Dzień trzeci, w którym jemy hot dogi wychwalane przez Makłowicza (bo jest zdecydowanie większym autorytetem kulinarnym niż Bill Cinton) oraz odkrywamy uroki muzyki klasycznej. Korespondencja, wciąż.

To był najlepszy do tej pory dzień festiwalu. Spędziłam go głównie w Iðnó, bardzo przytulnej sali koncertowej położonej w cudnownym miejcu - tuż nad Tjörnin. Cały wieczór zdominowała lokalna wytwórnia Bedroom Community, specjalizująca się w lekko depresyjnych i na pewno awangardowych brzmieniach.
Pierwszy występ który zobaczyłam był magiczny. Kompozytor i dyrygent zarazem, Daníel Bjarnason, właśnie wydaje swoją pierwszą płytę. Wystąpił wraz z orkiestrą, w której gościnnie udzielał się amerykański pianista, Nico Muhly. Współczesna muzyka klasyczna na najwyższym poziomie. Bardzo minimalistyczna i intymna, poruszająca do głębi. Niestety, żadne nagranie nie jest udostępnione w internecie - jeszcze. Dzięki Daníelowi kupiłam pierwszą w życiu płytę z muzyką klasyczną i czuję, że będę słuchać jej bardzo często.

Kanadyjczyk jest bez cienia wątpliwości gwiazdą muzyki elektronicznej. Występujący swego czasu pod pseudonimem Jetone zafundował nam godzinę elektryzujących dźwięków. Część publiczności położyła się na podłodze, część siedziała z zamkniętymi oczyma. Potężne, wielowarstwowe utwory wprawiały mnie w uczucie, które trudno opisać. Część dźwięków kojarzyła mi się z szumem silników samolotu, część po prostu zalewała moją świadomość ze wszystkich stron. Do tego podłoga dudniąca od intensywnych basów. Fantastyczny występ, bardzo skromny, utalentowany artysta. Posłuchajcie koniecznie.
Nico Muhly jest po prostu uroczy. Bardzo szybko nawiązuje kontakt z publicznością, co umila nam przedłużającą się przerwę techniczną. Krótki, ale intensywny występ - kilka utworów fortepianowych z jego ostatniej płyty, a na koniec fantastyczna kompozycja, którą stworzył dla jednego ze swoich przyjaciół. Na scenie pojawił się producent Valgeir Sigurðsson oraz puzonista i wokalista Helgi Hrafn Jónsson. To był jeden z bardziej przejmujących utworów, które dane było mi słyszeć. Głos Helgiego i fantastyczna gra Nico ubarwiona syntezatorowymi przeszkadzajkami Valgeira stworzyły szokującą mieszankę. Helgi śpiewał niesamowicie przejęty, jego głos zmieniał się kilkakrotnie w trakcie utworu. Oniemiałam.
Helgi Hrafn Jónsson, bo warto:
Islandzka, choć nie do końca (Ben Frost jest w końcu Australijczykiem) gwiazda wieczoru. Zazwyczaj jego występy na Islandii to orgia dźwięków - korzystając z tego, że jest wśród przyjaciół, zaprasza ich do udziału w swoim show. Tym razem wystąpił sam. Choć poruszający się w klimatach podobnych do tych zaserwowanych przez Tima Heckera, wygonił mnie z klubu. Jego ekspresyjny sposób grania wywołał u mnie skojarzenia z zespołem występującym w tym roku w ramach Asymmetry Festiwal w Firleju, Destructo Swarmbots (relacja - tutaj). Było jednak za głośno, zbyt intensywnie, za agresywnie. Występujący boso Ben Frost emanował pewnością siebie i profesjonalizmem, jednak - coś było nie tak. Choć gwiazdą i Muzykiem jest.
Uciekając przed Benem Frostem i jego scenicznym Ego trafiłam do Grand Rokk, naprawdę niewielkiego klubu, w którym trwał jeszcze występ Foreign Monkeys. Napisać o tym zespole, że jest młodzieżowy i rockowy będzie wystarczającym zeznaniem. Raczej nie warto.
Bardzo cieszyłam się na koncert Úlpa i niezrażona opowieściami o tym, jak to druga płyta jest fatalna, czekałam na koncert. Fatalna może nie, ale chłopcy zdecydowanie odpłynęli z szerokich wód post-rocka na płycizny przeciętności. Krótki występ, dwa hity i już. Trochę szkoda pokładanych w nich nadziei.
Dziś w planach - Ólafur Arnalds, który mam nadzieję również zaprosi swoich przyjaciół na scenę, Hjaltalín tym razem z lokalną gwiazdą popu, Pállim Óskarem, FM Belfast oraz duński DJ Trentemøller. A jak było na pewno - przekonacie się jutro.
Tagi: relacja festiwal Iceland Airwaves 2009,