Urszula Antoniak jest reżyserką, która językiem holenderskim włada równie biegle, jak polskim. „Nic osobistego”, który wchodzi na ekrany polskich kin, udowadnia, że talent lingwistyczny nie jest jedynym darem autorki. Intrygujący obraz i równie ciekawa rozmowa…przekonajcie się sami!

Ewelina Burda: Na stałe mieszka Pani za granicą, czuje się Pani Holenderką?
Urszula Antoniak: Przede wszystkim, czuję się emigrantką. Emigracja oznacza dogłębną konfrontację człowieka z własnym „ja”. Zostawia się za sobą koncept kultury, języka, kontakty, dzieciństwo - cały bagaż przeszłości. Dlatego, wydaje mi się, że mam dystans zarówno do Holandii, jak i do Polski. Staram się dostrzegać ludzi, a nie konkretne narodowości – taką optykę wyzwala emigracja, jak się raz wyjechało, ma się właściwie dystans do wszystkiego.
Czy „Nic osobistego” można określić mianem filmu europejskiego, czy raczej holenderskiego?
Myślę, że naprawdę dobry film jest uniwersalny. W Holandii bardzo zwraca się uwagę, aby robić kino typowo „holenderskie”, ale czy to nie jest puste określenie… Podobnie, nie wiem jaki to jest faktycznie rasowy „polski” obraz , ale wiem dlaczego „Amator” Krzysztofa Kieślowskiego zasługuje na miano najlepszej polskiej realizacji… zresztą, niesłychanie uniwersalnej.
Liczne nagrody na międzynarodowych festiwalach są chyba najlepszym potwierdzeniem uniwersalizmu Pani filmu?
Emigracja oprócz tego, że jest pewnym rodzajem samotności, oznacza również niemożność przekazania czegoś stricte personalnego. Nawet gdybym chciała odwoływać się w swojej twórczości do wątków „polskich”, to konteksty kulturowe uniemożliwiłyby, na przykład, Holendrom pełny odbiór dzieła. Jednocześnie, nie jestem zespolona z kontekstem mojej nowej ojczyzny. Człowiek nagle jest rzucony do kraju, którego nie zna, między obcych ludzi, tak więc mimochodem, moja emigracja nadaje uniwersalny ton filmowi.
W Pani filmie samotność to przestronne pojecie, które ma bardzo konstruktywne oblicze...
W kulturze Zachodu samotność z reguły wzbudza negatywne konotacje. „Nic osobistego” pokazuje świadomy wybór samotności, rozumianej jako wolność. Obecnie, nie każdy może sobie na taki przywilej pozwolić. W języku angielskim są dwa słowa które, m.in., oddają wieloznaczność „samotności”, mianowicie loneliness, które ma negatywne zabarwienie, natomiast solitude, oznacza pewny stan, który jest bardzo ludzki, refleksyjny. Zresztą, w kulturze Wschodu, to jest naturalne zjawisko, że ludzie, od czasu do czasu, chcą być sami. Nasza cywilizacja jest skierowana na sukces, który ma charakter kolektywny – bez ludzi się nie obędzie. Bycie samemu ze sobą, powoli, staje się komfortem, na który nie starcza nam czasu.
Co było inspiracją do realizacji filmu, jakieś inne konkretne obrazy?
Film „Wszystko za życie” zrobił na mnie wrażenie. Na pewno, istnieją pewne związki między „Nic osobistego”, a historią wyreżyserowaną przez Seanna Penna. Bohater „Wszystko za życie”, Christopher, wybiera wolność na zasadzie buntu przeciwko materializmowi. Bohaterka mojego filmu, Anne (Lotte Verbeek) wyrzuca wszystkie swoje materialne szpargały na ulicę, zaczyna na nowo, jako swoista tabula rasa - pusta kartka. W naszej obyczajowości, obiekty, rekwizyty stają się, w pewnym sensie, przedłużeniem człowieka. Bohater obrazu Seanna Penna ostentacyjnie wyrzuca samochód, pali pieniądze, ale kilka scen dalej zaczyna pracować w McDonald’sie. Zatem, ten romantyzm wolności podszyty jest ironią. Również w moim filmie, Anne chce się tułać po świecie, niczym rolling stone, ale szybko przekonuje się, jak wiele potrzebuje do przeżycia. W finale, okazuje się, że wystarczy jej tylko karta kredytowa – to tutaj jest prawdziwa ironia. Ważnym źródłem inspiracji był również obraz Agnès Vardy - „Bez dachu i praw”, a dokładniej figura bohaterki Mony (Sandrine Bonnaire). Z jej artystycznej kreacji czerpała moja aktorka, Lotte Verbeek.
Jak udało się Pani skompletować tak fenomenalną ekipą: duet aktorski - Lotte Verbeek i Stephen Rea, operator - Daniël Bouquet, autor muzyki – Ethan Rose?
Moja ekipa liczyła tylko 15 osób. Łączyło się to z niezwykłą mobilnością, która przydała się, kiedy kręciliśmy w Irlandii, gdzie co 15 minut zmienia się pogoda. Z Ethanem Rose, który skomponował muzykę również do „Paranoid Park”, porozumiewałam się drogą e-mailową. Co ciekawe, spotkaliśmy się dopiero na Festiwalu Filmowym w Locarno. Z Daniëlem Bouquet’em nigdy wcześniej nie pracowałam. Poznaliśmy się parę tygodni przed kręceniem. Największym „eksperymentem” było spotkanie duetu aktorskiego. Przeniosłam sytuację z filmu na plan zdjęciowy, pierwsza konfrontacja Stephena Rea i Lotte Verbeek nastąpiła tuż przed pierwszym klapsem.
Czy planuje Pani zaspokoić niedosyt widzów po „Nic osobistego”, realizując kolejne produkcje?
Wkrótce jadę z gotowym scenariuszem do Cannes. Skrypt zakwalifikował się do „Cinefondation Atelier”. Każdego roku wybieranych jest 15 projektów z całego świata, które mają być realizowane, albo już są w realizacji. Nowy film obnaża ostatnie tabu kultury zachodniej – śmierć. Boimy się konfrontacji z kresem życia, wystrzegamy się myślenia o tym. Ciekawi mnie dlaczego tak się dzieje, z czego to wynika, jakie są tego konsekwencje. Śmierć jest przecież elementem życia, ale nie dostrzegamy tego – o tym będzie ten obraz. Takie filmy chcę realizować, na ważne i istotne tematy.
Tego Pani życzę i dziękuję za rozmowę.
Wielokrotnie nagradzany film „Nic osobistego” to pełnometrażowy debiut Urszuli Antoniak, polskiej reżyserki na stałe mieszkającej w Holandii. Ukończyła Wydział Radia i Telewizji i Uniwersytetu Śląskiego oraz holenderską akademię filmową - Nederlandse Film en Televisie Academie (NFTA) w Amsterdamie. Czytelnikom znającym język holenderski polecamy wcześniejszy film reżyserki „Bijlmer Odyssee”.
Źródło fotografii: Vittorio Zunino Celotto (Getty Images Europe)
Tagi: Urszula Antoniak wywiad kino holenderskie Ethan Rose Ewelina Burda