G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Filmowy Wrocław oczami Roberta Gonery

Autor: Aleksandra Bajsert, dodano: 17-03-2010, 10:18

Nie o teatrze, lecz o Interscenario, renesansie Wytwórni Filmów Fabularnych i filmowym potencjale Wrocławia, udało nam się porozmawiać po premierze spektaklu na cześć Tadeusza Szymkowa („Antygona w Nowym Jorku”) z jego reżyserem, ponadto aktorem i producentem, Robertem Gonerą.

Robert Gonera

Aleksandra Bajsert: W ramach Interscenario organizowane są konkursy na najlepsze scenariusze. Czy zwycięstwo, oprócz nagrody pieniężnej i satysfakcji, owocuje zainteresowaniem producentów?

Robert Gonera: Scenarzyści, których nagrodziliśmy podczas dwóch edycji Interscenario, doskonale dają sobie radę i funkcjonują na rynku. Chcemy, żeby w przyszłości nagroda Interscenario stała się znakiem podobnym do tych, które przed filmem pojawiają się na forszpanie, a nagroda naszego festiwalu była dla scenarzystów, przed podjęciem realizacji, takim znakiem jakości, palemką. Ale do tego dochodzi się latami, w szczególności dlatego, że ten festiwal jest międzynarodowy. W skali polskiej – ci ludzie, którzy zdobyli nagrodę wcześniej, w zasadzie już zaczynają funkcjonować w mediach. To nie konkurs dla amatorów, więc nie jest to wprowadzenie do świata filmu czy do realizacji filmowej. Ważne jest to, że mamy bardzo dużo na uwadze i już wiemy mniej więcej, co aktualnie scenarzystom w duszy gra. Niektóre scenariusze w jakiś sposób próbujemy promować. Na razie to nieoficjalne, ale mamy zamysł, żeby wzmóc to pewną platformą, o której nie chcę na razie dużo opowiadać. To pomysł na przyszłość, żeby sprowokować trochę więcej kontaktów producentów ze scenarzystami; żeby skrócić tę drogę dotarcia. My nie zajmujemy się ich dalszą karierą. Chciałbym w późniejszym czasie wyznaczyć kierunek na jakość scenariusza, na jego oryginalność, na talenty scenopisarskie i na to będziemy szczególną uwagę zwracać. Myślę, że za tym dopiero przyjdzie zainteresowanie producentów i ewentualnych inwestorów.

Ciągle przybywa uczestników biorących udział w warsztatach, konkursie, fanów Interscenario.

Sądząc po naszych forach, które odwiedza ponad osiemset tysięcy ludzi – milion w tym roku, po festiwalu – ludzie zaczynają się wymieniać informacjami, co wskazywałoby na to, że pojawili się stali bywalcy. Liczba ta stale rośnie, w końcu poznajemy też uczestników podczas festiwalu. W ubiegłym roku było ich kilkanaście tysięcy, więc są i nowi. To bardzo fajne, że w dziedzinie, która w gruncie rzeczy jest taka nieefektowna, nie używa błysków fleszy, nie jest tak znana, tylu ludzi ma ochotę wejść w interakcję, w jakiś dialog z kolegami, z przyjaciółmi, ze znajomymi. Oczywiście, my to dyskretnie aranżujemy poprzez spotkania, wykłady, warsztaty z ludźmi, którzy wydają nam się godni uwagi.

We Wrocławiu powstało Interscenario, w Krakowie Krakowska Szkoła Scenariuszowa. Czy dzięki inicjatywie Interscenario jest możliwe, by kiedyś powstała tu szkoła, być może kursy dotyczące scenariuszy?

