„Cień” Jana Polkowskiego, poety, wydawcy i eksperta w dziedzinie mediów, autora sześciu innych tomików poetyckich, to z pewnością nie oferta dla każdego, a już na pewno nie dla oczytanego odbiorcy, śledzącego, co dzieje się obecnie w poezji współczesnej. To zbiór luźno powiązanych ze sobą wierszy, którym towarzyszą dosyć ciekawe ilustracje Jacka Waltosia.

Ostrzega mnie już krótka recenzja tomiku zamieszczona z tyłu okładki. Informuje, że wiersze będą „o tym, co naprawdę ważne. O drzewach, górach, porach roku. Mozarcie, Celanie. O Bogu. O wierze, miłości i nadziei.” A jeśli ktoś pisze o wszystkim, to albo się nie może zdecydować, co tak naprawdę chciałby czytelnikowi przekazać albo nie ma mu nic ważnego do przekazania, dlatego próbuje „liznąć” każdego tematu albo uważa, że napisał tyle świetnych wierszy, że szkoda byłoby jakikolwiek usuwać w celu zwiększenia spójności dzieła. Pozostaje jeszcze opcja poety – wieszcza, wysłanego z misją do ludu, aby objawić mu Prawdę, czy też Prawdy. Problem w tym, że czytelnik, sięgając po tomik, zazwyczaj nie chce czytać o wszystkim. O wszystkim może poczytać na jakimkolwiek z portali internetowych.
W „Cieniu” dominują niezwykle rozbudowane i konstruowane z iście ułańską fantazją metafory dopełniaczowe, takie jak: „korale dymów gnijących mózgów miast” „chusty rodzinnych modlitw” „w piwnicach dymów gołębie łopoczących neonów”. Patos zalewa czytelnika jak Morze Czerwone Egipcjan. Co chwilę pojawiają się wielkie słowa miłość, nadzieja, wiara, które przez częste używanie tracą na mocy i znaczeniu.
Zastanawiam się, czy taka barokowa ozdobność wersów, to całe owijanie w bawełnę, ma służyć zmyleniu czytelnika i sprawianiu wrażenia, że te wiersze są o czymś ważnym, tylko trudno to znaleźć? Wyłuskać spod osłony zabójczo skomplikowanej metafory? Czy to próba zasypania próżni potokiem słów? Mam nieodparte wrażenie jakby autor nie umiał wyrazić siebie lub bał się tego i stąd bierze się to cytowanie innych autorów, nawiązywanie do obcych życiorysów.
Z drugiej strony miniatury Polkowskiego są tak lekkie, że po przeczytaniu, od razu się o nich zapomina. Nie zachwycają, nie zmuszają do myślenia. Zresztą może to i lepiej, bo dzięki nim można złapać oddech po łamigłówkach z metafor dopełniaczowych.
Najgorsze jest to, że jednak niektóre z poruszanych tematów są ważne i zaangażowane społecznie, jednak brakuje im skondensowania, mocnego akcentu, który mógłby poruszyć czułą strunę u czytelnika, który mógłby zmusić do zatrzymania się nad tekstem i pomyślenia. Bo wiersze nawiązujące do Solidarności, podziemia, czy wojny nie prezentują się najgorzej, ale nie potrafią wywołać żadnych głębszych uczuć.
Jednak przeprawa przez tomik nie była tylko i wyłącznie katorżniczą pracą. Znalazło się kilka w miarę dobrych wierszy i jeden (fanfary) naprawdę świetny, świeży tekst. Utwór „W podróży” jest napisany w zupełnie innym stylu. Patos miesza się z ironią, autor kontrastuje sacrum z profanum, naszego wieszcza narodowego, z czynnościami fizjologicznymi:
Gdy dogorywało Powstanie, wyłuskiwał ją
z gorsetu, majtek bowiem nie nosiła. Być może już wtedy
gdy zaspokojony leżał u jej boku (mąż walczył w Powstaniu
więc nie było powodu do pośpiechu) wielkopolska równina
kołysała w nim ogrom dwunastu ksiąg i zapalała żagwie
żywicznych słów. Wychodząc zostawiał zastygły nieład uniesień
i pełny nocnik.
Jeden dobry wiersz to naprawdę niemało. Są ludzie, którzy przez całe życie próbują taki napisać i im się nie udaje. Więc jest potencjał. Polkowski mógłby pisać w takim stylu, zapewne bez problemu. Chętnie przeczytałabym tomik złożony z podobnych wierszy. Ale nawet „Cień” nie jest stracony. Wystarczyłoby tylko go streścić, usunąć kilkanaście tekstów. Bo przecież nie ilość się liczy, a jakość.
Jan Polkowski, Cień, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010
Tagi: Jan Polkowski Cień Wydawnictwo Znak poezja recenzja Dominika Waśko