Co robimy, kiedy się nudzimy? Palimy papierosy, czytamy książki, idziemy na piwo. Oglądamy filmy, spotykamy się z przyjaciółmi lub spotykamy się z przyjaciółmi aby pić piwo, palić papierosy i oglądać filmy. Niektórzy jednak, tak jak główny bohater powieści „Paryski ekspres” - mordują. A potem wertują gazety w nadziei, że najdzie się tam chociaż wzmianka o ich bestialskim czynie.

Kees Popinga, bo o nim mowa, nie zawsze był mordercą. Do czterdziestki prowadził ustatkowane życie. Szesnaście lat przepracował w tej samej firmie, alkoholem się brzydził a jedyną jego rozrywką były wtorkowe partyjki szachów w ekskluzywnym klubie, gdzie spotykała się lokalna śmietanka towarzyska. Jego idylliczny świat pozbawiony był wielkich wzruszeń i silnych emocji. Jak na ironię to właśnie stagnacja i nuda sprowadziły go na samo dno. Wszystko zaczęło się pewnego grudniowego wieczoru. Podczas spaceru Kees spotyka szefa. Ten wyjawia mu, że zamierza ogłosić upadłość firmy, upozorować samobójstwo i wyjechać za granicę. Na pożegnanie wręcza pracownikowi pięćset florenów – kwotę, jak na tamte czasy całkiem pokaźną. Wystarczająco dużo pieniędzy, by uciec za granicę i zacząć wszystko od nowa. Popinga korzysta z okazji i jedzie do hotelu, w którym mieszka urocza Pamela Makinsen, kochanka szefa. Gdy kobieta wyśmiewa jego zaloty, Kees ją morduje, po czym… ucieka do Paryża:
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Pamela wyśmiała mnie, kiedy powiedziałem jej o co chodzi. Tym gorzej dla niej! Nie mogłem przecież tak wyjść Teraz już na pewno zrozumiała. – zapisze potem w swoim notesie. Jego pamiętnik, może służyć czytelnikom, za doskonałe studium psychologiczne. Kolejne wpisy są odzwierciedleniem zmian, jakie zachodzą w umyśle szaleńca, pokazują jak szybko w Keesie dojrzewa myśl, że od zawsze był „zwyrodnialcem z Amsterdamu”. Tym bardziej, że autor popycha go do kolejnych zbrodni i wymyśla nowe intrygi. Jedną z nich jest niebezpieczna gra, jaką Popinga podejmuje z lokalnymi gazetami. Pisze do dziennikarzy otwarte listy w nadziei, że zostaną przedrukowane na pierwszej stronie:
Nie wiem co zrobię, ani też, czy zajdą jakieś kolejne wypadki, którymi musiałby zając się policja. Będzie to zależało od moich zachcianek – czytamy w jednym z nich. Desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi czy wycinanie przez Keesa artykułów na swój temat – to wszystko sprawia, że zaczynamy czuć litość wobec zakompleksionego mężczyzny. A przecież Popinga powinien wzbudzać raczej nasze zniesmaczenie! To chyba magia powieści psychologicznych, w których na warsztat brani są nie tylko bohaterowie ale też… my sami.
Warto też zwrócić uwagę na ciekawy opis stolicy Francji: jego klimat i przestępczy półświatek. Wraz z Poppingą odwiedzamy lokalne bary, podrzędne hotele i ciemne zaułki. Nadaje to powieści tajemniczego, wręcz onirycznego charakteru. Do tego oszczędny, szorstki styl Simenona sprawia, że „kryminalny” Paryż pociąga znacznie bardziej, niż jego romantyczna wersja.
Dopiero zalawszy się na zewnątrz, spostrzegł, że jest bardzo wcześnie, że miasto jest opustoszałe i posępne (…) a ponieważ na dokładkę było szaro, a ulice zamiatał lodowaty wiatr, można było wierzyć, że to Wszystkich Świętych, a nie Nowy Rok.
To wszystko jednak za mało, żeby dla książki zarwać noc. Z każdą kolejną stroną w fabule daje się wyczuć coraz bardziej wyraźny schematyzm, a portrety psychologiczne z czasem tracą swą świeżość i atrakcyjność. Zakończenie zdaje się być najbardziej oczywiste z możliwych… Czego może to być wynikiem? Może odpowiedzią na to jest fakt, że Georges Simenon napisał w sumie 450 powieści i opowiadań. Czy można stworzyć coś oryginalnego, coś porywającego, kiedy pisze się dwanaście powieści na rok? Kiedy pisarstwo zdaje się być jedynie receptą na … nudę? Jedno jest pewne – lepiej, by Simon pisał niż mordował.
Georges Simenon, Paryski ekspres, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.
Tagi: Georges Simon Paryski ekspres wydawnictwo W.A.B. recenzja powieść powieść psychologiczna Agnieszka Oszust