Czuję, jak Jón Þór Birgisson zmusza mnie do ponownego przesłuchania dokonań Sigur Rós i proponuje zakochanie się w nich, chociaż od wielu lat systematycznie się temu sprzeciwiam. Tym razem wytoczył bardzo ciężkie działo - swój najnowszy solowy album "Go". A, na moje (nie)szczęście, tej płycie nie da się oprzeć.

Jónsi porzucił bardzo melodyjny, ale kompletnie niezrozumiały język i zaczął śpiewać po angielsku. W większości. Cała płyta zdaje się być przepełniona optymizmem, a jednocześnie, paradoksalnie, pozostaje w pewnym stopniu melancholijna. Granice pomiędzy emocjami bardzo szybko się zacierają, łatwo się zapętlić i już nie wiadomo, czy banalnie szczere teksty Jónsiego mają nas pocieszyć czy wzruszyć. To jeśli chodzi o odbiorców płyty, bo mówiąc o Jónsim, słychać w jego utworach tak wielką radość (tworzenia? życia?), że "Go", nawet tymi bardziej nostalgicznymi momentami, naprawdę jest w stanie poprawić humor, dodać otuchy.
To przede wszystkim zasługa głosu Jónsiego, który jest najważniejszą składową albumu. Nie jest to rozedrgany, dramatyczny falset Hegarty'ego Nie jest ani manieryczny, ani męczący - a niekiedy takie wrażenie pozostawiał po sobie przy okazji wydawnictw Sigur Rós. Najczęściej jest gładki, delikatny, momentami dziewczęcy, czasem jednak brzmi wybuchowo, ekstatycznie. Jónsi głosem maluje fantastyczne pejzaże w wyobraźni, tworzy niesamowite muzyczne przestrzenie.
Spora w tym zasługa Nico Muhly'ego, który na "Go" odpowiadał za aranżację (wcześniej współpracował m.in. z Björk i Hegartym). To on ponoć namówł Jónsiego do porzucenia akustycznego projektu i stworzenia czegoś z większym rozmachem. Dlatego na albumie słyszymy np. chór lub orkiestrę. Nie są to rozbudowane kompozycje oparte na ośmiominutowych, flegmatycznych crescendach. Na "Go" mamy wyższy poziom - są one skondensowane do 3-4 minut, nie przyćmiewają wokalu Jóna. Wręcz przeciwnie - eksponują go, wysuwają na pierwszy plan.
Piękne, radosne krajobrazy przygotował dla nas Islandczyk. "Go" to płyta składająca się z trzech rzeczy: głosu Jónsiego, jego tekstów i aranżacji Nico Muhly'ego. Każdą z nich można wyodrębnić i zaprezentować słuchaczom osobno. W całości jednak doskonale się uzupełniają. Tym bardziej cieszy mnie, iż zapowiedziano dwa koncerty Jónsiego w ramach krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum. Jestem przekonany, że wrześniowe widowisko jakie zaserwuje Jón będzie równie malownicze, co jego solowy album.
Jónsi - "Go", 5 kwietnia 2010, Parlophone
Tagi: recenzja płyta 2010 nowości płytowe Jónsi Jón Þór Birgisson Go Sigur Rós Nico Muhly Parlophone Wojciech Pleskacz