Wniebowzięty
Ryan Bingham zwalnia ludzi. Nie, nie jest po prostu nieczułym draniem, który pracuje w biurze personalnym. Ryan zwalnia ludzi, bo taki ma zawód – wynajmowany przez tchórzliwych pracodawców, dokonuje redukcji personelu w ogarniętych kryzysem gospodarczym Stanach Zjednoczonych. Kryzys w pełni, więc firma naszego bohatera (i on sam oczywiście też) ma pełne ręce roboty. Taki czas jest w zasadzie jak nieustająca Gwiazdka. Mnóstwo ludzi do wywalenia i masa pieniędzy do zarobienia. Ryan pracuje więc bez wytchnienia, większość czasu spędza w samolotach i pokojach hotelowych.
Ale bez obaw, nie jest to kolejna czarna komedia o zawodowych perypetiach Amerykanów. Nasz bohater jest bowiem samotnym człowiekiem, który świadomie i bez żadnej choroby psychicznej na karku swoją samotność uczynił sposobem na życie. Wielbi ją i propaguje na częstych prelekcjach, których udziela dla zaskoczonej widowni – najważniejsze to się nie angażować. Ryan to George Clooney, więc przekaz wysłany jest z ogromnym wdziękiem: samotność jest fajna, choć prowadzi donikąd. Ale – i tu zaczyna się prawdziwa zabawa – ma ona sens, dopóki przestrzega się zasad. Życie przecież musi być poukładane.
Jason Reitman, podpisując się pod „W chmurach”, odsłania przed nami swój niepośledni talent. Historia człowieka pozbawionego w zasadzie życia prywatnego, skupionego na pracy, toczy się wartko i nic nie jest tu zostawione przypadkowi. Ten film to rasowy komediodramat, choć – jak to już w zwyczaju u Reitmana – komedia często bierze górą nad dramatem, ale widzowi nie może być do śmiechu. Uniwersalizm opowiadanej historii i celność społecznych i życiowych obserwacji potrafią wręcz porazić uważnego widza. „W chmurach” jest bowiem filmem pełnym paradoksów. Opowieść o patologicznej samotności jest z jednej strony przestrogą przed wybraniem jałowego życia, a jednocześnie nie sposób odmówić bohaterowi logiki egzystencjalnych wyborów. Taki styl życia jest przecież tak naprawdę alegorią losów milionów ludzi, którzy, ożenieni z własną pracą, powoli odrywają się od rodziny i przyjaciół, wiodąc mniej lub bardziej samotny żywot. Po części z wygody, po części z lęku przed zmianami, po części wreszcie z przyzwyczajenia i chęci utrzymania tej leniwej stabilizacji, która co prawda otumania i wyjaławia, jednak daje namiastkę szczęścia wynikającą z poczucia uporządkowania.
I taki właśnie jest Ryan: jego perfekcyjnie spakowane walizki, znajomość linii lotniczych, firm wynajmujących samochody, hoteli i zasad odpraw lotniskowych to nie tylko gruntowna wiedza, ale także życiowa kotwica. To jego świat, w którym czuje się bezpieczny i którego za żadne skarby nie chce opuścić. Ten porządek rzeczy zachwieje się w starciu z młodziutką Natalie, która, pełna młodzieńczego i idealistycznego zapału, będzie usiłowała zreformować jego pracę i w zasadzie zniszczyć mu życie, odbierając możliwość służbowych podróży. Tak naprawdę w tym momencie film rozpada się na dwie części, mniej i bardziej komediową. Ta druga w finale dominuje i wygrywa, za to pierwsza dostarcza pokładów przedniego humoru. Lata miną, gdy znowu trafię w kinie na tak mistrzowskie i przeraźliwie śmieszne dialogi, jak te prowadzone przez trójkę głównych bohaterów. Warto przy tym wspomnieć, że znakomity, jak zwykle w ostatnich latach, Clooney jest tu trochę przyćmiony niesamowitym aktorstwem Very Farmigi i młodej, ale sprawiającej wrażenie piekielnie utalentowanej Anny Kendrick. Takie fajerwerki aktorskie coraz rzadziej trafiają się w kinach.
„W chmurach” to jednak nie tylko opowieść o nijakości życia, ale nade wszystko pełna uniwersalizmu historia o lęku przed spojrzeniem w lustro. Ryan w pewnym momencie mówi „ruch to życie” i w pełni realizuje tę dewizę. Ciągłe podróże i faktyczny brak życia prywatnego to rodzaj ucieczki, choć nie dowiadujemy się nigdy przed czym. Czy to lęk przed bliskością drugiego człowieka, utajone kompleksy, czy traumatyczne doświadczenia z przeszłości – film o tym nie mówi. I dlatego bodaj najbardziej przejmujące są tu sceny, gdy bohater staje samotny w pustym domu – brak perspektywy kolejnych wyjazdów oznacza dla niego swoistą śmierć i degrengoladę. Życie to ruch, zastój to brak celu i brak sensu. No bo w końcu, gdy nie ma się rodziny i przyjaciół, to co pozostaje poza pracą… To wyjałowienie bohatera nie tylko przeraża, ale nade wszystko wzbudza współczucie. Cóż, nasza cywilizacja masowo potrafi produkować takich osobników.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. „W chmurach” przedstawia nam bowiem współczesność jako świat poddany procesowi dehumanizacji. Proces ten napędzają takie jednostki jak Ryan, beznamiętnie zwalniający ludzi, czy jego szef, cieszący się z upadku kolejnych sektorów gospodarki. W świetnie (na dokumentalną modłę) zaaranżowanych scenach komunikowania ofiarom Ryana faktu ich zwolnienia widać wiarygodnie nakreślone tragedie ich mikroświatów. Widzimy je i skóra nam cierpnie, ale przecież Ryan (i jego koleżanka po fachu, Natalie) widzą to samo, a jednak sprawiają wrażenie wypranych z ludzkich uczuć. W finale okazuje się, że dla dziewczyny jest jeszcze szansa na odwrócenia procesu odczłowieczenia, ale zachowanie głównego bohatera jest niejednoznaczne. Iskierki empatii i potrzeba bliskości pojawiają się na chwilę, wraz z rozwijającym się romansem z Alex, ale i ta namiastka uczucia ginie pod wpływem wyrachowanego działania „nieludzkiej” kobiety.
Nie da się jednoznacznie ocenić „W chmurach”, bo film, przez swoją psychologiczną złożoność, nabiera innych kształtów w oczach każdego widza. Dla jednego będzie to wyborna komedia z niepokojącymi sygnałami, dla drugiego – przygnębiająca diagnoza kondycji duchowej współczesnego świata. I chociaż to drugie dominuje po wyjściu z kina, nie sposób nie dostrzec gorzkiej prawdy wychylającej się zza ekranu: takie oto zgotowaliśmy sobie czasy.
Dariusz Żak
W chmurach (Up in the air), reż. J. Reitman, dystr. United International Pictures Sp z o.o., 2009.
« Poprzednia | Strona: 2 z 2
Tagi: Dwóch na jednego Jason Reitman George Clooney Mateusz Kowalski Dariusz Żak