontariuszy, którzy doradzali w każdej sprawie – od wyboru filmu po rodzaj piwa, którego w Zwierzyńcu należało koniecznie skosztować.

Zróżnicowany program tegorocznej edycji zmuszał do dokonywania trudnych wyborów. Organizatorom w kilku cyklach udało się przedstawić kino zupełnie w Polsce nieznane. Były to przede wszystkim retrospektywy Włochów: Marco Bellocchio i Gianni Amelio oraz blok filmów z RPA „Od apartheidu po mundial”.

Zatrzymajmy się na chwilę przy włoskich twórcach. Gianni Amelio znany jest polskiej publiczności jedynie z dystrybuowanego kilka lat temu filmu „Klucze do domu” (2004). Ta opowieść o ojcu próbującym zbudować relację z porzuconym wiele lat temu, chorym na porażenie mózgowe synem przyniosła mu nagrodę w Wenecji (podobnie jak „Lamerica” (1994) oraz „Tak się śmiali” (1998)). Z kolei trofeum na MFF Cannes przyznano nawiązującym do neorealizmu „Złodziejom dzieci” (1992). Czterdzieści lat po debiucie włoskiego reżysera – „Koniec gry” (1970) – polscy widzowie mogli zapoznać się z jego filmografią.

Pierwszym filmem Marco Bellocchio, jaki pojawił się w polskich kinach, był „Czas religii” (2002). Podejmując temat konfrontacji ateisty z otoczeniem, dążącym do beatyfikacji jego matki, film wpisuje się w kontrowersyjną twórczość reżysera. Już reżyserski debiut Bellocchio – „Pięści w kieszeni” (1965) – zrealizowany za pieniądze pożyczone od rodziny, przyniósł mu tytuł lidera włoskiej kontrkultury. Sam film stanowił manifest włoskich „gniewnych”. Kolejne dzieła traktowały o życiu politycznym prowincjonalnego miasteczka – „Chiny są blisko” (1967), atakowały klerykalne wychowanie – „Nel nome del padre” (1971), krytykowały prasę – „Dajcie sensację na pierwszą stronę” (1972), dotykały sportowej dyscypliny – „Marsz triumfalny” (1976). Najnowszy film – „Zwycięzca” (2009) – poświęcony został Mussoliniemu i wejdzie do polskich kin jesienią.

Filmy z RPA niejednokrotnie zaskakiwały polskiego widza. Przedstawiony na ekranie Johannesburg, okazał się bliższy dowolnemu miastu zachodu, niż zapisanemu w naszych wyobrażeniach Trzeciemu Światu. Afryka boryka się dziś z wieloma problemami: przemoc, gangi, narkotyki; nie ma nic wspólnego z ziemią, po której kroczyli Staś i Nel. Znacznie też różni się od kolonialnego świata zakorzenionego w świadomości kulturowej przez Karen Blixen. To współczesne oblicze Afryki odkryły przede wszystkim dramat sądowy Gavina Hooda „Rozsądny człowiek” (1999) czy jego nagrodzony Oscarem „Tsotsi” (2005). Kinematografia RPA okazała się niezwykle zróżnicowana. Widzowie zobaczyli zarówno propagujące ideę apartheidu „Powstanie narodu” (1938) Josepha Albrechta i Andriesa A. Pienaar, nagrodzonego Brązowym Lampartem „Gościa” (1977) Rossa Devenisha czy iście hollywoodzki horror Richarda Stanley „Demon piasków” (1992). Reżyser tego ostatniego uświetnił projekcję swoją osobą i dzielnie walczył z krytycznymi opiniami, przekonując, że film jest odbiciem czasów, w który powstał oraz wewnętrznych niepokojów samego twórcy. Projekcyjnym fenomenem okazało się znane z telewizji dzieło Jamiego Uysa „Bogowie muszą być szaleni” (1980). Ta slapstickowa komedia wywoła na sali salwy śmiechu, a niektóre gagi widzowie „cytowali” przez cały festiwal. Niestety, druga część filmu, zrealizowana w 1989 roku komedia „Bogowie są szaleni”, okazała się zupełną klapą. Inteligentny dowcip pierwszej części ustąpił tu miejsca infantylizmowi i głupocie.

Z klasyki filmowej zaprezentowano przegląd filmów, w których zagrała Asta Nielsen oraz autorskie komedie Jacquesa Tati. Ojciec pana Hulot już ponad pięćdziesiąt lat temu zaszczepił mu aktualne po dziś dzień cechy – zagubiony w stechnicyzowanym świecie Hulot, pośród maszyn i sprzętów szuka emocji, odczuć i przede wszystkim drugiego człowieka. Jego nieporadność dostarcza radości i wzruszeń.

Duńska gwiazda niemego kina szokowała przede wszystkim wizualnie. Nie ulega wątpliwości, że jej nowatorska gra za pomocą spojrzenia i gestu, czyniła z niej aktorkę pierwszej klasy. Mogliśmy ją podziwiać w „Sufrażystce” (1913) czy „W stronę światła” (1919), jednak percepcja tych filmów była utrudniona, ponieważ zabrakło muzyki na żywo. Zamiast tapera do filmu przygrywała muzyka z płyty DVD.

Interesujące cykle poświęcono także Antonowi Czechowowi oraz Witkacemu. Organizatorzy przypomnieli, że nie należy bać się wielkich, niefilmowych nazwisk – ich sztuka i proza mogą prowadzić do wybitnych adaptacji, co udowodnili Andriej Konczałowski ekranizując „Wujaszka Wanię” (1971) czy Nikita Michałkow przekładając na język kina „Niedokończony utwór na pianolę” (1976). Z polskich ekranizacji zachwyciła przede wszystkim dekadencka próba interpretacji „Pożegnania jesieni” Witkacego. Film z 1990 roku, w reżyserii Mariusza Trelińskiego, po dzień dzisiejszy zachwyca splendorem scenografii i kostiumu, a nade wszystko smakowitą grą Jana Frycza.

O LAF-ie można by pisać długo. Właściwie każda sekcja zasługuje na swój osobny opis. Jednak żadne streszczenie nie zastąpi osobistego udziału w Festiwalu, dlatego już dziś polecam wybrać się na 12. edycję. Odbędzie się na pewno – za rok w tym samym miejscu.

Tagi: Letnia Akademia Filmowa relacja Jacques Tati Asta Nilsen kino afrykańskie Artur Zaborski



Skomentuj

woodchip27-08-2010, 21:00

"nad sprawnym funkcjonowaniem całości czuwała ekipa uśmiechniętych, zgranych i kompetentnych wolontariuszy, którzy doradzali w każdej sprawie" - boskie ♥ ♥ ♥ fajnie, że zasłona milczenia miłosiernie spuszczona na hendriksa ;) za to niefajnie, że teraz bardziej mi przykro, że nie dotarłam na pożegnanie jesieni, bu. pozdrowienia znad harrypottera, dobry dobry na koniec wakacji, bardzo nieambitny i niebieski.


Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator