G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Dylemat

Autor: Katarzyna Łazarska, dodano: 20-02-2011, 10:35

Przed rozpoczęciem czytania jakiejkolwiek książki, która ma za zadnie przestraszyć, należy zadać sobie jedno pytanie. Co jest w takiej powieści ważniejsze: przerażająca atmosfera sprawiająca, że jednocześnie chcemy czytać dalej i boimy się zajrzeć na następną stronę, czy może treść, fabuła i analiza psychologiczna bohaterów? W przypadku powieści Jakuba Żulczyka „Instytut” zdecydowanie lepiej patrzeć przez pryzmat zbudowanego napięcia, bo to ono sprawia, że w ostatecznym rozrachunku książka zasługuje na pochwałę.

Instytut

Agnieszka – trzydziestopięciolatka po przejściach, dostaje w spadku po babci mieszkanie o dziwnej nazwie Instytut. To właśnie w nim rozgrywają się wydarzenia opisane w powieści. Kobieta i jej kilku znajomych przeżywają chwile grozy, gdy zostają niespodziewanie zamknięci w odziedziczonym lokum. Winda nie działa, krata przy wyjściu z kamienicy zostaje zamknięta, telefony nie odbierają sygnału, a sąsiedzi nie odpowiadają na rozpaczliwe pukanie do drzwi. Na tak małej przestrzeni rozgrywa się tragedia, której sprawcy i powody są tajemnicą zarówno dla bohaterów, jak i czytelników.

Miejsce wydarzeń, jakim jest zwykłe, niczym niewyróżniające się mieszkanie, sprawia, że w sytuację bohaterów wczuć jest się łatwiej, niż gdyby zostali oni porwani i umieszczeni na nieznanej sobie przestrzeni. W powieści najważniejsze jest właśnie to lokum. Napastnikom nie chodzi o któregokolwiek z bohaterów, nie zależy im na pieniądzach, czy też na niebezpiecznym, naukowym odkryciu. Oni chcą mieszkania i są pewni, że je dostaną. Nie korzystają z półśrodków, dlatego skoro zdecydowali się je odzyskać, nie cofną się przed niczym, by swój plan doprowadzić do końca. Najpierw jednak, tak dla odprężenia, postanowili trochę zabawić się z zamkniętymi w środku ludźmi. Właśnie ta gra, ta zabawa z postaciami, które bezustannie obserwowane wyprowadzają się nawzajem z równowagi i powoli tracą zmysły, jest równocześnie najciekawsza i najstraszniejsza.

W „Instytucie” lękiem napawa nie tylko sama gęsta atmosfera i świetnie zbudowane napięcie. Czytając książkę boimy się reakcji uwięzionych ludzi. Bardziej niż podrzucone zabite koty przerażają wybuchy złości mieszkańców, którzy początkowo sami dla siebie stanowią większe zagrożenie, niż nieznani Oni. Żulczyk, mimo dość stereotypowej prezentacji postaci, prezentuje studium psychologiczne bohaterów, którzy, pozbawieni jakiegokolwiek wpływu na swój własny los, zaczynają po prostu wariować. Trochę razi sposób budowy charakterów – jednopoziomowe i nieskomplikowane nie zapadają w pamięć, ale możliwe, że taki właśnie był zamysł autora. Pisarz skupia się na pogłębieniu postaci głównej bohaterki: to do jej przeszłości powraca w retrospekcjach, to wokół jej własności rozgrywa się cała akcja, i w końcu to z jej perspektywy opowiedziana jest historia.

Żulczyk nie boi się ciężkiego języka. Strony powieści aż czerwienią się od przekleństw i właśnie dzięki nim opisane wydarzenia stały się dla mnie bardziej rzeczywiste. Bohaterowie pokazani zostali jako prawdziwi ludzie, którzy w sytuacjach nerwowych wyrzucają z siebie emocje na wszelkie sposoby. Autor nie próbował na siłę ich ugrzecznić, by trafić w gusta bardziej wrażliwych czytelników. Za to należą się mu słowa uznania.

Książka Żulczyka wciąga. Czyta się ją na jednym oddechu, nie zwracając uwagi na mijający czas i upływające w bardzo szybkim tempie strony. Akcja interesuje, a atmosfera grozy tak pochłania, że czytelnik przestaje skupiać się na treści i na zawiłościach fabularnych.

Jednocześnie jednak należy wspomnieć o słabym punkcie „Instytutu”, którym niewątpliwie jest właśnie sama fabuła. Historia zamknięcia kilku ledwie znających się (lub też kompletnie nieznajomych) ludzi na niewielkiej przestrzeni jest formułą dość oklepaną i często używaną zarówno przez twórców książek, jak i filmów grozy. Zastrzeżenia mam również do postępowania nieznanych oprawców, które wydawało się bezmyślne, a momentami zwyczajnie głupie. Zawiodło mnie też zakończenie – zafascynowana atmosferą książki oczekiwałam czegoś intrygującego i zapadającego w pamięć. Książka natomiast skończyła się ot tak, po prostu.

"Instytut" to książka trzymająca w napięciu i przerażająca, czyli taka, jaka powinna być powieść grozy. Mimo że historie przeczytałam z zapartym tchem, niesatysfakcjonujące i zdecydowanie nieudane zakończenie sprawiło, że musiałam jeszcze raz zastanowić się nad cała opowieścią. Dopiero wtedy zaczęłam dostrzegać wady, jakie początkowo odrzucałam pochłonięta niesamowitą atmosferą. Od Żulczyka oczekiwałam czegoś lepszego. Choć może nie powinnam tyle nad „Instytutem” myśleć…

Jakub Żulczyk, Instytut, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010

Tagi: Jakub Żulczyk Instytut Wydawnictwo Znak powieść recenzja Katarzyna Łazarska



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/miasto_inspiruje_i_przeszkadza/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator