Trudno uwierzyć w to, że – powracająca po 40. latach na ekrany naszych kin – produkcja George’a Roy Hilla okazała się być nie tylko największym kasowym przebojem sezonu, ale też najbardziej dochodowym westernem w dziejach. Zaskakujący fakt o tyle, o ile uświadomimy sobie naleciałości dwojakiej natury: filmowej – odciskającej ślad twardej, technicznie wyspecjalizowanej podeszwy na nieskazitelnej, mocno schematycznej dotąd powłoce gatunku; oraz społeczno-politycznej, nierozerwalnie związanej z kondycją amerykańskiego przemysłu filmowego.

Poza pełnym nostalgii spojrzeniem, które starym dobrym czasom rzucali (przybierając nieco ironiczne miny) Charlton Heston i John Wayne (pierwszy w filmie „Will Penny” [1968] Toma Griesa, drugi w „Prawdziwym męstwie” [1969] Henry’ego Hathaway’a.), klasyczny western odjeżdżał powoli w stronę zachodzącego słońca. Nawet nie Peckinpah, który przywrócił rodakom gatunek po długim panowaniu Sergio Leone (w „Dzikiej bandzie” krew była bardziej czerwona, do tego płynęła bardziej obficie), ani też liczne walory samego „Butch Cassidy i Sundance Kid”: zaskakujący zwrotami akcji scenariusz Williama Goldmana, czy przebojowa ścieżka dźwiękowa Burta Bacharacha, wyniosły film na sam szczyt. Zrobili to odtwórcy tytułowych postaci – Paul Newman i Robert Redford.
Jest początek XIX-go wieku. Znany z wielu kradzieży i spektakularnych napadów na pociągi gang „Z przełęczy”, pod przywództwem Butcha Cassidy (Paul Newman), decyduje się na skok, którego celem zostaje ekspres Union Pacific. Po pozornie udanej (i przeprowadzonej dwukrotnie) akcji, członkowie bandy wpadają w zasadzkę, zorganizowaną przez Pinkertonsów i właściciela kolei. Czterem z nich udaje się zbiec, jednak pościg podąża niezmordowanie śladem Cassidy oraz Kida (Robert Redford), z boleścią uświadamiających sobie, że czasy bandyckiej świetności i młodzieńczej swobody odeszły raz na zawsze. Gnane lękiem przed bezwzględnym stróżem prawa, Joe Leforsem, trio – do wspomnianej dwójki dołącza kochanka Kida, Etta (Katharine Ross) – wyrusza do Boliwii, by na miejscu kontynuować przestępczą działalność.
Nagrodzony Oscarem scenariusz Williama Goldmana oferuje widzowi masę niespodzianek, lecz z pewnością nie jest najmocniejszą stroną produkcji. Film otwiera interesująca sekwencja, przedstawiająca w kolorze sepii sylwetki bohaterów. Poprzedzona przez podobny, utrzymany w charakterze paradokumentu prolog, zwiastuje dzieło zrealizowane w ścisłym oparciu o źródła historyczne, wiarygodne pod każdym względem. Nic bardziej mylnego. „Butch Cassidy i Sundance Kid” nagina bardzo wyraźnie historyczne dzieje słynnego duetu (którego ekranowy wizerunek niewiele ma zresztą wspólnego z prawdziwymi postaciami), jednak z pewnością nie jest westernem rewizjonistycznym. Hill serwuje nam westernowy mit odbity w krzywym zwierciadle, nieco zniekształcony, mimo wszystko wystrzegając się tak modnego na przełomie lat 60. i 70. XX w. kontestacyjnego trendu „odkłamywania” Ameryki. Obraz zyskuje przede wszystkim ze względu na umiejętne wplecenie w nieco murszejącą formę elementów komedii, dreszczowca i melodramatu. Streszczony pokrótce zarys fabularny filmu nabiera właściwych kształtów dzięki komizmowi sytuacyjnemu i doskonałym dialogom, ale pełnię osiąga wyłącznie dzięki uczestnikom wydarzeń.
Newman i Redford stworzyli doskonałe kreacje. Butch jest opanowany, niepozbawiony dystansu do samego siebie, pełen galanterii, ze skłonnością do popadania w melancholię; Kid prezentuje wachlarz odmiennych cech: nie przyznaje się do własnych słabości, woli działać, kiedy planowaniem zajmuje się przyjaciel, sardoniczny, bywa też szorstki i wybuchowy – koniec końców, podobnie jak Cassidy, to złoty chłopak o złotym sercu. Proces identyfikacji widza z prowodyrami awanturniczych zdarzeń przebiega gładko i bez komplikacji. Duet bywa cyniczny, uprawia też zbrodniczy proceder, jednak beztroskie podejście do życia i pozytywne podejście zjednują sympatię. Między parą aktorów panuje naturalna chemia: gra spojrzeń, gestów, improwizowane scenki, bezbłędnie sprawdzające się jedynie wśród wieloletnich przyjaciół, do tego szczypta uszczypliwości i złośliwości, obecna w tryskających humorem dialogach i słownych ripostach. Newman i Redford musieli bawić się razem znakomicie, ponieważ określony nastrój, odczuwany podczas oglądania ich perypetii, wnika pod skórę i utrzymuje się przez cały czas trwania seansu.
„Butch Cassidy i Sundance Kid” traci niestety sporo ze swego uroku w drugiej połowie. Goldman podzielił film na dwie części: „tradycyjną” i „boliwijską”. Do momentu ucieczki bohaterów z kraju, skupienie widza na śledzeniu pełnych napięcia minut pościgu (wspaniałe zdjęcia Conrada L. Halla i zarazem drugi Oscar dla filmu), wydaje się zmierzać do rozładowania, w bezpośredniej konfrontacji bandytów ze stróżami prawa, kiedy nagle, dość nieoczekiwanie, protagoniści podkulają ogony i wyjeżdżają. Z perspektywy eksperymentu fabularnego jest to zabieg ciekawy (a w myśl licznych scenek sytuacyjnych, czy ogólnie beztroskiej atmosfery kompozycji, dość konsekwentny), chwieje nieco niestety zwartością narracji. Kondensacja licznych wątków w ostatniej półgodzinie filmu daje efekt pobieżności, a końcówka pozostawia lekki niedosyt. W tym miejscu należy oczywiście zaznaczyć, że najpopularniejsza (i najbardziej wiarygodna) interpretacja wydarzeń głosi, że Butch Cassidy i Sundance Kid dokonali żywotów w San Vicente w Boliwii, jednak – mając na względzie i tak „podkolorowany” mocno wizerunek duetu i jego dziejów – można było rzecz rozwiązać nieco inaczej, by zadośćuczynić wymogom, jak zwał tak zwał, westernu przygodowego.
Koniec końców – produkcja G.R. Hilla wychodzi z boju obronną ręką i ogląda się ją bardzo dobrze. Idealnie łączy tempo spaghetti westernu z sympatyczną grą ze schematami (sceny przemówienia szeryfa w miasteczku i „napastowanie” cnotliwej nauczycielki należą do moich ulubionych), spinając wszystko klamrą romantyzmu typowego dla klasycznego gatunku. Dla zwolenników, „Butch Cassidy i Sundance Kid” będzie zapewne kolejną okazją do wyśmienitej zabawy, zaś ci z widzów, którzy obejrzą film po raz pierwszy, niechaj potraktują go jako zaprawę przed „Żądłem” [1973], kolejnym, wielkim przedsięwzięciem ekipy.
Butch Cassidy i Sundance Kid (Butch Cassidy and the Sundance Kid), reż. G. R. Hill, dystr. Vivarto 1969.
Tagi: western klasyka kina Paul Newman Robert Redford Mateusz Skomorowski tylko w kinach studyjnych