Trochę cierpienia nikomu nie zaszkodzi – tak twierdzi jeden z rozmówców Szymona Hołowni w jego najnowszej książce „Ludzie na walizkach. Nowe historie”. Zamieszczone w niej wywiady o cierpieniu, zmaganiu się z przeciwnościami losu i własną słabością są przejmująco smutne, ale stanowią też ważną lekcję empatii i radości życia.

Umierający na raka mąż, córka ginąca młodo w wypadku samochodowym, niepełnosprawne dziecko, alkoholizm niszczący człowieka i jego rodzinę, choroba skóry podobna do trądu, molestowanie seksualne – to tylko niektóre z życiowych dramatów, o których opowiadają bohaterowie tego zbioru wywiadów. Wszystkich łączy jedno: niezależnie od sytuacji, w jakiej się znaleźli, starali się ze wszystkich sił zachować godność i radość życia. Jak bardzo było to trudne, można wywnioskować z ich smutnych opowieści. Dla nich to możliwość wyrzucenia z siebie bólu, dla nas – lekcja na przyszłość.
Pod postacią „Ludzi na walizkach” Hołownia funduje nam prawdziwy wyciskacz łez. Niektóre z przedstawionych historii są tak niesamowicie przejmujące, że aż trudno uwierzyć, że ich bohaterowie potrafią tak spokojnie i z dystansem, zachowując zarazem komponent silnie emocjonalny, mówić o tak bolesnych przeżyciach. Można mieć tylko nadzieję, że nic podobnego nas nie spotka, ale na wypadek, gdyby stało się inaczej, każdy czytelnik z lektury tej książki będzie mógł wyciągnąć kilka przydatnych rad, i to niezależnie od przekonań religijnych. Co zrozumiałe, w końcu książka powstała na podstawie wywiadów przeprowadzonych dla Religia.tv, o Bogu mówi się tutaj dosyć dużo. Mimo to nie można powiedzieć, że książka ta narzuca katolickie podejście do problemu, bo przecież kwestie genezy cierpienia i godnego jego znoszenia można rozpatrywać w oderwaniu od jakiejkolwiek ideologii, nie tylko religijnej. Jak mówi Aleksander Gudzowaty w swoim wywiadzie: Cierpienie to po prostu jedna z faz bytu. Kto przez nią przeszedł, ma większy szacunek do przytrafiającego mu się dobra, ba – umie je zauważyć. (…) myślę, że trochę cierpienia nikomu nie zaszkodzi. Chociaż trochę, minutę, fragment.
Na tym też polega fenomen całej działalności Szymona Hołowni, który o kwestiach wiary katolickiej potrafi mówić w sposób bardzo wyważony i przystępny, przez co mało natrętny i kaznodziejski. Tutaj co prawda pozwala mówić innym, ale przekaz pozostaje taki sam: osoba wierząca nie musi być dewotem prowadzącym prywatną krucjatę przeciwko wszystkim niewierzącym lub wierzącym w co innego. Od innych różni się tylko perspektywą, z której patrzy na świat. Forma wywiadu ma tu duże znaczenie, bowiem choć bohater może spokojnie opowiedzieć swoją historię, to jest wspomagany, ponaglany i nierzadko przyciskany przez rozmówcę do muru. Hołownia ze względu na swoją przeszłość i profil wykonywanej pracy jest doskonałym partnerem do rozmowy – umie taktownie rozmawiać o bardzo prywatnych sprawach, umie też doradzić i wesprzeć. Dobrym zabiegiem było też, by przed każdym wywiadem jego bohater powiedział w pierwszej osobie krótko coś na własny temat. To sprawia, że dla czytelnika przestaje być anonimowy, co pozwala na większą identyfikację z jego historią.
Wielu ludzi z różnych przyczyn może nie zgadzać z poglądami głoszonymi przez rozmówców Hołowni. Mimo to z „Ludzi na walizkach” płynie bardzo uniwersalne przesłanie: cieszmy się z tego co mamy, bo nigdy nie wiadomo, co nas czeka. A jeśli coś bolesnego nas w życiu spotka, powinniśmy stawić temu czoła. To nie jest łatwe, ale jak najbardziej możliwe. Przemysław Sobieszczyk, współczesne „dziecko Hioba” radzi nam ponadto: Życie jest ważne. Takie, jakie jest, a nie, jakie wydaje się nam, że mogłoby być. Karmienie się złudzeniami to toksyczna sprawa. Pamiętajmy o tym.
Szymon Hołownia, Ludzie na walizkach, wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Tagi: Szymon Hołownia Ludzie na walizkach wydawnictwo Znak wywiady recenzja Ilona Rodzeń