G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Dokumentu uczę się na własnej skórze

Autor: Kuba Żary, dodano: 03-11-2011, 13:14

Tryumfatorem czwartej edycji Festiwalu Filmu Dokumentalnego „Okiem Młodych” w Świdnicy został Piotr Sułkowski – to jego film „Rozmowa” zdobył konkursowe Grand Prix. Po ogłoszeniu werdyktu z Tomaszem Wolskim, jednym z najciekawszych polskich dokumentalistów, a jednocześnie członkiem konkursowego jury, porozmawialiśmy o tym, w czym robienie dokumentu podobne jest do gry w ruletkę, czy to dobrze, że młodzi twórcy nie eksperymentują i dlaczego tak niewiele dokumentów trafia na kinowe ekrany.

Kuba Żary: Na Festiwalu „Okiem Młodych” występujesz w podwójnej roli: z jednej strony jesteś członkiem konkursowego jury, z drugiej – pokazywana jest tu retrospektywa twojej twórczości. Zacznijmy od tego pierwszego: jak po obejrzeniu osiemnastu wyselekcjonowanych do konkursu prac oceniasz młodą falę polskich dokumentalistów?

Tomasz Wolski: Oceniam różnie – tak jak różne były filmy. Jedne były bardziej udane, inne mniej, bardziej przemyślane albo w ogóle nie przemyślane – takie też się zdarzały. Film ma jednak to do siebie, że każdy odbiera go indywidualnie. To, że przyznaliśmy jedną nagrodę i dwa wyróżnienia, wcale nie oznacza, że piętnaście pozostałych filmów nadaje się do kosza. Nam to właśnie te filmy spodobały się najbardziej, ale na innym festiwalu, przy innym składzie jury, wynik mógłby być zupełnie inny. Werdykt to suma naszych wrażliwości, tego, jak każdy z nas patrzy na dokument. To, jak młodzi robią filmy, nie odbiega szczególnie od sposobu, w jaki realizują je ich starsi koledzy po fachu. W konkursie pojawił się bardzo zróżnicowany zestaw obrazów. Nie da się tego w żaden sposób uogólnić. To co widzieliśmy tu na festiwalu to przecież tylko jakiś wycinek współczesnej młodej twórczości. Dodatkowo większość filmówzrealizowali studenci łódzkiej filmówki – a wiadomo przecież, że dokumenty powstają też w Katowicach, w Szkole Wajdy, w Studiu Munka… Na podstawie tej próbki ciężko sformułować pogląd na film dokumentalny młodych ludzi.

Powiedziałeś, że konkursowe prace nie odbiegają od tego, co robią zawodowi dokumentaliści.Czy to nie jest w pewnym sensie zarzut do młodych twórców, że nie próbują przecierać nowych ścieżek? Czy może jesteśmy w takim momencie dla kina, a może nawet dla wszystkich sztuk, kiedy wszystko, co miało być odkryte, odkryte zostało i teraz trudno byłoby „wymyślać film od nowa”?

Rozmawiałem dziś z kimś na podobny temat i stwierdziłem, ze gdyby The Beatels dzisiaj rozpoczynali karierę, byłoby im prawdopodobnie cholernie trudno, a mogłoby być i tak, że w ogóle by się nie przebili. W swoim czasie byli nowością, ich sposób grania był rewolucyjny. Dziś w muzyce, tak jak i filmie, ciężko jest wymyślić coś nowego. Gdybym zarzucił młodym twórcom, że nie eksperymentują, są za mało odważni, musiałbym się zastanowić, czy ja sam na początku swojej drogi to robiłem. Nie można od nich wymagać, żeby szukali, kombinowali na siłę – filmy trzeba robić tak, jak się czuje. Pojawiło się tu kilka filmów, które szukały nowej formy, ale dziś możliwości eksperymentu są już ograniczone. Żadnej rewolucji nie będzie, a jeśli się zdarzy, to jedna na kilka lat.

