Kiedy w niedzielne poranki słyszę w radiowej Trójce białego-bluesa w kowbojkach z frędzlami, smucę się nieco na myśl, że to z takimi właśnie mydlinami kojarzy się dziś ludziom blues. W czwartek 25 lutego będziemy mięli okazję posłuchać prawdziwego dzikiego delta-bluesa granego przez.. urodzonego tysiące kilometrów od Mississippi Islandczyka ET Tumasona.

Historia ma swój początek dawno i daleko.
W roku 1911 lub 1912 - dokładnie nie wiadomo - w Hazlehurst w stanie Mississippi urodził się Robert Johnson. Był czarnoskórym dzieckiem z Delty i dzieciństwo miał takie, jakie podobne mu dzieci miały. Podobno był zdolnym uczniem i podobno już w szkole zaczął interesować się graniem muzyki. Próbował nawiązywać współpracę z lokalnymi muzykami. Włóczył się za niektórymi z nich, licząc na to, że nauczą go gry na gitarze. Ci wspominali go po latach jako przeciętnego, niespecjalnie utalentowanego muzyka.
Pewnego dnia zniknął na kilka miesięcy, by wrócić jako genialny gitarzysta, wokalista i tekściarz, i nagrać 29 utworów, które okazały się być niezwykle istotnymi w historii muzyki rozrywkowej. Johnson nie był jedynym wybitnym gitarzystą swoich czasów. Nie był najwybitniejszym i na pewno nie był jedynym, który w swoich nagraniach zdefiniował brzmienie i istotę bluesa. Nie tylko na jego utworach uczyli się grać ludzie, którzy stworzyli rocka, który później odmienił muzykę rozrywkową, showbiznes, kulturę i obyczaje. Ale to właśnie Robert Johnson spotkał na rozdrożach nieopodal plantacji Dockery Diabła, oddał mu duszę w zamian za muzykę i talent i zdefiniował "potępionego samotnika", bohatera, który w bluesowych i rockowych, wraz ze wszystkimi podgatunkami, piosenkach pojawia się już od przeszło 80 lat. Śpiewał o samotności, biedzie, alkoholu, kobietach i Diable pukającym do jego drzwi. Wyśpiewał całego siebie - biednego samotnika, pijaka, kobieciarza, który zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku, podobnie jak później wielu genialnych muzyków-zatraceńców, dwudziestu siedmiu lat.
Nie jest ważne czy na rozdrożu był z Johnsonem Diabeł czy tylko butelka wódki, ważne, że Diabeł był w jego muzyce. Był w niej niepokój i strach człowieka żyjącego na krawędzi, który raz odważył się spojrzeć w dół i nie mógł już żyć bez notorycznego spoglądania w czekającą na niego otchłań, bez upewniania się, że ciągle nad nią jest, że nie odsunął się od niej zbyt daleko. Z punktu widzenia dalszej historii muzyki i kultury w ogóle, to właśnie ten niepokój był najważniejszym elementem jego nagrań z czasów, kiedy mieszały się bieda, alkohol i pogańskie wierzenia. Nie bez powodu Stephen Davis rozpoczął biografię Led Zeppelin, najważniejszego zespołu w historii rocka, właśnie na rozdrożu, na którym Johnson czekał na Diabła.
Johnson żył tak jak powinien żyć protoplasta rockowych rozrabiaków - jeździł od miasta do miasta, śpiewając w barach muzykę, która porywała słuchaczy. Czasem nawiązywał świetny kontakt z publicznością, czasem znikał w połowie występu i nie pokazywał się nikomu na oczy całe dnie czy nawet tygodnie. Choć był związany z kobietą, w każdym z odwiedzanych miast znajdował nocleg u innej, najlepiej takiej, której męża akurat nie było w mieście. Któregoś dnia zachorował nagle i po kilku dniach cierpienia zmarł. Pomijając oczywistość - że to Diabeł przyszedł po zapłatę - przyjęła się wersja, że mąż jednej z jego kochanek, dolał mu do whisky truciznę. I nie wiadomo już czy ustalono to na podstawie relacji świadków, czy raczej zinterpretowano te relacje tak, by zakończenie pasowało dobrze do jego historii. Bo pasuje znakomicie, a prawda o Johnsonie jest taka, że właściwie mało o nim wiadomo. Martin Scorsese napisał: "Dowcip z Robertem Johnsonem polega na tym, że istniał tylko na nagraniach. Poza tym był czystą legendą". Dlatego znakomicie nadawał się do tego, by na kanwie opowieści o nim, stworzyć jeden z wątków amerykańskiej mitologii, którą Ameryka musiała sobie sama, po swojemu i dosyć szybko wytworzyć.
Motyw Diabła strojącego instrument w zamian za duszę pochodzi jeszcze z Afryki i pojawiał się często wśród Afroamerykanów. Mówiąc dokładnie - na początku dwudziestego wieku każdy z wielu przecież czarnych bluesowych muzyków włóczących się od miasta do miasta z gitarą, śpiewających o złych kobietach i samotności, spotkał się z Diabłem na rozdrożu i od niego dostał talent. W tamtej kulturze, w tamtych czasach, w tamtym miejscu muzyk to był właśnie ktoś taki, kto z Diabłem miał do czynienia. Johnson jest wszystkimi tymi muzykami, jego muzyka jest muzyką wszystkich bluesowych włóczęgów, historia - historią wszystkich tańczących wtedy z Diabłem zatraceńców. Wszystko to sprowadzone do jednej mitycznej postaci, ikony amerykańskiej kultury, która, choć dzisiaj mało znana z imienia i nazwiska, pojawia się w kulturze i popkulturze bez przerwy, od lat wskrzeszana przez kolejne pokolenia idoli - szaleńców, którzy żyją na krawędzi za nas, przy okazji grając lepszą lub gorszą muzykę.
ET Tumason pochodzi z Reykjaviku. Zauroczony muzyką Roberta Johnsona gra na gitarze i śpiewa, dokładnie tak samo jak on. I tak samo jak on żyje. Z Islandii wyniósł się w wieku 18 lat z powodu, którego nie chce zdradzić. Zamieszkał w Berlinie, by zafascynować swoją muzyką ludzi ze znanego klubu 8MM. Grał tam swoje szalone koncerty w zamian za piwo, którego ponoć potrafi wypić ogromne ilości. Zagrał w wielu berlińskich klubach, by w końcu, nie wyjaśniając nikomu dlaczego, wynieść się ze swoją gitarą do Kopenhagi. Teraz żyje gdzieś w Pradze, Kopenhadze, Berlinie, Reykjaviku. Sam do końca nie wie gdzie. Podróżuje z plecakiem i gitarą i gra koncerty, a w czwartek 25 lutego o 20:00 zagra we wrocławskim OPT.
Od legendarnych bluesmanów nauczył się nie tylko muzyki, ale i umiejętnej autopromocji. Nie ma tu nic bardziej skutecznego niż tajemnica. Wiedzieli to oni, pewnie wie i on. Nie wiemy czy ET Tumason przed czymś ucieka, czegoś szuka, czy po prostu nie wie czego chce. Nie jest też pewne, że każdemu przypadnie do gustu śpiewany do akompaniamentu akustycznej gitary blues. Nie każdy poczuje w OPT zapach siarki i nie każdy poczuje smak pyłu unoszącego się nad amerykańskimi rozdrożami. Wiadomo jednak, że będziemy mieli okazję posłuchać muzyki, której już, w jej czystej postaci, nie ma. Może uda nam się poczuć szaleństwo, z którego wywodzi się cały zgiełk, który nas na co dzień otacza, w którym co rusz odnajdujemy coś, czego jeszcze, wydaje nam się, nie było.
ET Tumason - Ośrodek Postaw Twórczych - 25. lutego 2005
start: 20:00
bilety: 5*/10/15 pln (*kursanci OPT)
Tagi: zapowiedź koncert sylwetka OPT ET Tumason Robert Johnson blues