Dzień drugi, w którym odkrywamy uroki polarnego wiatru, i bezchmurnego nieba. A także fakt, że z całym zespołem Bodi Bill spędziliśmy prawie cztery godziny w samolocie. Korespondencji ciąg dalszy.

W czwartkowy wieczór Iceland Airwaves rozkręca się na dobre. Coraz więcej scen, z czego jedna w Muzeum Sztuki jest naprawdę ogromna (choć moje spojrzenie na odległości i wielkość budynków tutaj jest już lekko spaczone). Coraz więcej zespołów, kilka spontanicznych wystepów ulicznych grajków oraz zaskakująco mniejszy tłok na koncertach - choć może dający się wytłumaczyć większą możliwością wyboru. A może wszyscy szykują się na piątek i sobotę? O tym przekonamy się dzisiaj...
Na pierwszy koncert wieczoru wybrałam się do Listasafn Reykjavíkur (Muzeum Sztuki). Zaskakująco duża przestrzeń, prawie pusto, mimo że pojawiłam się już po pierwszym koncercie tego wieczoru. Jednak już na samym występie lokalnej gwiazdy frekwencja była całkiem przyzwoita.
Powstały w 2004 roku zespół ma za sobą już dwie płyty i osiągnął sporą popularność w kraju. Po kilku występach w Anglii w 2005 roku nie zdobyli jednak międzynarodowej sławy. Początkowo bardzo kojarzyli mi się ze Snow Patrol - rockowe granie, budujący napięcie, wyraźny rytm oraz podniosły, prawie orkiestrowy nastrój utworów. Z czasem podniosły nastrój przejął kontrolę i zaczęli dryfować w stronę wczesnego Muse - coraz bardziej operowo, choć wciąż rockowo. Wszystko to już było, ale warto o nich pamiętać, choćby przez naprawdę niezłych wokalistów.
Mając w planach odwiedzenie tym razem więcej niż dwóch klubów ewakuowałam się do Hressó. Mimo że znajduje się w ścisłym centrum, przy głównej ulicy, nie było łatwo go znaleźć - nie każdy wpadnie na to, że Hressó to skrót od Hressingarskálinn. Ale niech będzie. Koncerty odbywały się w namiocie tuż za klubem. Miejsca sporo, ludzi niezbyt wiele. Zespoły zapowiadane jako "znane i popularne na Islandii" nie przyciągnęły zbyt wielu osób.
Toggi miał wystąpić z zespołem, a wystąpił sam. No cóż. Brodacz z gitarą nie wyglądał przekonująco, ale okazał się naprawdę ciekawym artystą. Proste melodie, proste słowa, ładne i przyjemne - akustyczne ballady na wysokim poziomie. Idealny dla fanów Chrisa Martina z Coldplay, choć ten na pewno nie wypowiedziałby nawet tytułu wyśpiewanego przez Toggiego z całą publicznością hitu Pálliego Óskara - "Þú komst við hjartað í mér".
Porażka wieczoru, choć może zraziłam się zbyt szybko. Ale kto w 2009 roku śpiewa jeszcze "Oh my darling Clementine"? Nie wierzyłam własnym uszom. Miejscowi potwierdzają, że Hraun gwiazdą jest, ale przyciśnięci przyznają, że sami ich nie słuchają. Uciekłam i nie żałuję.
Ucieczka przed Hraunem była jedną z najlepszych decyzji dotychczas. Długo się nie zastanawiając ruszyłam do Fríkirkjan, maleńkiego kościoła tuż nad Tjörnin, wielkim stawem w centrum miasta. Kolejny raz oszukała mnie mapa - muszę zapamiętać, że najdłuższy dystans do pokonania między jedną sceną a drugą nie zajmuje więcej niż 10 minut. Pojawiłam się więc zdecydowanie za wcześnie - i tu także miałam szczęście. Udało mi się wejść do środka jeszcze przed zamknięciem głównych drzwi kościoła, dzięki czemu nie tylko nie martwiłam się, czy uda mi się zobaczyć koncert, ale także posiedziałam parę minut w cieple.
Hjaltalín występuje w ramach festwalu dwa razy, ale tylko raz właśnie w kościele w towarzystwie orkiestry kameralnej. To był niesamowity występ, choć przyznam że muzycy Hjaltalín jakoś zniknęli wśród skrzypków i wiolonczelistów. Dwoje wokalistów wspinało się na szczyty swoich możliwości, a słodka i urocza zazwyczaj muzyka zespołu nabrała nowego wymiaru. To już nie był zwykły pop zabarwiony radosnym folkiem, z wszystkimi jego elfami i trollami. Miałam wrażenie, że słucham ścieżki dźwiękowej ze starego musicalu Disneya - potęgowane jeszcze w momentach, w których wokalistka i wokalista śpiewali na zmianę, prowadząc swoisty dialog. Fantastyczne doświadczenie. Mam nadzieję, że zespół nagra płytę z tymi właśnie aranżacjami, to zdecydowanie wyniosłoby muzykę pop na nowy poziom.
Po kilku bisach pobiegłam na ostatni koncert wieczoru, do NASA. Trochę zmartwił mnie brak tłumów przed wejściem, ale - wszyscy byli już w środku. Na scenie szaleli już berlińczycy z Bodi Bill.
Przypadek Bodi Bill każe mi być bardzo nieufną wobec oficjalnych opisów artystów. To, że w zespole panowie głównie stoją za laptopami usprawiedliwia nazywanie ich muzyki electroniką, ale sam fakt, że raz na jakiś czas używają skrzypiec nie wystarczy do dodawania przedrostka "folk-"! Zupełne, a do tego bardzo pozytywne zaskoczenie. Fantastyczny zespół. Mnóstwo energii, mnóstwo dystansu do tego, co robią (jak inaczej można wytłumaczyć zagranie coveru "Nothing Compares 2U" Sinead O'Connor?). Fantastyczne, minimalistyczne wizualizacje, idealnie zgrana kombinacja gitary, skrzypiec i elektroniki, a do tego fantastyczny wokal. Nazywanie ich utworów podobnymi do solowych dononań Thoma Yorka ma może sens, ale jest zupełnie nie na miejscu. Bodi Bill jest klasą samą w sobie. Polecam!
Dziś piątek - dzień gwiazdorski. Micachu and The Shapes, Kings Of Convenience - na te koncerty się nie wybieram. O wiele bardziej kusi mnie "Bedroom Community Evening" z występami kanadyjczyka Tima Heckera, amerykanina Nico Muhly'ego oraz islandczyka, Bena Frosta. A na deser w końcu coś post-rockowego! - Úlpa. Jak to się wszystko skończy? Dowiecie się jutro.
Tagi: relacja festiwal Iceland Airwaves 2009,