G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Dobry Amerykanin

Autor: Andrzej Szwatoński , dodano: 08-02-2012, 09:38

„Idy marcowe” to nie film historyczny, ale na wskroś współczesny. Jest i zdrada polityczna (choć klasyczne „et tu, Brute, contra me?” nie pada), i, jakże swojska, afera rozporkowa.

George Clooney to dobry Amerykanin. Wyraźnie widać, że wraz z przełomem wieków zmienił swój paradygmat aktorski. Obok występów w produkcjach typowo komercyjnych (serie: „Ocean’s” i „Mali agenci”, „Amerykanin”) częściej niż przed rokiem 2000 grywa w filmach-głosach w sprawie bieżących problemów Ameryki. 

Środowisko filmowe zdaje się doceniać nową twarz dawnego playboya, czego pokłosiem był Oskar w 2006 roku za rolę w dramacie politycznych Stephena Gaghana „Syriana”. Po rozliczeniach z przemysłem naftowym, przyszedł czas na środowisko prawnicze („Michael Clayton”) oraz wypowiedź w sprawie kryzysu (komediodramat „W chmurach”). Kolejną oznaką przewartościowania wizji własnego miejsca w świecie filmowym jest nowa rola, jaką Clooney zaczął pełnić po roku 2000 – rola reżysera. Tutaj także widać pewne rozdwojenie: obok ambitnych filmów „Niebezpieczny umysł” i „Good Night and Good Luck”, stworzył on także niezbyt udaną komedię romantyczną „Miłosne gierki”.

„Idy marcowe”, które na polskie ekrany trafiają z ponad półrocznym opóźnieniem, to najnowszy projekt reżyserski Clooney'a. Można nawet powiedzieć reżysersko-aktorski, bowiem w filmie wciela się on także w postać gubernatora Mike’a Morrisa. A jakby komuś i tego było mało, Clooney jest również współautorem scenariusza, który powstał na podstawie sztuki Beau Willimona „Farragut North”. (Swoją drogą ciekawe, że w ostatnich latach filmowcy coraz częściej sięgają po dramat, co skutkuje bardzo dobrymi produkcjami – by przywołać tylko „Rzeź” Polańskiego, czy „Bliżej” Nicholsa.) To jednak nie gubernator, demokratyczny kandydat na prezydenta USA, jest bohaterem pierwszoplanowym filmu, lecz członek jego sztabu wyborczego − Stephen Meyers. Wciela się w niego, będący od trzech lat na wyraźnej fali wznoszącej, Ryan Gosling. Aktor został nawet nominowany za tę rolę do Złotego Globu, ale – o ironio – sprzątnął mu ją sprzed nosa nie kto inny jak George Clooney (za udział w „Spadkobiercach”).

Tematem najnowszego obrazu Clooney'a tylko pozornie jest rozgrywka wyborcza. „Idy marcowe” opowiadają o dojrzewaniu. Słynne zdanie Arystotelesa − człowiek jest zwierzęciem politycznym – znalazło w filmie dosłowną realizację. Myers, aby stać się pełnoprawnym, rasowym graczem w walce o władzę musi zostawić na boku sentymenty i pokonać samca alfa, czyli szefa sztabu Paula Zarę. Gra go, jak zwykle wyśmienity, Philip Seymour Hoffman. Zara to weteran polityczny i zawodnik wagi ciężkiej, słowem: facet pociągający za wszystkie sznurki. Jest przy tym także mentorem i, jak się wydaje, przyjacielem Myersa.

Jednak w politycznej dżungli nie ma miejsca na przyjaźnie i miłość. Trzydziestokilkuletni bohater przekonuje się o tym, gdy perspektywa jego dalszej kariery zostaje przekreślone przez jedną decyzję szefa sztabu. Odsunięcie od udziału w kampanii wyborczej oznacza polityczny niebyt. Chłopiec staje się mężczyzną, powiada Freud, kiedy zabije ojca. Nie inaczej dzieje się w filmie. Symboliczne morderstwo na Zarze, zdetronizowanie mentora, jest równoznaczne z wydorośleniem Myersa oraz wkroczeniem do pierwszej politycznej ligi.

Po drodze oczywiście uczymy się, że polityka to gra pozorów. Gubernator Morris, niby nieporadny idealista a chowa trupa w szafie (afera seksualna), pozornie przyjazna dziennikarka węszy jedynie w poszukiwaniu sensacji, zaś obaj szefowie konkurencyjnych sztabów to intryganci, dla których cel uświęca środki. Początkowo to czarnoskóry senator Thompson może wydawać się najczarniejszym charakterem. Jest klasycznym koniunkturalistą (lub też, jak wolą współcześni pijarowcy, pragmatystą). Udzieli poparcia temu kandydatowi, który zaoferuje lepsze stanowiska jemu i jego poplecznikom. Jednak kiedy wraz z rozwojem fabuły dowiadujemy się o grzeszkach pozostałych bohaterów, ocena senatora nie jest już tak jednoznacznie negatywna. On przynajmniej gra w otwarte karty i nie kryje, że chce dobrze sprzedać swoje poparcie.

Pewnie Stephen Myers tak jak i my, widzowie, doskonale zdawał sobie sprawę z własnej naiwności, ale mimo to uwierzył w gładkie słowa gubernatora i szefa jego sztabu wyborczego, tak jak i my, wyborcy, co cztery lub pięć lat po raz kolejny zawierzamy słowom polityków obiecujących zmiany na lepsze. I chociaż bohater odnosi sukces – zajmuje miejsce swojego dawnego mentora i wymusza na Morrisie sojusz z senatorem Thompsonem, który ma zagwarantować zwycięstwo w wyborach – to trudno mówić o satysfakcji, zarówno widza jak i samego Myersa. Bardzo wymowne jest ostatnie spotkanie Zary z dawnym uczniem. Stary wiarus jest z jednej strony pod wrażeniem efektywności swojego następcy, ale w jego głosie można również dostrzec pewne rozczarowanie. Może miał nadzieję, że kolejne pokolenie będzie inne, lepsze?

Wbrew reklamom w filmie nie ma zbyt wiele z tragedii Szekspira (zwłaszcza „Juliusza Cezara”), a nawiązania do historycznej zdrady Brutusa są czysto symboliczne. Ale to nic. Bowiem „Idy marcowe” to porządny dramat pokazujący mechanizmy rządzące światem polityki. Temat to nie nowy, ale za to jak zagrany! Napięcia towarzyszącego oglądaniu filmu nie udałoby się uzyskać, gdyby nie wyśmienite aktorstwo. Twórcy zdołali skompletować wyśmienity zestaw: Goslingowi asystuje bardzo dobry drugi – Clooney i Hoffman – oraz trzeci plan – Marisa Tomei, Evan Rachel Wood i Paul Giamatti. Choćby dla ich pierwszorzędnych popisów aktorskich warto udać się do kina.

Tagi: Andrzej Szwatoński Idy marcowe Ryan Gosling George Clooney Philip Seymour Hoffman



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/Kultura+2.0/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator