Dzień piąty, czyli Grand Finale, w którym nie możemy odżałować sobotniego koncertu For a Minor Reflection (ponoć szałowy) oraz wypatrujemy wszelkich informacji na temat występu niespodzianki w Sodoma (i znajdujemy je szybciutko u znajomego bloggera). Krótka relacja z krótkiego dnia ostatniego.

Koniec festiwalu to zawsze smutny moment. Do tego w niedzielę koncerty odbywały się w dwóch zaledwie klubach, więc i wybór niewielki. Zarówno w NASA jak i w Sódóma koncerty były wyjątkowo zgodne ze standardowym profilem klubu - w NASA królowało techno i muzyka taneczna, w Sódóma - gitarowe granie. Zaczęłam od Sódóma.
Proste, bluesowe granie z lekką nutką country. Grupka długowłosych blondynów i wyróżniający się na tym przybladym, westernowym tle wokalista, niegdysiejszy członek GusGus. Ten ostatni fakt jest mocno zastanawiający, bo gitarowe granie Esji nie ma kompletnie nic wspólnego z elektroniką GusGus. I nie, nie wyglądają tak fatalnie jak na załączonym wideo, ale moja niechęć do country nie pozwala mi się nimi nazachwycać. Ot jeden z milionów takich zespołów. Chociaż - country na Islandii brzmi absurdalnie.
Aby uniknąć powtórki z soboty, czyli bezowocnego czekania, do NASA uderzyłam półtorej godziny przed koncertem GusGus. Dzięki temu usłyszałam Oculusa, DJ-a, oraz niemiecki duet Wareika specjalizujący się w house i minimalu. Nie chcąc robić z siebie idiotki nie napiszę o nich, bo się nie znam. A muzycznie było tak:
Wyczekiwani zarówno przez szarych słuchaczy, jak i przez występujące na festiwalu gwiazdy - wystarczyło poczytać Twittera choćby kilku islandzkich zespołów - zawiedli mnie okrutnie. Wiedziałam, że to niezupełnie mój klimat, ale raz - niespodzianki się zdarzają, dwa - przesłuchałam tego dnia ich najświeższą płytę i nie była taka znowu zła... Piętnaście minut stania z coraz bardziej rozczarowanym wyrazem twarzy wśród rozbawionych ludzi było męką. Umc, umc, umc, dance with me baby. Albo coś ze mną nie tak, albo to było bardzo słabe - dużo lepiej zrobiłby to Blixa Bargeld śpiewając "Cosmic baby, do you wanna dance?"
Ucieczka po raz kolejny.
Kalifornijski zespół nie był przeze mnie szczególnie wyczekiwany - widziałam ich już na tegorocznym OFFie - ale zagrali naprawdę świetny koncert. Już po pierwszych blogowo-twitterowych dociekaniach któż to gwiazdą wieczoru będzie wybór okrojono do dwóch - FM Belfast i Crystal Antlers. Na maleńkiej scenie w Sódóma zespół ledwo się mieścił, jednemu z gitarzystów poważnie nawalał odsłuch, a jakby tego było mało - basista wciąż trącał go gitarą. Plusem była niewielka ilość osób na sali, rodzinna wręcz atmosfera, pogadanki z zespołem i odśpiewanie po islandzku "Sto lat" dziewczynce zza klawiszy. Mimo garstki publiczności zagrali dziko i energetycznie. Dużo lepsza propozycja finałowa niż nieszczęsne GusGus...
I to był już naprawdę ostatni występ festiwalu. W niedzielną noc ulice Reykjaviku są puste, nie ma już charakterystycznych dla trzeciej nad ranem w sobotę korków na głównej ulicy. Wszyscy gdzieś się rozmyli, a w poniedziałek trzeba było wracać do domu.
A kolejne Iceland Airwaves - już za rok...
Tagi: relacja festiwal Iceland Airwaves 2009,