Biblijne Betel to miasto, którego nazwa wzięła się od patriarchy Jakuba. Nazwał tak miejsce w którym spał, gdy we śnie ukazała się mu drabina do nieba. Podobna drabinka, z wieńczącymi ją chmurkami w dość mocno sugestywnych kolorach – zielonym, żółtym i czerwonym - widnieje jako logo pewnej wrocławskiej kapeli, która w ostatnim czasie trochę namieszała na dolnośląskiej scenie muzycznej. Uwielbiani za niegasnący entuzjazm na scenie oraz lekkie, pozytywne brzmienie i takież nastawienie do świata – Bethel! 13 listopada 2010 roku, po długiej drodze, szarpiąc nerwy fanów do ostatniego momentu, wydali swoją debiutancką płytę „Muzyka serc”. Czy udało im się dzięki niej dojść na szczyt drabiny sukcesu?

Na pierwszy szczebel owej drabinki wchodzą raźno i z uśmiechem na twarzy. „Energia” jest skoczna i pogodna, z króciutkim beatboxowym wstępem w wykonaniu Konrada, grającego zwykle na djembe i perkusjonaliach. Dalej idzie im się równie dobrze i równo, w podobnym tempie. Kawałek „Muzyka serc” to zdecydowanie jeden z lepszych, i prawdopodobnie najstarszych, utworów zespołu . Ograny niemal do wystrzępienia, ciągle jednak zachowuje charakterystyczną dla siebie świeżość. Ładne, ugłaskane reaggae.
Ta poprawność najwyraźniej zaczyna ich nudzić, więc Bethel przyśpieszają tempo i krok, prezentując nam „Kochaj życie”. Niby banalne, niby proste – utwór o tym, aby miłować swą egzystencje, nawet gdy „słońce za chmury chowa się”. Prostemu tekstowi przeciwstawia się zmienna melodia. I tu duży plus, bo to właśnie lekka dysharmonia sprawia, że piosenka nie jest nudna. Gitara Grigora, perkusja Roberta i trąbka Piotrka przeplatają się i przepychają, czasami ustępując sobie miejsca, a czasami tłocząc się w kolejce o pierwszeństwo dźwięku. W zupełnie innym nastroju jest już utrzymane „Love song”. Bethel kroczy po drabince w zamyśleniu, leniwie toczy się linia trąbki, powolutku i rytmicznie brzdęka gitara. Opowiadają podnoszącą na duchu historię o codziennej miłości zakochanych w sobie ludzi. Bob Marley byłby zachwycony – one love wokół nas, moi drodzy!
W połowie drogi na szczyt kapela chyba zaczyna się chyba poddawać mistycznemu klimatowi uduchowionego dub'u. Singiel „Zabrali mi skrzydła” promuje cały krążek, a więc jest najbardziej wystarany i wypieszczony ze wszystkich. Słusznie – utwór wciąga i przyciąga spokojnym, przydymionym, dub'owym riddimem i niebanalnym tekstem. „Wielką miłość daje ci twój Pan, więc skorzystaj! To jest Boży plan...”. W podobnym klimacie, ale już zdecydowanie szybszym tempie utrzymane jest „Przeklęte miasto”. Nadal mamy przesłanie („walcz, walcz, walcz, tylko to ci pozostało” ), ale podane znacznie bardziej lekkostrawnie. Genialne są momenty przyśpieszającego ska, jak skupiona, pozytywna energia, skumulowana i wyrzucona w powietrze, po chwili zmaterializowana w szybko migające struny gitary. Bez wątpienia jest to utwór zapadający w pamięć, podobnie jak „Stacja Babilon”, z intrygującym tekstem i piękną grą skrzypiec w gościnnym wykonaniu Patrycji Szewczyk. Wszystkie inne instrumenty mogłyby tak naprawdę umilknąć, bo o wiele lepszy efekt piosenka osiągnęłaby, gdybyśmy usłyszeli tylko właśnie te skrzypce i mocno wsłuchali się w śpiewany przez Wlaziego ten interesujący „pseudo-traktat o wolności”.
Bethel jest już w drugiej połowie drogi i chyba właśnie zrobił sobie przerwę z ciekawymi piosenkami. „Nieścisłości” nie wyróżniają się niczym szczególnym oprócz nieco dłuższego wstępu i porządnie rytmicznych zwrotek. Ot, przyzwoite, kołyszące granie. Całe szczęście, że zaraz po krótkim odpoczynku kapela wraca na właściwe tory. „Otwieraj” uderza rockową energią i skocznym tematem, zmieniającym się w szybkim tempie i zrywającym z nóg każdego miłośnika dobrej muzyki i dobrej zabawy. Bethel nadrywa naklejoną sobie etykietkę czysto reaggeowego zespołu, odważnie eksperymentując z wyraźniejszą gitarą i głośniejszą perkusją. Absolutnie nie schodzą ze szczebli drabiny, wręcz przeciwnie, pną się coraz szybciej i bezczelniej. „Jesteś moim życiem” to kawałek już na wysokim poziomie. Mieszają style. Od punky reaggae z wyraźnym i zapadającym w pamięć motywem gitary, przez pełne trzymającej tempo trąbki ska, nawet do przepełnionego hałaśliwą perkusją, nieco zmodyfikowanego, bo szybszego, roots reaggae.
Szczyt drabiny jest już tuż-tuż, w związku z czym Bethel chyba nie bardzo wie, co zrobić z rozpierającym ich entuzjazmem. „Skafander”, jak sama nazwa wskazuje, to popis świetnego ska; kawałek eksplodujący słońcem i energią. Tekst nie ma tu tak naprawdę większego znaczenia, bo przecież każdy z nas chciałby „narodzić się na nowo, na rzeczywistość spoglądać kolorowo”. Brawa – bo w banalnie prosty sposób stworzyli utwór, podczas którego na koncertach podbijają każdą publiczność. Mała rzecz, a jakże cieszy. Zdecydowanie spokojniejszym słuchaczom proponuję ostatnią piosenkę krążka - „Zittauer Dub”, czyli klasyczny, wzorcowy dub. Wokal jest tylko dodatkiem, nieszkodliwie wtapiającym się w strumień płynącej w oparach psychodelicznego dymu muzyki.
I tak wspięliśmy się na szczyt! Ale czy aby na pewno? Debiutancka płyta Bethel zawiera jedynie utwory, których mieliśmy okazję nie raz nasłuchać się do syta na licznych ich koncertach. Dobrze, że wszystko jest wreszcie zebrane w jednym miejscu, ale trochę szkoda, bo nie zaskoczyli nas niczym nowym. Na ucho zdradzę, że kapela ma już podobno mnóstwo nowego materiału, który będziemy mieli okazję, mam nadzieję, już niebawem wysłuchać. Bo Bethel nie jest zespołem oczywistym. Granice gatunku reaggae traktują bardziej jako symboliczne niż nadane, chętnie eksperymentując z lekkim rockiem i mieszając style – co wychodzi im nadzwyczaj udanie. Miejscami nie brak też intrygujących tekstów i perełek instrumentalnych – do posłuchania w każdym humorze. Czy „Muzyka serc” będzie rewolucją? Z całą pewnością nie. Raczej będą uparcie i konsekwentnie wspinać się po drabince popularności. A ich premierowa płytka jest niezbitym dowodem na to, że prędko z niej nie zejdą!
Tagi: płyta recenzja Bethel Muzyka Serc reaggae roots dub ska