Elizabeth Kostova w 2005 roku szturmem wdarła się na szczyty list bestsellerów. Udało jej się to za sprawą „Historyka” – powieści, która łączyła w sobie elementy thrillera, kryminału i wątki wampiryczne. Akurat wówczas wampiry w literaturze przeżywały swój renesans, ale Kostova zdecydowanie odcięła się od obrazu wampira wykreowanego przez młodzieżową popkulturę, wykorzystując motyw starego, dobrego Draculi. Co więcej, styl pisarki daleki od popularnych czytadeł, sprawiał, że książka była nie tylko ciekawa fabularnie, ale także niezwykle interesująca językowo. Teraz w księgarniach pojawiła się kolejna powieść Kostovej. Pojawiło się także pytanie, czy „Łabędź i złodzieje” powtórzy sukces jej poprzedniej książki.

Często niestety dzieje się tak, że po bardzo dobrej powieści – zazwyczaj debiutanckiej – autorzy próbują szybko wydać coś nowego, żeby na fali popularności poprzedniej książki, podbić sprzedaż kolejnej. Zazwyczaj kończy się to źle dla autora, dla książki, a przede wszystkim dla czytelników, którzy z euforią biegną do księgarń, po to by po przeczytaniu wyczekiwanej powieści, poczuć, że zmarnowali czterdzieści złotych na coś, dla czego najlepszym miejscem jest nie półka, a kosz na śmieci. Tak było w przypadku „Cienia Poego” autorstwa Matthew Pearla, który po wielce obiecującym „Klubie Dantego”, pozostawił czytelnikom tylko niesmak w ustach. Ta sama sytuacja miała miejsce wówczas, gdy Dan Brown rok w rok zasypywał czytelników coraz gorszymi i bardziej nieprawdopodobnymi thrillerami. Także Michael Gruber powtórzył powyższy schemat w dość słabej „Księdze powietrza i cieni”, którą napisał po bardzo dobrze przyjętym „Roku Jaguara”. Na szczęście Kostova nie dołączyła do grona wyżej wymienionych panów, nie tylko całkowicie zmieniając tematykę swojej kolejnej książki, dzięki czemu uniknęła groźby zaszufladkowania, ale przede wszystkim nadal trzymając wysoki poziom.
„Łabędź i złodzieje” nie ma nic wspólnego ani z mroczną Rumunią, ani z wampirami. Tym razem Kostovą interesuje XIX wieczna Francja – raj i zarazem piekło malarzy impresjonistów, marszandów i kolekcjonerów sztuki. I choć główny wątek powieści toczy się we współczesności, to wydarzenia sprzed ponad stu lat nadal mają wpływ na losy bohaterów. Pierwszy akt „Łabędzia i złodziei” ma bowiem miejsce w National Gallery of Art, kiedy słynny amerykański malarz – Robert Olivier rzuca się z nożem na jeden z wystawionych tam obrazów. Robert trafia do szpitala psychiatrycznego, w którym nie odzywając się do nikogo ani słowem, ciągle maluje twarz tej samej kobiety. Jego lekarz prowadzący – doktor Marlow – jest zaintrygowany zachowaniem swojego pacjenta do tego stopnia, że postanawia bliżej przyjrzeć się jego życiu. W ten sposób wciela się w rolę detektywa. Samo nazwisko Marlow też nie jest tu bez znaczenia, bowiem od razu przywodzi na myśl innego słynnego detektywa – Philipa Marlowa – bohatera książek Raymonda Chandlera.
Doktor Marlow poznaje losy swojego pacjenta poprzez opowieści najważniejszych kobiet w jego życiu. Żona i kochanka kreślą własne portrety Roberta Oliviera. Jednocześnie lekarz dociera do listów, które pacjent miał przy sobie w momencie napadu. Listy pochodzą z ubiegłego wieku i zostały napisane przez kobietę, na punkcie której Robert ma obsesję. Dzięki takiemu rozplanowaniu akcji, Kostova oferuje czytelnikom, kilka poziomów narracji, z których każdy charakteryzuje się własnym, specyficznym stylem. Opowieść Mary, Kate, Marlowa, a wreszcie korespondencja z XIX stulecia, w książce nieustannie się przeplatają. Na szczęście udało się autorce nie wpaść w pułapkę narracji pierwszoosobowej, która napisana niewprawną ręką może bardzo spowolnić akcję. W powieści Kostovej mimo, że wydarzenia dotyczą przeszłości i zostają opowiedziane w pierwszej osobie, cały czas absorbują uwagę czytelnika. Akcja biegnie swoim własnym, miarowym rytmem, który pozwala w pełni delektować się stylem pisarskim autorki. Bowiem czytanie „Łabędzia i złodziei” to także prawdziwa uczta estetyczna. Kostova pisze płynnie, czasem wręcz melodyjnie. Nie ma tu żadnych zgrzytów, niepotrzebnych słów. Niewątpliwie jest to także zasługa wyjątkowo dobrego przekładu, którego dokonał Jan Kabat.
„Łabędź i złodzieje” jest powieścią na tyle dziwną, że ciężko ją przypisać do jakiegoś gatunku. Z jednej strony ma w sobie dużo elementów charakterystycznych dla thrillera i kryminału. Z drugiej brak tu całej sensacyjnej otoczki, do której przyzwyczaili nas czołowi pisarze tegoż gatunku. I nie jest to w żadnym razie zarzut, bowiem książce Kostovej tak poprowadzona narracja niewątpliwie wychodzi na dobre. Z książką autorki „Historyka” jest trochę tak jak z impresjonizmem, któremu pisarka złożyła hołd w swojej powieści. Wiele tu barw, często pomieszanych i nałożonych jedna na drugą, które choć z bliska zupełnie do siebie nie pasują, oglądane z daleka - wzajemnie się uzupełniają.
Elizabeth Kostova, Łabędź i złodzieje, Świat Książki, Warszawa 2010
Tagi: Elizabeth Kostova Łabędź i złodzieje Świat Książki thriller powieść recenzja Paulina Dreslerska