Przekonuje o tym Marcin Marten, znany publiczności jako Abradab. Jest jedynym z założycieli Kalibra 44 cały czas z powodzeniem funkcjonującym w branży muzycznej, w październiku ukazała się jego czwarta solowa płyta "Abradabing". Abradab czuje się artystą niezależnym, obecnie sam wydaje swój materiał, ale nie chce zajmować się innymi wykonawcami. Jakie kawałki lubi grać na koncertach? Co się zmieniło, kiedy zaczął występować z żywym zespołem? Czemu w polskim hip-hopie tak mało jest świeżej krwi i co łączy amerykańskim rap z polskim punk rockiem? Na te i wiele innych pytań, odpowiedzi możecie znaleźć w naszej rozmowie z autorem kultowych "Konfrontacji".

Lech Moliński: Na pierwszym koncercie promującym materiał z nowej płyty „Abradabing” nie zabrakło Twoich największych hitów, takich jak: „Rapowe ziarno 2”, „Rap to nie zabawa już” czy „Konfrontacje” i „Baku baku to jest skład”, jeszcze z czasów Kalibra. Nie męczy Cię granie tych kawałków?
Abradab: Nie męczy mnie. Dlaczego miałoby tak być, skoro ludzie świetnie reagują na te kawałki, bawią się? Był taki okres w moim życiu, kiedy miałem już dość np. „Konfrontacji”, ale teraz gram je z żywym zespołem, więc zyskują nową moc. Żeby móc dawać dobre, energetyczne koncerty muszę narobić sobie kolejną pulę takich hitów. Wtedy mógłbym pominąć te najbardziej dotychczas znane numery.
Masz jakieś kawałki, których nie chcesz grać?
Oczywiście. Przede wszystkim są to numery, które nie za bardzo się podobają, inne „nie siadają”. Taka sytuacja jest z „38 mln ziomów”. Bardzo lubię ten kawałek, ale przećwiczyliśmy go na żywo i wychodzi na to, że jakoś się nie klei w nowej wersji z zespołem, podobnie z „Hasłem”. „Idealnie” też ciężko było wykonywać z zespołem.
Czyli na pierwszym planie jest reakcja publiczności?
Nie. Najważniejsze jest jak nam się podoba efekt, czy dobrze się czujemy wykonując dany kawałek. Ja np. bardzo lubię nową wersję „Liwing la wida zajebiste”, a publika żywiej reaguje na „Rap to nie zabawa już”. Ważne jest to, co my lubimy grać i uważamy, że przekład tych kawałków na zespół się powiódł, ale są też numery, które są tzw. hitami, ludzie je znają, dobrze się przy nich bawią i dlatego będziemy je grać.
Czemu akurat ta, czwarta płyta ma tytuł „Abradabing”, powiązany z Twoim pseudonimem? Jest najważniejsza?
Taki tytuł ma dlatego, że akurat teraz to wymyśliłem. Wielkiej filozofii tutaj nie ma, nie podchodzę tak do swojego materiału, że każde słowo ma znaczenie. Ten tytuł to jakaś wypadkowa tego, co robiłem do tej pory. Akurat, jeśli chodzi o czwartą płytę, bardzo długo nie potrafiłem znaleźć tytułu. Przy „Ostatnim poziomie kontroli” udało mi się to dość szybko, a teraz miałem gotowe trzy czwarte płyty i nadal brakowało tytułu. Jednak wreszcie go znalazłem.
„Rap to nie zabawa już” to tytuł Twojego kawałka sprzed kilku lat. Czym dziś dla 32-letniego Marcina Martena jest robienie hip-hopu? Zawodem? Pracą? Jest w tym jeszcze miejsce na pasję?
Warto zaznaczyć, że kiedy pisałem ten tekst, miałem 26 czy 27 lat. Powtarzam w kółko, że ten kawałek napisany został pod wpływem jednego wydarzenia – ukazania się mojego tekstu w książce do języka polskiego, gdzie było bardzo dużo błędów, bodajże 13, a do tego pod tekstem było napisane coś w stylu: Przeczytaj, a potem odpowiedz na pytanie co Autor miał na myśli. „Rap to nie zabawa już, to nauka, uczą o nich w szkołach, plus dają słuchać” – o to chodziło z tym kawałkiem, a nie o to że teraz zacznę wszystko robić profesjonalnie, przestanę się bawić, itp.
Co w takim razie wpisujesz w rubryczce: zawód wykonywany?
Od zawsze mam z tym problem. Mnie podoba się określenie „zacieszacz”, czy coś w okolicy angielskiego terminu „entertainer”. Nie wiem jak to przełożyć na polski, ale uważam, że to jest niezwykle trafione określenie. Na płycie Seana Paula jest taki skit, w którym policja łapie gości i pada pytanie: kim pan jest? No i odpowiedź: „entertainer”. Taki „zacieszacz”, mówiąc po lubelsku. Nie uważam się za artystę, takiego przez duże „A”. Mam z tym kłopot, generalnie. Raper?
Brzmi niepoważnie?
No, trochę niepoważnie. (śmiech)
„Wszyscy muzycy to wojownicy” to tytuł utworu z projektu „Męskie granie”. O co walczysz?
Już raz mnie spytano o co walczę i odpowiedziałem, że walczę o byt, potem wycięto to trochę z kontekstu i zabrzmiało strasznie, tak, jakby u mnie działa się jakaś tragedia. Także, generalnie: nie walczę. Jeśli coś muszę powiedzieć, to powiem, że walczę o jak najlepszą przyszłość dla moich dzieci, żeby cały czas podobało mi się to, co robię, żebym cieszył się ze swojej pracy. Mnóstwo takich kwestii, które może powiedzieć każda osoba, niekoniecznie będąca Abradabem.
W Polsce, szczególnie w mediach, hip-hop w fazie masowej popularności był przedstawiany jako przejaw buntu, niezgody na zastaną rzeczywistość. Mam wrażenie, że Ciebie to nigdy nie interesowało, że muzyka nie była dla Kalibra i dla Ciebie protestem.
Protest to za duże słowo.
Bunt?
W pewien sposób tak. W początkach naszej twórczości paliliśmy spore ilości marihuany, byliśmy bardzo młodzi i pod tym kątem nie postrzegano nas dobrze. Natomiast, jeśli idzie o bunt na zasadzie „fuck the system” – nie mieliśmy takich dążeń. Szybko przeszliśmy do zabawy słowem i do dawania ludziom raczej przyjemności niż załamek. To są takie proste skojarzenia – muzyka młodzieżowa i bunt łączą się w całość.
Hip-hop jak punk rock.
Wiele osób zwracało uwagę na podobieństwo, ale ja osobiście zestawiłbym raczej amerykański hip-hop i polski punk-rock, ponieważ hiphopowcy w naszym kraju już niekoniecznie się buntowali, tylko po prostu rapowali jak koledzy zza wielkiej wody.
Elementem całej kultury hip-hop jest rywalizacja. Bitwy b-boyów, Freestyle, czy cały styl braggadaccio, w którym wychwalasz swoje umiejętności. Ciebie chyba nigdy nie ciągnęło do walki na przechwałki?
Nie, dlaczego, jest sporo bragga w moich kawałkach. Np. „YO YO” jest cały w stylu bragga, ale w moim ujęciu, z dawką ironii, wzięty w nawias. Na pewno od jakiegoś czasu staram się to robić. Jeśli chodzi o freestyle, dawniej wielokrotnie freestyle’owałem, obecnie rzadziej zajmuję się tym publicznie. Także dlatego, że znam kolesi, którzy robią to fantastycznie.
Ostry, Molesta, Pezet, Gural, Ty. Okopaliście się dość mocno na swoich pozycjach. Wymieniłem tylko kilka postaci, ale faktem jest, że niewielu młodych przebija się w polskim hip-hopie. Dlaczego tak się dzieje?
Nie wiem. Bardzo często zadają mi to pytanie…
Ale Ty konsekwentnie nie chcesz stawiać diagnoz?
Ale co ja mogę wiedzieć o tym, co oni teraz mają w głowach? Mogę posłuchać ich utworów, ale to za mało. Kiedy słuchasz moich kawałków, to możesz poznać mnie w tych numerach, a nie mnie osobiście. Nie wiesz, kim jestem w życiu codziennym. Muszę przyznać, że poziom większości młodego hip-hopu, z tego, co do mnie dociera, jest po prostu słaby. Nie obrażając, oczywiście, tych dobrych emcees. Moim zdaniem zatracili wzorce, zapomnieli czym jest flow. Dlatego też zapraszam do współpracy chłopaków z Kontrabandy, bo oni mają flow. Nie mogę powiedzieć, że mają trudniej, bo w latach 90-tych było jeszcze trudniej, trzeba było stworzyć rynek, nie było wydawców, nie było internetu, gdzie można się pokazać, You Tube’a, Facebooka. Jeśli już mam stawiać diagnozę, aczkolwiek zaznaczam, że jest ostrożna, przyczyn braku wielu nowych postaci na scenie upatrywał w słabości całego nurtu młodego hip-hopu.
Czy polski hip-hop musi być lokalny?
Hip-hop musi być lokalny. Egocentryzm, który istnieje w tych kawałkach, sąsiaduje z lokalnym patriotyzmem. Większość wykonawców wykrzykuje skąd pochodzi, wyróżnia ziomków ze swojej okolicy. Trzeba pamiętać skąd się wziąłeś, gdzie wyrosłeś. Mimo, że od ośmiu lat mieszkam w Krakowie, czuję się raperem z Katowic, wyrosłem na gruncie śląskim i nie potrafię o tym zapomnieć. Jednak hip-hop nie powinien być lokalny na zasadzie odbioru, powinien wychodzić poza miasto.
Poza kraj?
Oczywiście, że tak. Na początku był Nowy Jork i Los Angeles, w obrębach tych miast powstało jeszcze wiele bardzo różnych gatunków, później chłopaki z Południa pokazali, że też potrafią rapować, włączyła się Atlanta, Detroit i wiele innych miast. Wiele z tych zespołów włączasz i od razu słyszysz, czy są z Nowego Jorku czy z LA. Teraz rozlało się to na cały świat.
Pamiętając to, co mówiłeś o projekcie Waglewskiego „Męskie granie”, że jest to dla Ciebie szansa na dotarcie do innej publiczności, zastanawiam się, czy Twoi odbiorcy dorastają razem z Tobą? Zarówno w sensie wieku, jak i wymagań?
Naprawdę bardzo trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.
Ale Tobie na pewno łatwiej niż mnie.
Dobrze, spróbuję trochę powiedzieć na ten temat. Wiele z osób, które przyszły na „Męskie granie”, nie przyjdzie do takiego klubu jako wrocławska „Kultowa” i nie trafi na mój koncert. Ale odbiór był znakomity, słyszałem też w stacjach radiowych pochlebne opinie na temat naszego występu. Ludzie z tamtych koncertów mogę kupić moją nową płytę, ale nie zobaczę ich raczej na swoim koncercie. Mogę przeczytać ich wypowiedzi na forach internetowych, czy wpisy pod teledyskami, ale tak naprawdę będą w całkiem innym miejscu, nie wiedząc czym jest polski hip-hop w szerszym kontekście. Na tej zasadzie trafiam do innych ludzi. Do jednych przez internet, do innych przez koncerty.
Czujesz się artystą niezależnym?
Tak, oczywiście.
Pytam w kontekście tego, że założyłeś swoją firmę. Co Cię do tego popchnęło?
Potrzeba, brak zaufania do kolejnych wydawców, którzy obiecują złote góry, a jak proponują umowy, to tam znajdują się takie punkty, że to jest jak potwarz dla mnie. Chcę, żeby wszystko, co wypracuję zostawało dla mojej rodziny. Nie chcę już nagrywać płyt dla kogoś innego.
Pamiętam, że w jednym z wywiadów zwróciłeś uwagę na pewien absurd. Ty przygotowujesz cały materiał, a wydawca proponuje ci 30 procent…
Żeby! Słuchaj, dobrze by było. Zawsze pojawia się tłumaczenie jakimiś kosztami. I to nawet nie tyle, że „przygotowuję”, ja dostarczam gotowy produkt, jest zrobiony mastering, byłem w studio, są nagrani goście, skrecze, zostaje tylko iść do tłoczni i wytłoczyć płytkę. Na jakiej zasadzie ja nie dostaję w takiej sytuacji 80 procent?
Jaka jest zatem rola wydawcy?
Zdjąć Ci gacie i wyruchać Cię w dupę.
Czy IMT zajmie się innymi wykonawcami?
Raczej nie. Na pewno, nie w najbliższym czasie. Generalnie, to działanie związane jest z koniecznością włożenia w to kapitału finansowego, jak i emocjonalnego, a ja jestem na tyle zajęty swoją działalnością, że nawet jeśli trafiłbym na fajny zespół, to byłbym na tyle skoncentrowany na swojej pracy, że nie mógłbym ich dobrze i świadomie dopilnować. Gdyby chcieli się wydać u mnie, to raczej starałbym się znaleźć im kogoś, kto by ich dobrze wydał. Do tego trzeba mieć serce. Pamiętam, jak Kaliber był jeszcze młodym zespołem, chyba wtedy nawet bez żadnej płyty, i wtedy poznaliśmy Michała Urbaniaka. Zaczęliśmy na jego zlecenie nagrywać jakieś kawałki, on strasznie chciał nas wydać. Byliśmy w siódmym niebie, a w którymś momencie on zniknął. Facet jest artystą, pojechał do swojej pracy, ja rozumiem, że – mimo szczerych chęci – po prostu nie miał głowy do tego, żeby zajmować się wydawaniem młodych wykonawców. Cały czas mam w pamięci tę sytuację i nie chciałbym zrobić tego samego. Jeśli kiedykolwiek zarobię z tej muzyki – lub czegokolwiek innego – furę pieniędzy, to bardzo chętnie podam komuś rękę. Na razie mam na głowie tyle swoich spraw, że to nie dla mnie.
W niczym nie przypominasz 18-latka z czasów „Księgi tajemniczej. Prologu”. Zniknęło afro, zmieniłeś też flow. Co zostało z tamtego Daba?
Sam to poznaj!
źródło ilustracji: http://www.polskiepodziemie.pl
Tagi: wywiad Abradab Marcin Marten Abradabing 2010 Kaliber 44
pantekturka13-01-2011, 19:04
Dobry opis roli wydawcy :)