Myślę, że Wrocław troszkę zapomniał, że jest miastem filmowym. To było miasto, w którym w Wytwórni Filmów Fabularnych powstawało naprawdę mnóstwo filmów. Pracowały tu całe pokolenia ludzi, którzy parali się różnymi dziedzinami produkowania filmu. Sądzę, że kompozycja potencji filmowej Wrocławia, czy Dolnego Śląska w ogóle, nieprzebrane możliwości plenerowe, plus zastrzyk inwencji w postaci dobrych scenariuszy, na pewno w przyszłości zwróci uwagę twórców filmowych, którzy przyjadą i postanowią lokować tu swoje produkcje. Jednak to nie jest dla nas celem głównym. Dla nas celem głównym jest wspomaganie tego ruchu w dziedzinie scenopisarstwa, również w przyszłości, poprzez organizowanie poza festiwalem kursów, workshopów, które na świecie są najczęściej uznawaną formą uczenia pracy nad scenariuszem. Reaktywował się dzienny wydział scenariuszowy łódzkiej filmówki, istnieje wydział scenariuszowy w Warszawie. Zaraz po pierwszej edycji Interscenario powstał wydział scenariuszowy przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Śmiem twierdzić, że dobrze byłoby, żebyśmy nie próbowali uczyć scenopisarstwa – do czego chętnie byśmy się dołączyli i co byłoby cenną inicjatywą. Uważam, że dużo ważniejsze dla scenariusza jest kształtowanie go, script doctoring, poprawianie go. To jest proces, który czasami trwa bardzo długo. Najczęściej, jeżeli następuje, to mamy do czynienia z dobrym ostatecznym efektem. Na tym bym się skoncentrował. Mamy, oczywiście, pewne pomysły dotyczące przyszłości i tej dziedziny, natomiast za wcześnie jest, by o tym mówić.

Interscenario odbywa się we Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. W ubiegłym roku Wytwórnia obchodziła 55-lecie istnienia. Teraz organizowany jest w jej murach nowy projekt: Wrocławskie Studia Technologii Wizualnych. Jak Pan widzi jego przyszłość? Czy nie myślał Pan o tym, by w ramach powstania nowej szkoły nie spróbować zorganizować tam działu dotyczącego scenariuszy?

To jest projekt bardzo trudny do opowiedzenia. Dotyczy efektów wizualnych, które są dziedziną zapoczątkowaną przez Zbigniewa Rybczyńskiego. Mieliśmy jedno spotkanie u nas w biurze, było bardzo miło. Wraz z panem Robertem Gawłowskim, szefem WFF, na stałe współpracowaliśmy przy organizacji naszego festiwalu i w wielu innych dziedzinach, również przy organizowaniu 55-lecia Wytwórni Filmów Fabularnych. Efekty wizualne nie biorą się dla filmów bez scenariusza, one też będą potrzebne, by ożywić Wytwórnię i życie filmowe w tym mieście. W tej dziedzinie możemy okazać się pomocni. Jeśli wola współdziałania jest ze wszystkich stron, to absolutnie ta współpraca może przynieść bardzo ciekawe efekty i na nią liczymy.

Jeszcze przed trzecią edycją Interscenario, w imieniu fundacji „Zdolni, ale Leniwi” mówił Pan o Regule. Mógłby powiedzieć Pan pokrótce czym jest? Czy będzie realizowany jakiś film zgodny z jej założeniami?

