Ad Spectatores, specjaliści od przeganiania widowni po miejsko-industrialnych przestrzeniach, znów wychodzą do widza. A wychodząc wybiegają z ciemnych pomieszczeń, przeciskają się wąskimi przejściami, a czasem przysiadają na chwilę wśród surowych ścian. „Historia III” Macieja Masztalskiego dzieje się tuż przed nosem oglądającego w korytarzach Dworca Głównego.

Ideą wrocławskiej grupy artystycznej, tworzącej spektakle z pogranicza teatru i performance’u, jest zniesienie podziału na aktorów i widownię. Na początku najnowszej z trzech powstałych dotychczas części „Historii” nie ma więc nawet samych aktorów. Troje twórców pojawia się w funkcji przewodników po nieoswojonej przestrzeni podziemi, którą drepczą za nimi pokorni widzowie. Na swej drodze napotykają wpierw nową odsłonę „Nocy Walpurgii”, wyświetlaną na ekranie i świetną, bo komicznie parafrazującą konwencję kina niemego.
Ale to nie to. Bo w przeciwieństwie do płaskiego płótna, przewodnicy proponują przeżycie historii tworzącej się na naszych oczach. I, jakby na zawołanie, tworzą ją. W kolejnych pomieszczeniach młoda ekipa – Elżbieta Romanowska, Włodzimierz Chomiak, Bartłomiej Firlet i Piotr Zakrzewski – odgrywa scenki niemal kabaretowe, jak ta, w której przesłuchanie gestapo zakłóca namiętny recytator Szekspira z sąsiedniego pomieszczenia. Niczym w brytyjskim skeczu, panowie zamieniają się więc widownią („ta twoja to każde gówno przełknie!”). I ostatecznie, to o widownię właśnie cała sprawa się rozchodzi...
Że teatr chce czasem fizycznie dotknąć widza, wiadomo – wiadomo też, że im bliżej sięga ku widzowi aktorskie łapsko, tym bardziej ów dwoi się i troi, by dotknięcia uniknąć i nie musieć odpowiadać na kłopotliwe zaczepki. Nie chcemy być wywoływani do tablicy, lecz chłonąć theatrum z bezpiecznej odległości. U Spectatorsów nie ma ostrożnego racjonowania odległości, istnieją bowiem jedynie odległości niebezpiecznie bliskie. Aktorzy-przewodnicy stoją tuż obok, górniczymi światełkami na czołach świecąc w zdziwione twarze, a sposób kontrolowania przez nich przestrzeni wokół siebie oznacza tylko jedno: interakcja jest nieunikniona. Służą jej przyciasne wnętrza, skąpo rozświetlane egipskie ciemności, wiraże i nierówności terenu znane tylko aktorom oraz wylewny ton tych ostatnich, którzy mimochodem jakby odgrywając epizody, przyjmują na siebie rolę snujących się tam i siam bardów; wszystkowiedzących duchów ponurych wnętrz. To gawędziarze z jednej strony dobroduszni („proszę iść za światełkiem!”, jak do dzieciarni w muzealnych kapciach zwraca się Firlet), lecz z drugiej – dostojni i niedostępni, bo przecież – zdawałoby się – tylko oni posiedli tajemnicę wydarzeń skrywanych przez mury; i to oni właśnie, jak iluzjoniści pokazujący sztuczkę spragnionej gawiedzi, łaskawie decydują się uchylić jej rąbka.
A spektakl to naprawdę jedynie rąbki i wycinki, pozostawiające nas z przyjemnym niedosytem galopującego absurdu. Każda odsłona to całość dopracowana, a jednocześnie nosząca w sobie znamię młodego, aktorskiego luzu i spontaniczności, które tak ujmują w oglądaniu Spectatorsów. Bo choćbyśmy wzdrygali się na myśl o byciu wciągniętym w interakcję (a po wystawionym we wrocławskim Współczesnym „Akropolis” jest się zdecydowanie przed czym wzdragać...), w końcu chuchniemy w twarz strażakowi węszącemu za „palaczami papierosków”. Albo i roześmiejemy się. Przestrzeń nieteatralna, choć ciemna i ponura, jest jednak kameralna – tak jak i grupa widzów uczestniczących w „Historii”. A nawet „Historię” tworzących, bo brak dystansu także i ośmiela, co skutkuje nieprzepartą chęcią zaistnienia na zgotowanej nam przez dworzec scenie. Choćby i słówkiem, choćby i niewinnym żarcikiem pod wpływem chwili, spontanicznym rzekomo, ale kryjącym pragnienie spoufalenia się z aktorem i kilkusekundowego choćby gwiazdorstwa.
Teatr Ad Spectatores ogląda się zatem też jak studium ludzkich zachowań w ciemnych pomieszczeniach. Ale przede wszystkim jako teatr. W osobistym tykaniu widza jest pora na tradycyjnie teatralny oddech, gdy kameralna grupka widzów (nie większa niż trzydzieści osób) przysiada na ławkach kolejnego z pomieszczeń; szalona wycieczka zatrzymuje się i, mimo wszystko, staje się widownią obserwującą teatralne dzianie się. To oddech od śmiechu urywany, ale zbawienny, bo dzięki niemu nie tylko postać niezmordowanego inwigilującego strażaka i absurdalne poczucie humoru spajają rewię błyskotliwych skeczy, jaką jest „Historia III”. Pozdrawiając Majora Kosibę, czekamy na czwórkę.
źródło zdjęcia www.adspectatores.art.pl
Tagi: historia III maciej masztalski ad spectatores Elżbieta Romanowska Włodzimierz Chomiak Bartłomiej Firlet Piotr Zakrzewski