Przemysław Wojcieszek najwyraźniej nie lubi tracić czasu. Choć jego najnowszy film "Made in Poland" dopiero co wszedł do kin, reżyser już zabiera się za następny – "Dziedzictwo". W międzyczasie odwiedza różne zakamarki Europy, by dzielić się z publicznością tajnikami swojej twórczości. Oto relacja z jego wizyty w Gdańsku, która miała miejsce 26. marca.

Impreza poświęcona Wojcieszkowi jest częścią projektu Kinematograf Polski, w ramach którego DKF „Miłość Blondynki” organizuje pokazy filmów wybranych polskich reżyserów. Przeglądom towarzyszą spotkania z gośćmi specjalnymi – dotychczas w ramach cyklu w Gdańsku gościli Andrzej Barański (maj 2010) i Krzysztof Zanussi (październik 2010). Tym razem „Miłość Blondynki” postanowiła oddać głos przedstawicielowi młodszego pokolenia rodzimych twórców filmowych. (Tutaj można znaleźć szczegółowy program i opis wydarzenia).
Wojcieszek przyleciał do Gdańska prosto z londyńskiego pokazu swojego filmu. Nie ukrywał, że cieszy go wizyta w Trójmieście i chętnie podzielił się ze słuchaczami rozmowy wrażeniami z podróży. Powiedział, że choć w Anglii było przyjemnie i ciepło – mam tu na myśli zarówno atmosferę wyjazdu, jak i pogodę – nie żal było mu wrócić do witającej go ośnieżonymi dachami domów Polski. Reżyser bez zbędnych epitetów wyjaśnia, że lubi Polskę, że to fajny kraj, który inspiruje go do tworzenia. Wojcieszek twierdzi, że w naszej rzeczywistości jest wciąż wiele niewykorzystanych tematów, które tylko czekają, aż jakiś filmowiec zabierze się za ich obróbkę. Podkreśla jednak, że rodzima kinematografia ma pewną słabość, do której z pełną świadomością powinniśmy się przyznawać. Chodzi o to, że nie jest ona medium wystarczająco gorącym, by podążać za ludźmi i śledzić wydarzenia dla nich istotne. Zamiast przedstawiać życie w mikroskali, polskie kino traktowane jest jako przekaz wieszczy, mówiący za dużo o Polsce, a za mało o Polakach. Wojcieszek, pełen nadziei na przyszłość, przypomina jednak, że dzięki młodym reżyserom nasze kino ewaluuje i z pewnością przyniesie pozytywne zmiany w przyszłości (oby jak najbliższej!).
Film Wojcieszka budzi skrajne emocje – jedni uważają go za wyraz słusznego punkowego „wkurwu” na merkantylną rzeczywistość, inni za bełkot pełen wulgaryzmów i zbyt licznych nawiązań do popkultury. Reżyser jednak zupełnie nie przejmuje się krytyką i dalej robi swoje. Omija wszelkie recenzje swoich filmów szerokim łukiem, a pytany o niepochlebne opinie dotyczące "Made in Poland", uśmiecha się i mówi, że nawet się z nich cieszy. Jego zdaniem film musi wywoływać skrajne emocje, bo tylko w taki sposób zostanie zauważony. Kino dla Wojcieszka to nie konkurs piękności – gdy mięsem trzeba rzucić, po prostu się to robi. W jego filmach nie ma zbędnej waty słowno-wizualnej, stanowią one esencję jednostkowego, autorskiego osądu polskich realiów. Wojcieszek traktuje swoją twórczość jak chirurgiczny skalpel, którym można rozciąć rzeczywistość. Chce docierać do jej wnętrzności, żeby zobaczyć, jaka jest naprawdę, pod ubraniem i makijażem, które jak na pokazach mody serwują widzom multipleksy.
Jak pokazuje przykład Wojcieszka, kino, które ma coś do powiedzenia, wcale nie musi być wysokobudżetowe. Reżyser wyznaje, że często łapie się za głowę, widząc filmy kolegów z branży – śmieje się, że za pieniądze, za które niektórzy z nich kręcą jeden film, on mógłby wyprodukować trzy. Nawiązując do spraw finansowych, opowiadał o swoim nowym projekcie "Dziedzictwo". „Całość zrobiona lustrzanką z Media Marktu, z obiektywami z Allegro, z czego żaden nie kosztował więcej niż trzy tysiące” – jak opisał go Wojcieszek.
Niespodzianką dla widzów ze strony reżysera była nieco ponad dwuminutowa projekcja trailera do "Dziedzictwa". Film zapowiada się obiecująco – jest to historia młodego chłopaka (w tej roli występuje Maciej Stuhr), który dowiaduje się, że jego dziadek tuż po wojnie zamordował żydowską rodzinę. Ciekawym elementem filmu są komentarze Aliny Cały z Żydowskiego Instytutu Historycznego. Sądzę, że Wojcieszek po raz kolejny wzbudzi dyskusje swoją produkcją, bo filmu poruszającego problem polskiego antysemityzmu w kinach chyba jeszcze nie było.
Trójmiejska publiczność okazała się być wyjątkowo zainteresowana twórczością Wojcieszka. Widzowie – wbrew obawom organizatorów – nie przynieśli Gdańskowi wstydu: przybyli tłumnie, jak nigdy dotąd. Okazuje się, że Wojcieszek jest reżyserem wartym uwagi, przyciągającym koneserów kina nie mniej skutecznie niż Barański czy Zanussi. I słusznie, bo być może – na co liczę – w najbliższym czasie czymś nas zaszokuje lub zaskoczy. Wiedziona pozytywnymi wrażeniami z minionego weekendu mogę sobie życzyć jednego: oby tak udanych imprez filmowych w Gdańsku odbywało się więcej.
Tagi: Marta Maciejewska relacja Made in Poland Miłość blondynki Przemysław Wojcieszek