Regula to przeciwieństwo technologicznych fajerwerków, które szykują się nam w Wytwórni. To taka dogma, którą nazwałem Regula, żeby podkreślić fakt, że jednak, póki co, regułą jest kręcenie filmów w sposób tradycyjny, na taśmie światłoczułej, tradycyjnymi kamerami i sprzętem, który w gruncie rzeczy w Wytwórni jest. To projekt, który angażowałby młodych twórców. Jest rykoszetem od myślenia Krzysztofa Kieślowskiego, który bardzo promował obecność młodych w Wytwórni we Wrocławiu. Polega na tym, żeby zebrać zespół ludzi, którzy w warunkach „vintage”, czyli technologii, o których już się dzisiaj nie mówi, a które dalej bardzo często funkcjonują, spróbować zrobić film tradycyjnymi metodami. Przede wszystkim, oprócz wspaniałych efektów filmowych, jeśli udałoby się to przeprowadzić, jest to dla uczestników niepowtarzalna okazja do pracy z osobami, które mają ogromną wiedzę z przeszłości. Projekt polega na tym, by niejako metodą osmozy oni przechwytywali te stare umiejętności. W dalszym ciągu na planach filmowych na całym świecie się tego uczy. Wobec tego warto o tym przypomnieć ludziom, którzy już zapominają, jak szybko kręci się taśma, jaka jest różnica między liczbą klatek kamery tradycyjnej, a dwudziestoma pięcioma klatkami w kamerze elektronicznej, i tak dalej. Chciałbym, żeby stworzyć warunki do takiej laboratoryjnej pracy nad projektami, które w inny sposób nie mogłyby być realizowane. To było wynurzenie na temat Podwodnego Wrocławia. Ja to bardzo skrzętnie kontynuuję, natomiast czas po Interscenario, czas końca roku, był dla nas bardzo intensywny ze względu na wnioski, na przygotowanie bazy pod tegoroczną edycję festiwalu, więc myślę, że to jeszcze wróci. Wiem, że przychylnie patrzy na ten projekt Robert Gawłowski z Wytwórni. Miejmy nadzieję, że to zaowocuje w przyszłości jakimś filmem. Mamy już pewną stawkę ludzi, którzy zdobywają laury „Zdolnych, ale Leniwych” w naszej fundacji i chciałbym, żeby oni zaczęli wspólnie pracować i żeby powstało coś na kształt zespołu filmowego, bo nikt nie wymyślił jeszcze lepszej formy powstawania, przygotowania filmu niż rozmowy w gronie mądrych, fantastycznych i przyjaznych ludzi.

Działająca przy Interscenario fundacja „Zdolni, ale Leniwi” wydała książkę na temat Wytwórni, z okazji jej 55-lecia. Czy wrocławska fabryka snów ma według Pana szansę odzyskać dawną świetność?

Mogę wyrazić jedynie nadzieję, że ta fabryka snów zamieni się po prostu w fabrykę filmów. Na całym świecie takie fabryczki istnieją i nawet w sytuacji mocno rynkowej, czy quasi rynkowej, jaka istnieje w filmie polskim, ta Wytwórnia, z jej możliwościami i zasięgiem, jest idealna i wystarczająca. To znaczy, zamiast myśleć o fabryce snów w typie Hollywood, to warto, żeby zamieniło się to w fabryczkę filmów, w której powstaje rocznie kilka projektów robionych przez bardzo interesujących twórców. Mamy bardzo bogate środowisko i potencjał. Wystarczy, żeby to zagospodarować, nawet na bazie sieci tych kin, które funkcjonują i promocyjnych biletów po dziewięć dziewięćdziesiąt. Rzucam to żartobliwie, bo z tym jest związany również bardzo poważny plan. Jest nas na Dolnym Śląsku, wraz z przyległościami, ponad pięć milionów mieszkańców. Są kinematografie w Danii, Alzacja ma swoją kinematografijkę. Tutaj sytuacja musi ulec zmianie. Gdzieś musi zapaść mądra decyzja o tym, że film staje się dziedziną kultury, mimo że ma miejsce głównie w multipleksach. W salach nie większych niż ten teatr odbywało się kino. Amerykanie mówią movie theater, to jest rodzaj teatru, który rejestruje się w jakichś tam warunkach i później można to wielokrotnie odtwarzać za bilet. Jest to bez wątpienia dziedzina rozrywki, której Wrocław powinien sobie życzyć i powinien szukać. W szczególności, jeśli chce zostać w przyszłości stolicą kultury.

 

Źródło zdjęcia: Fotonova/Świat Obrazu

Tagi: Interscenario Robert Gonera Wrocław film festiwal scenariusz



Skomentuj
reklama
http://www.roe.pl/

Utwór Tygodnia

Ramona Falls - Russia


Newsletter

partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu