Międzyrodzajowa i międzygatunkowa podróż na pograniczu faktu i fikcji, w której narracja przenika się z dramatem scenicznym, a prawda gęsto przetykana jest fałszywymi tonami. Niejednoznacznie odpychający i ujmujący Kosiński. Jednoznacznie doskonała książka. Czyli parę słów o „Good night, Dżerzi” Głowackiego.

Ta biografia artystyczna jest studium nieprawdy, w której dociekliwy czytelnik może prawdę odnaleźć. Zresztą im dalej od prawdy, tym bliżej Dżerziego.
Jerzy Kosiński to doskonały case study dla studentów psychologii – osobowość dwubiegunowa, mania prześladowcza i obsesje seksualne, czyli przegląd patologii duszy skondensowany w jednej osobie.
Konfabulant i mitoman, po wydaniu „Malowanego ptaka” sprytnie zmanipulował krytyków, tak że Ci dostrzegli w nim połączenie Becketta, Geneta, Kafki i Dostojewskiego. Okrzyknęli świadkiem Holocaustu, którym sam się mianował. I zagwarantowali międzynarodową sławę, której literackie podłoże jest mało stabilne. Kto sięgnął po więcej pozycji niż „Malowany ptak” (który jeszcze pozostawia margines niepewności), z czystym sumieniem orzec może, że mitomania Kosińskiego idzie ręka w rękę z grafomanią. Napędzana wspomnianymi wcześniej zaburzeniami psychicznymi i seksualnymi. Inne książki zdają się być wytworem chorej wyobraźni - w „Krokach” stąpa po grząskim gruncie erotycznej prowokacji, przez którą z trudem trudno przebrnąć nie otrząsając się z lepkiego obrzydzenia.
Kosiński kłamstwo zaprogramowane miał od dzieciństwa. Wgrane wraz z nową metryką, którą ojciec przyniósł by nazwisko Józio Lewinkopf przykryć polskim Jerzym K. i ocalić mu życie w trakcie wojny. Dżerzi był zachwycający. Piekielnie brzydki i piękny, dziko chciwy i absolutnie bezinteresowny, bardzo sprytny i okropnie głupi. Ciągle coś albo kogoś udawał albo grał, miał wielki talent aktorski. Nie mówię o tej roli u Warrena Beatty’ego w „Czerwonych”, ale w życiu…
"Good night, Dżerzi" ma kilku równorzędnych bohaterów. Obok Kosińskiego, jest nim sam Głowacki, który pisząc o Dżerzim opowiada o sobie, wszak również podjął ton i zasady gry narzucone przez Nowy Jork. Są nim kobiety jego życia, które omotywał, upadlał i wysysał z nich soki, by wlać je w swoją prozę. Szczególnie Masza, której postać nakreślona jest w każdym szczególe – kolejna słowiańska, zagubiona dusza, wokół której rozgrywa się znaczna część książki. I wreszcie New York, New York! Ze swoimi plugawym artystowskim światkiem, który perwersją i kłamstwem się karmi i tętni. Ten obraz Ameryki, jest również świetnie skrojony. Przygarnia ona wszystkich z naiwnością, czając się jednak na potknięcie, które chciwie wykorzystuje i upokarza leżącego, choćby ten spadł z wysokiego piedestału.
Początkowo przeskoki międzygatunkowe i międzywątkowe wprowadzają pewien chaos, po to by z każdą stroną, coraz sensowniej ułożyć się w opowieść, która z wirtuozerią oddaje charakter Kosińskiego. Który lawirował, wikłał się we własne kłamstwa, ulegał demonom przeszłości, jednocześnie szefując amerykańskiemu PEN Clubowi, wykładając na Yale University, a swoim czarem uwodząc kobiety, krytyków i nowojorskich celebrities. Głowacki nie rozwiewa wątpliwości i kontrowersji, jakie narosły wokół Kosińskiego. Nie temu jednak służy „Good night, Dżerzi”. Jest na przeciwległym biegunie od faktograficznego zapisu życia Kosińskiego. Głowacki pokazuje go jako człowieka demonicznie fascynującego i niejednoznacznego, który ze swojego życia uczynił grę. Gubiąc się po drodze w jej regułach i doprowadzając ją do tragicznego finału. Sam Głowacki ją podejmuje, w miejscu, w którym została urwana, z właściwą sobie dozą sarkazmu i wyrachowaniem.
Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Świat Książki, Warszawa 2010.
Tagi: Janusz Głowacki Good night Dżerzi Świat Książki powieść recenzja Majka Zabokrzycka