To nie był słoneczny dzień, padał deszcz i aura nastrajała raczej pesymistycznie. Świetnym lekarstwem na wszechogarniającą melancholię okazała się wizyta w Firleju... gdzie zagrał dla nas zespół Bethel.
Koncert kapeli odbył się w ramach wernisażu wystawy fotografii Gabrieli Kaziuk „Fetish is my fashion”. Dostałam podwójną dawkę sztuki – piękne, żywe i nietuzinkowe zdjęcia młodej artystki cieszyły oczy, a rozlegające się w około proste dźwięki i proste słowa muzyki reggae zapewniały istną ucztę dla ucha.
Zespół zaczął standardowo; energiczną i szybką sekwencją gitary, trąbki i conga. Gdy publiczność została już wystarczająco rozbujana zabrzmiał jeden z najbardziej znanych utworów kapeli: „Muzyka serc.” Przyzwoity, pogodny kawałek, tak ku pokrzepieniu ducha. Wpływy MaleoRegaae Rockers są tu słyszalne nawet dla ludzi, którym przysłowiowy słoń nadepnął na ucho. Najlepszym momentem jest ten, w którym, wraz z radosnym „ska ska ska!” do głosu dochodzi właśnie, to cudownie skoczne ska. Publiczność też to uwielbia – w końcu wokalista dobrze wie, jak dogodzić swoim słuchaczom!
Koncert Bethel trwał, a ja nie mogłam wyjść ze zdziwienia. Dlaczego oni wcześniej nie nagrali płyty? Przecież mają świetne warunki i duży potencjał, jak najbardziej wystarczający na wydanie krążka. Potem sobie przypomniałam: no tak, Bethel koncertował... i to bardzo porządnie koncertował. Jak się dowiedzieliśmy od rozpromienionego Grześka, dzisiejszy występ jest już setnym w ich 3-letnim, muzycznym życiu. Jest czego gratulować i co świętować. Co ciekawe, ich pierwszy koncert miał miejsce... też na Grabiszyńskiej, w Firleju! Cóż, można uznać to za dobrą wróżbę na przyszłość.
Szczęśliwi słuchacze wyrażali swą radość i aprobatę we własny, charakterystyczny sposób- skacząc, tańcząc i śpiewając razem z zespołem. Nie sposób było powstrzymać uśmiech. Tym bardziej, gdy kapela zaczęła grać „Kochaj życie”, moją ulubioną piosenkę. Dobry rytm, słowa z przesłaniem i niezwykle chwytliwa melodia. A do tego: szaleństwo na scenie. Piotrek, Sydney i Grzesiek dali pokaz niezwykle interesującego tańca scenicznego, z wykorzystaniem dużej ilości bujania się, tuptania z nóżki na nóżkę i bezwstydnego zacieszania z własnych umiejętności tanecznych. Zaiste, było na co popatrzeć.
Z listy utworów, zasługujących na szczególne wyróżnienia na pewno należy wybrać „Jesteś moim życiem”. Tu na pierwszy plan wybija się elektryczna gitarka Grigora, z zapadającym w muzyczną pamięć, ładnym gitarowym motywem. Chwała dla Bethel, za umiejętne łączenie stylów. Może na początku było to nieco za przekombinowane, ale doszli do wprawy. I dlatego w „Kochaj życie” z przyjemnością wyłapywałam te rockowe nutki. Dzięki temu piosenka uzyskała smakowity, ostro-słodki klimat.
Najlepsze utwory gra się w środku koncertu. Zespół chyba uważa „Zabrali mi skrzydła” za jeden ze swoich najbardziej reprezentacyjnych kawałków, dlatego mam wrażenie, że zawsze wykonują go ze specjalną starannością. I słusznie, „Zabrali mi...” to taka ich wypieszczona perełka. Trzy i pół minuty porządnego, kołyszącego, dub'owego grania, na miarę polskiej sceny reggae'owej.
Aż szkoda nie wymienić w tym miejscu jednego z moich ulubionych utworów: „Otwieraj”. Tu tożsamość muzycznego stylu zostaje nieco zachwiana, bowiem można zwątpić w to, że Bethel jest typowym reggaeowym bandem. Super, tak trzymać! Miło, rockowo i z pazurem w zwrotkach, a w refrenie zgrabne przejście do skocznego ska. Grigor z tym swoim powściągliwym uśmieszkiem szaleje na elektryku, a Grzesiek skacze po całej scenie z wniebowziętą miną pt.”kocham to, co robię”. Warto przejść się na ich koncert choćby po to, żeby to zobaczyć.
Minusy koncertu? Były dwa: pierwszy to taki, że frekwencja była jakoś tak dziwnie niska. Oczywiście nie obniżyło to jakości grania, ale aż szkoda było patrzeć, że tyle dobrej muzyki słucha tak mała ilość ludzi. Ale co tam, nie liczy się ilość, tylko jakość. W końcu każdy skaczący i bujający się słuchacz mógłby z przekonaniem zaśpiewać „ja reggae kocham, ja reggae potrzebuję!” I o to w tym wszystkim chodzi... Natomiast drugi minusik dotyczył tego, że koncert trwał tylko godzinę! A szkoda. To tyle narzekania, przejdźmy do pozytywów, których było nieporównanie więcej.
Przede wszystkim klimat. Publiczność widzi, że zespół bawi się na scenie i naprawdę cieszy się, że może grać swoją muzykę. Takie nastawienie muzyków wzbudza sympatię słuchaczy. Rozbrajający urok osobisty, to charakterystyczna cecha zespołu, która zjednuje im fanów wszędzie, gdzie tylko mają okazję zagrać. Po drugie, dobra jakość samego koncertu. Setny występ to już jest coś. Bethel doszedł do dużej wprawy. Dać dobre show to już dla nich pestka. Co za tym idzie – utwór na bis mają dopracowany do perfekcji. Zabawna aranżacja „Don't worry be happy”, to bardzo dobre zakończenie udanego koncertu. Prawie każdy członek zespołu popisuje się swoimi umiejętnościami wokalnymi, co nieraz wywołuje u publiczności salwy dobrodusznego śmiechu.
Nie ma wątpliwości, że zespół Bethel godnie reprezentuje swój styl. Mimo to nadal eksperymentują, szukają czegoś, co ich wyróżni. Dopóki będą czuć te pozytywne wibracje i trzymać w sobie pasję do słonecznej i ciepłej muzyki reggae, dopóty znajdzie się spora grupa ludzi, która doceni ich pracę. Wiosną 2010 roku światło dzienne ujrzy ich debiutancki krążek. Fani już przytupują z niecierpliwości. A na razie, uzupełniwszy muzyczne baterie słoneczne, otwórzmy uszy i oddajmy się tej łączącej nas muzyce serc...!
Tagi: relacja koncert Firlej Bethel reggae ska Karolina Waligóra