Dzień pierwszy, w którym poznajemy uroki nagłych zawirowań pogodowych, śpiewamy z wokalistą zespołu Reykjavík! oraz chowamy się przed nieco zbyt zamroczonymi współkoncertowiczami na scenie elektronicznej.Korespondencję z końca świata czas zacząć!

Iceland Airwaves to festiwal... co najmniej nietypowy. Niby niewielki i na końcu świata, a już pierwszego dnia w pięciu klubach wystąpiło 37 zespołów. Nie liczę nawet występów pozafestiwalowych, które są kolejnym ewenementem. W całym mieście co dzień są darmowe koncerty nie tylko lokalnych gwiazdek, ale także i gwiazd festiwalowych. Nierzadko zdarza się, że jednego dnia zespół występuje dwa razy - raz za darmo w niewielkiej kafejce, drugi raz już w ramach festiwalu, w klubie niewiele większym.
Odwiecznym problemem festiwali jest nadmiar szczęścia. Lawirowanie pomiędzy scenami, bieganie od jednego klubu do drugiego i wystawanie w gigantycznych kolejkach potrafią zniechęcić najbardziej wytrwałych. Dodajmy do tego niesprzyjającą aurę - teraz łatwo zrozumieć, dlaczego często zdarza się utknąć na jednej scenie przez cały wieczór. Ma to też swoje uroki - zamiast słuchać znanych już sobie zespołów, poznajemy nowe wybryki świata muzycznego. I o to chyba w Iceland Airwaves chodzi.
Ilość lokalnych zespołów przyprawia o zawrót głowy. Kusi mnie, by policzyć wszystkich muzyków tego kraju i dowiedzieć się, ilu przypada na głowę szarego mieszkańca. Liczby mogą być szokujące. Ponadto, większość zespołów prezentuje naprawdę niezły poziom - nie trzy akordy i darcie mordy, ale przemyślana kreacja sceniczna, za którą często idzie co najmniej poprawne granie.
Pierwszy wieczór festiwalu spędziłam w klubie NASA. Ponoć największy klub muzyczny w stolicy (a co za tym idzie - pewnie i w kraju), co każe mi obawiać się o pojemność pozostałych klubów. Klimat powiatowego Domu Kultury udziela się i publiczności, która radośnie rozlewa piwo po podłodze i śpiewa razem z artystami, i zespołom, które zagadują w jednym z najpiękniejszych i najmniej zrozumiałych języków Europy, czasem dodając tylko: "Do tych z Was, którzy nie mówią po islandzku - wszystko, co mówimy, umieścimy na naszej stronie internetowej".
Wieczór w NASA był bardzo około-punkowy. Ale po kolei.
Widziałam tylko jeden utwór. Zadziorny rock, dużo krzyku. Basista wystylizowany na wczesnego hippisa wyglądał na lekko odklejonego od rzeczywistości. Granie ok, ale nie dla mnie.
Trzech panów poruszających się w trudnym do określenia gatunku. Za agresywni na pop, po punkowemu zbyt brudni na metal, a zbyt popowi na punk. Charakterystyczny element występu - znajoma gitarzysty wskakująca na scenę i uroczo wrzeszcząca razem z zespołem.
Lokalna gwiazda, a także rozpoznawany poza granicami Islandii zespół. Niejednorodny stylistycznie, raczej krzyczany niż śpiewany, z wycieczkami w stronę ska. Fantastyczny show, bardzo żywa reakcja publiczności - trochę głupio czułam się nie znając tekstów, miałam wrażenie, że z Kristjanem śpiewa cała sala. Co było później pewnym problemem - wokalista co rusz wskakiwał w publiczność i podtykał wszystkim mikrofon. Muszę zapamiętać, żeby chowając się w tłumie nie wyglądać na chowającą się, nieśmiałą dziewczynkę. Na szczęście do śpiewania "para para" nie trzeba znać islandzkiego, a uścisk frontmana to całkiem miła sprawa.
Dobrze, że to daleko od domu, nikt mnie nie widział...
Szwedzki Justin Timberlake, a może raczej Justin Hawkins (The Darkness) muzyki disco? Bardzo porządna muzyka taneczna, choć zupelnie nie moja. Wokalista zachwycał głosem, śpiewając głównie oszałamiającym falsetem. Do tego kobieta-guma w jednoosobowym chórku i mamy gwiazdę wieczoru. Brzmieli trochę jak MGMT, a trochę jak zremiksowany przez ATB George Michael. Brakowało tylko cekinów i dymów, ale koniec końców - dobrze, że żywe instrumenty wracają do muzyki tanecznej.
Islandzki zespół z kanadyjskim wokalistą - co tłumaczy brak uroczego islandzkiego akcentu. Po występie Juvelen radość dla mych uszu. Fantastyczne teksty, proste, rockowe granie, przywołujące skojarzenia z Frightened Rabbit. Występują już od 2003 roku i wydają właśnie czwartą płytę - może czas najwyższy zaprosić ich do Polski?
Zamiast zaczekać na ostatni koncert w NASA (Sudden Weather Change), wyruszyłam do pobliskiego Jacobsen na scenę Weirdcore, która jak się okazało z weirdcore nie miała zbyt wiele wspólnego. Zapowiadany jako gwiazda eksperymentalnej sceny elektronicznej na Islandii Biogen grał przyjemną, taneczną elektronikę bez większych odjazdów. Większy odjazd miała za sobą spora część publiczności zataczająca się lekko i grożąca zwróceniem całego wypitego alkoholu w ciągu najbliższych minut. Potupałam nóżką, pokręciłam się i uciekłam.
Dziś zapowiada się dużo dłuższa uczta muzyczna. Środa była tylko rozgrzewką przed kolejnymi dniami festiwalu. W planach - występujący poza oficjalnym rozkładem Nico Muhly, taneczno-folktroniczny (uwielbiam tę nazwę!) Bodi Bill oraz poważny dylemat - czy popowy wieczór z duńczykami z When The Saints Go Machine oraz Choir of Young Believers, czy kameralny koncert islandzkiego Hjaltalín z orkiestrą.
Niezależnie od tego, jak problem zostanie rozwiązany - relacji spodziewajcie się jutro.
Tagi: relacja festiwal Iceland Airwaves 2009,