Z młodymi dokumentalistami jest często tak, że dokument traktują jak wprawkę, a kiedy nadarza się okazja – uciekają do wymarzonej kariery fabularnej. Czy wśród tej grupy młodych twórców widzisz „urodzonych dokumentalistów”?

Dokument rzeczywiście jest łatwiej przygotować - związane jest to choćby z mniejszymi pieniędzmi, które są na to potrzebne, przy krótkim metrażu także z mniejszym nakładem pracy. Często jest tak, że widzę kolegów, którzy zdobywają główne nagrody na festiwalach, a potem zapada cisza – robią jakieś małe fabuły albo nie robią zupełnie nic. Na Festiwalu jest kilka osób, które gdyby skierowały calą swoją uwagę i energię w stronę filmu dokumentalnego, mogłyby robić fantastyczne rzeczy. To nie znaczy jednak, że jeśli któreś filmy podobały mi się mniej, to ich autorzy powinni absolutnie porzucić ten gatunek. Robienie filmu dokumentalnegojest trochę zabawą w ruletkę. Nigdy nie wiadomo jak to wyjdzie, zdjęcia do nowego filmu zaczyna się jakby od zera. Nowe miejsce, bohater, inny temat, ekipa. Tysiące rzeczy składają się na to, jaki ten film ostatecznie wyjdzie. Jeżeli jeden wyszedł, to nie znaczy, że następny wyjdzie i odwrotnie. Oczywiście doświadczenie i pomysł mają znaczenie, ale to nie wszystko. Czasem brakuje szczęścia.

O Tobie często mówi się właśnie jako o dokumentaliście z krwi i kości. Jak z perspektywy mocno w tym nurcie zakorzenionego twórcy oceniaszdziś kondycję polskiego dokumentu? Czy ciągle jest ona tak silna jak przed laty?

Myślę, że polski dokument jest zdecydowanie silniejszy niż film fabularny. Jest miejscem na poszukiwanie – nawet jeżeli jest zbliżony do klasycznej formy, to daje wiele możliwości. Polem do prób może być także ze względu na budżet. W fabule w grę wchodzą miliony. To jest  już spora odpowiedzialność. Zaczynamy wtedy kalkulować: może jednak zrobię to inaczej, bardziej „pod widza”, bo budżet musi się zwrócić. Przy dokumencie takich ograniczeń zazwyczaj nie ma i dlatego ten gatunek filmu ma się w Polsce bardzo dobrze. A robimy dokumenty w dosyć charakterystyczny sposób, który nas wyróżnia w Europie i na świecie. Gdybyśmy zaczęli robić inaczej, to stracilibyśmy naszą dokumentalną tożsamość.

Jakie to cechy, które dziś wyróżniają Polaków pośród innych dokumentalistów?

Myślę, że te same, co przed laty. Wciąż odwołujemy się do polskiej tradycji dokumentalnej w większym lub mniejszym stopniu – niektórzy starają się jej zaprzeczać, a to przecież też jakaś forma odnoszenia się do niej. Opowiadamy bardzo dużo za pomocą obrazów, staramy się  mówić o małych rzeczach, z których da się wysnuć bardziej ogólną metaforę. Problem mamy jeśli chodzi o filmy pełnometrażowe. Najczęściej są to obrazy historyczne – coś o Holocauście, coś o Żydach, wiadomo, że to się „sprzeda”. Natomiast na świecie powstaje masa pełnych metraży, które są genialne i nie odwołują się do historii w żaden sposób.

Pełnym metrażem jest twój ostatni film, „Lekarze”. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie spotka go los dla tego formatu chyba jak najbardziej naturalny – czyli kinowa dystrybucja. Czy istnieje w ogóle możliwość, by dokument konkurował z fabułą na ekranach kinowych, by wyszedł z niszy?

Myślę, że nie ma żadnej szansy, żeby „Lekarze” weszli do dystrybucji. Mogą pojawić się na pokazach w DKFach albo kinach studyjnych, na jeden, maksymalnie dwa seanse. Regularna dystrybucja absolutnie się nie sprawdzi. Widzowie nie są na to przygotowani, a kina też nie będą chętne. Dodatkową kwestią jest fakt, że koproducentem filmu jest Telewizja Polska, która chce „Lekarzy” niedługo wyemitować. To będzie oczywiście wersja okrojona, ale ludzie i tak pomyślą: już widzieliśmy ten film, po co mamy iść do kina. A w pełnym wydaniu będą takie smaczki, że będą żałować, że nie widzieli go na dużym ekranie.

W obecnej sytuacji nie widzę możliwości na upowszechnienie kinowej dystrybucji dokumentów. Świadomość wśród widzów jest niewielka, jeśli chodzi o film dokumentalny. Dla dużej części film dokumentalny to każda forma, w której nie grają aktorzy. Za film dokumentalny w takiej sytuacji można uznać i film przyrodniczy, i reportaż w telewizji, program „Uwaga” i informację w wiadomościach. To degraduje rangę dokumentu. Oczywiście, nie można obwiniać widzów, bo oni biorą to, co im się daje, a jakie propozycje przedstawia telewizja, to dobrze wiemy. Chociaż i to się, na szczęście, zaczyna troszeczkę zmieniać.

Przed „Lekarzami” zrealizowałeś pięć krótkich metraży – „Klinikę”, „Szczęściarzy”, „Aktorów”, „Pomału” i „H2O” -  o których po premierze twojego ostatniego filmu mówi się, że były konieczną drogą, którą musiałeś pokonać.Stanowiły pole do poszukiwania języka, którym „Lekarze” zostali opowiedziani.

Nie zrobiłbym „Lekarzy”, gdybym nie miał tego wcześniejszego doświadczenia. Jestem w tym miejscu, robię takie filmy, ponieważ przeszedłem jakąś konkretną drogę. Ja się ciągle uczę. Nie mam przecież skończonej żadnej szkoły filmowej, ukończyłem kurs w szkole Wajdy, ale to jest właśnie kurs – pomoc w zrobieniu filmu. Uczę się, czym jest dokument, na własnej skórze. Z praktyki dowiaduję się, jak pracować z ludźmi. Nie jestem z wykształcenia operatorem, a postanowiłem sam robić zdjęcia. Pracuję jako montażysta i z czym to się je, dowiaduję się krok po kroku przy stole montażowym. Ja się tego wszystkiego uczę, to jest proces. Dlatego nie wiem, jaki będzie kolejny film, bo ja się zmieniam, świat się wokół mnie zmienia i moje umiejętności się zmieniają.

Nie wiesz, jaki on będzie, ale zdjęcia do nowego filmu już trwają. Będzie to kolejny pełen metraż, tym razem zbudowany wokół warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki.

Za mną już jedna trzecia zdjęć, czyli trzy miesiące pracy w Warszawie. Pałac jest ogromny, bardzo wiele się w nim dzieje. Dlatego pracuję ciężko i jest to wykańczające na wielu poziomach. Fizycznie, bo ekipa ograniczona jest do mojej osoby i dźwiękowca, a sprzętu jest coraz więcej i więcej. Ale i mentalnie – ciężko jest ogarnąć ten budynek. Mam wrażenie, że jest to póki co mój najtrudniejszy film. Sam jestem ciekawy efektu. To będzie portret Polaków w małej pigułce, jaką jest ogromny Pałac Kultury.

Tagi: Okiem młodych Świdnica Tomasz Wolski Kuba Żary Lekarze Aktorzy Klinika H2O Pomału Szczęściarze Piotr Sułkowski Rozmowa



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/kiedy_rzeczywistosc_daje_po_pysku_mowie_dziekuje/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator