G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

poleca

Filmowe Doliny Kultury

Autor: Iga Gręda, dodano: 26-12-2011, 14:24

Wszystkie podsumowania, rankingi dotyczące kultury czynione na koniec roku są do siebie podobne. To, co zachwyciło i to, co zohydziło życie jest wspólne dla szerokiej grupy odbiorców. Każdy zgodzi się, że Pożyczony narzeczony to sztampa, która ma wypełnić grafik Kate Hudson. Mało kto będzie również polemizował, że Pina to wizualne arcydzieło. Niestety globalny kod, którym posługuje się ludzkość, by oceniać i wyrabiać sobie opinie nie pozwala dojść do głosu kontekstowi osobistemu. Postrzeganie odarte od wszystkiego co zewnętrzne, a skupienie się na dzikim subiektywizmie, prywatnym instynkcie, który jest kompletnie niesprawiedliwy, często krzywdzący, ale własny i autentyczny. I tak właśnie chcę podsumować złe oblicze Kultury w 2011 roku. W pierwszej osobie, prosto z egocentrum.

Publicystyka

Kto słowem wojuje, od słowa ginie

Miejscem do formułowania myśli wszelakiej znanych osób stał się Facebook. Jest to przestrzeń rozleglejsza niż grecka Agora i bardziej opiniotwórcza niż rzymski Senat. Do największych oratorów należą w tym roku Magda Gessler i Joanna Krupa. Zarządzająca polskimi podniebieniami jest mistrzynią w pisaniu rzeczy sygnalizujących lekki stan nieważkości po wypiciu beczki spirytusu. Doskonałym dodatkiem jest ukochany Waldek. Waldek saute, Waldek z mintajem, Waldek z pieczenią rzymską i potrawami tysiąca i jednej nocy. Gessler równie sprawnie co tuszą wołową w marynacie, włada słowem poetyckim. Wiersze białe sławiące cnoty wanilii i potępiające cukier wanilinowy to białe kruki wykwintne niczym przepiórki. Obok Magdy dumnie prezentuje się Joanna Krupa wypowiadająca wojnę wszystkim, którzy kiedykolwiek splamili swą moralność futrem i nie adoptowali przynajmniej tuzina psów. Niestety nikt nie jest w stanie odeprzeć zarzutów, gdyż tak jak w poprzednim przypadku nie wiadomo, o co chodzi. Mark Zuckerberg ma miliony, ale wyrzutów sumienia też mu z pewnością nie brakuje.

Film

Piękni i głupi

Trzy moim zdaniem najgorsze filmy tego roku zawierają te same składniki: największe gwiazdy, niezłych reżyserów i dobre recenzje. Największą pomyłką jest bezapelacyjnie Turysta z Angeliną Jolie i Johnym Deppem. Film nakręcony tylko po to, aby chwalić elegancję, styl i klasę Angeliny i doprowadzać do szału wszystkich, dla których taka artystyczna motywacja jest niewystarczająca. Pełne potwierdzenie, że turyści to najgorszy gatunek człowieka. Kolejną estetycznym niewydarzeniem jest ledwo upierzony Czarny Łabędź. Historia o baletnicy, której nie przeszkadzał co prawda rąbek u spódnicy, ale ze świądem i za dużym apetytem nie dawała już sobie rady. Dziadek do orzechów ma więcej ikry. Na podium jest jeszcze miejsce dla Niebezpiecznej metody zrealizowanej w bardzo asekuracyjny sposób. Keira Knightley odgrywająca szaleństwo przypomina osobę, której do podniebienia przyczepiła się gigantyczna landrynka utrudniająca właściwą wymowę. Przynajmniej było na co popatrzeć.

Spalony teatr jednego aktora

W tym roku nikt chyba nie chałturzył tak intensywnie, co Jan Frycz. Skumulowanie fatalnych produkcji doprowadziło do powstania tak gęstej mgły, że chyba sam aktor się w niej zagubił. Zaczęło się od Och, Karol 2, z którego Frycza można rozgrzeszyć, bo w filmie grali wszyscy, którzy w Polsce umieją intonować zdania pytające. Rola psychoanalityka była krótka i nie wymagała wchodzenia w interakcje z hałastrą aktorskich wywłok na planie, więc uznaję, że szlachetność nie ucierpiała. Niestety o wiele drastyczniejsza jest kolejna produkcja, w której mam nadzieję, Jan Frycz znalazł się albo kompletnie przypadkiem albo zapłacili mu tak dużo, że już nigdy nie będzie musiał brać udziału w filmie z takiego poziomu artystycznej nędzy. Wyjazd integracyjny alienuje mnie z polskiej kinematografii na setki kilometrów. Bijąc rekord odporności i wytrzymałość kręgosłupa moralnego, Jan wziął udział w produkcji Pokaż kotku, co masz w środku, udowadniając tym samym, że suma wszystkich nieszczęść nie jest w stanie naruszyć jego wielkości. Dobrze, że Frycz nawet przemierzając doliny, dotyka szczytów.

Telewizja

Magiczne pięć minut i ani chwili dłużej

Najmniej łaskawy dla polskiej telewizji okazał się w tym roku czas. Programy pobiły chyba rekord krótkiej bytności na ekranie. Niektóre produkcje zostały zdjęte zanim ktokolwiek pomyślał o ich wyemitowaniu. Najbardziej spektakularną klęskę poniósł serial Wszyscy kochają Romana (TVN), który doczekał się dwóch odcinków, z czego łączna widownia składała się z tylu osób, ile zmieści się do windy. Produkcja od samego początku naznaczona była wstydem i upokorzeniem. Nawet reżyser uważał ją za zakałę i nieporozumienie. Inne projekty TVN-u także okazały się bardzo kruche. Układ warszawski  upadł szybciej niż powstanie, co może wydawać się nieprawdopodobne, ale stało się już faktem historycznym.  W gruzach legła również Rezydencja (TVP 1), pociągając na dno kolejny znamienity polski ród. Gdyby zegary mogły stanąć…

Nieznośny ciężar kultury

Przez wielu to zjawisko może zostać uznane za wielki sukces, ale dla mnie jest sromotną porażką. Nowa linia walki telewizji publicznej z niewykształceniem i niedoinformowaniem kulturalnym to grad produkcji, które mają wbijać do głowy, jak ważne jest chodzenie do teatru zamiast na piwo i kupowanie biletu do kina w miejsce pakietu miliona kanałów na kablówce. W praktyce TVP 1 i TVP 2 emitują więcej programów o tematyce kulturalnej niż istnieje pracowników wykorzystanych przez Wal-Mart. Na niekończącej liście znajdziemy Poziom 2.0 (TVP 2) dedykowany dla  młodszych odbiorców. Niestety zamierzeń misyjnych nie udało się do końca zrealizować, gdyż średnia wieku widowni to 60 lat. Dojrzalej prezentują się pozostałe propozycje – interdyscyplinarny WOK – Wszystko o Kulturze (TVP 2), który Nic nie Mówi, monotematyczny Weekendowy Magazyn Filmowy (TVP 1), prowokacyjny Kultura, głupcze (TVP 2) i wyluzowany Lubię to (TVP 1). Produkcje ciągnące się jak paciorki różańca bez szans na odkupienie swych win. Widocznie posiadanie TVP Kultura, której prawie nikt nie ogląda było za mało intensywnym doświadczeniem i władze telewizji publicznej postanowiły stworzyć pasmo, które zostanie zlekceważone kompletnie. I to udało się kapitalnie. Na kulturę ze szklanego ekranu można liczyć zawsze, mimo że na nic się nie przelicza.

Just do it

Trudno mi przemilczeć wydarzenia mające miejsce w polskich reklamach, bo i w tym przypadku zatrzęsła się ziemia. Istnieje zasada, że jeśli do reklamy zaangażuje się znanych i lubianych oraz  autorytety z pozycją można odpuścić sobie kreatywność i profesjonalizm. Absolutnie wszystko odpuścili sobie twórcy reklamówki herbaty Teekanne z  Adamem Małyszem w roli głównej. Ulubiony Polak wszystkich Polaków skoczył na głęboką wodę i nie ma co ukrywać nie zakończył tego telemarkiem w dobrym stylu. Niewykluczone, że po obejrzeniu takiej promocji miłośnicy herbaty uzależnią się od wypijania hektolitrów kawy. Sportowiec rozmawiający z gigantycznym imbrykiem rodem z Krainy Koszmarów to medialny Rów Mariański tego roku.  Dobrze, że przez całe życie Adam występował w kombinezonie i goglach, szkoda tylko, że zamienił to na obnażający listek herbaty.  Kolejną gwarancją wysokiej sprzedaży jest Jolanta Kwaśniewska zażywająca kilogramy suplementu Rutinacea. Dzięki temu Pani Prezydentowa może prowadzić intensywne życie zawodowe, bawić się z psem wielkości mamuta i damą być. Przydałaby się jej tylko lekcja stylu i wszystko byłoby pięknie. Ale i tak najważniejsze jest zdrowie, wyczucie i dobry smak w drugiej kolejności.

 

Obym za rok nie miała o czym pisać.

Tagi: Iga Gręda



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/miasto_inspiruje_i_przeszkadza/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator