G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

poleca

IN FLAGRANTI: Deszcz dokumentów nad Wrocławiem

Autor: Lech Moliński, dodano: 10-05-2010, 07:27

In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. W maju prezentujemy artykuły poświęcone szeroko pojętemu aspektowi prawdy i fałszu w sztuce. Tym razem relacja z Weekendu z Cyfrowym Planete Doc Review.

„Dokument to dziś pierwszoplanowy gatunek kina” – pisze Tadeusz Sobolewski; „Dokument zmienia świat” – możemy przeczytać w „Przekroju”. Skąd biorą się te medialne zachwyty i na ile znajdują uzasadnienie w rzeczywistości? Odpowiedzi należy szukać na trwającym właśnie w stolicy festiwalu Planete Doc Review. Jej cząstkę mogliśmy poznać we Wrocławiu, podczas weekendu z cyfrowym wydaniem imprezy.

Festiwal Artura Liebharta już po raz drugi wyszedł poza mury miasta stołecznego i już widzowie w 20 polskich miastach otrzymali szansę spotkania z najświeższym kinem dokumentalnym, starannie selekcjonowanym przez zespół z Against Gravity. Do wrocławskiego kina Warszawa trafiło sześć pozycji – podobnie zresztą jak do innych miejsc. Stolica Dolnego Śląska znalazła się również w tej lepszej dziesiątce miast, w których udało się zorganizować debatę „Krytyki Politycznej”, dotyczącą wpływu mediów na społeczeństwo. We Wrocławiu udział wzięli: Łukasz Andrzejewski i Łukasz Maślanka (obaj z „Krytyki Politycznej”), Bartłomiej Knapik (TuWrocław.com) oraz Wojciech Kazanecki (prezes Dolnośląskiego Ośrodka Studiów Strategicznych). Za moderację miał odpowiadać Andrzejewski, ale gdybym się spóźnił, nie wpadłbym za nic, że to właśnie jemu przypadła owa funkcja. Debata mogła się podobać wszystkim tym, którzy lubują się w erudycyjnym i pełnym metaforyzowania odbijaniu piłeczki, gdzie efektowne bon moty przysłaniają merytorykę, a żonglerka tematyczna skutkuje polizaniem wielu kwestii, bez pochylenia się nad jedną z nich. Knapik rzucał rękawicę, mówiąc o tym, że media są przedsiębiorstwami i dają odbiorcom to, czego oni oczekują. Na co Maślanka wyprowadzał kontrę, przypominając pojęcie misji. Rozmowa przebiegała na podobnych falach przez większość czasu. Nie zabrakło retoryki, tak charakterystycznej dla – o, zgrozo – telewizyjnych spotkań. Tymczasem właśnie rozrywkowe nastawienie tego medium i krytyka spłaszczania przekazu stanowiły temat dyskusji. Zapewne tego rodzaju debata znajduje wielu zwolenników. Wrocławska poziomem nie odstawała od dziesiątek innych, ale ja oczekiwałbym czegoś innego.

Do dyskusji doszło w piątkowy wieczór, nazajutrz po projekcji „Wideokracji” Erika Gandiniego. Film pokazuje widzom, jak wyglądają współczesne włoskie media, do cna przesiąknięte miałkimi programami rozrywkowymi, w których na porządku dziennym jest sowita dawka golizny. Gandini bardzo łatwo obarcza odpowiedzialnością za taki stan rzeczy Silvio Berlusconiego, magnata medialnego, władającego potężnym koncernem Mediaset, a także obecnego premiera Italii. Dokument należy bez wątpienia do tych, które powstają z zamiarem oddziaływania na rzeczywistość. Jak często bywa w przypadku filmów zaangażowanych, w „Wideokracji” nie brakuje przekłamań i manipulacji. Przykładem niech będzie to, że najpoważniejsze zarzuty, padające z ekranu, są wypowiadane ustami narratora. Jego słowa są sprytnie zmontowane z wypowiedziami bohaterów, wypaczając sens ich spostrzeżeń lub znacząco go zwielokrotniając. Tym samym Gandini wpada w pułapkę opowiadania o manipulacji za pomocą technik, które chce obnażyć i napiętnować. Film warto zobaczyć, ale dobrze pamiętać o zgrabnym nadinterpretatorze faktów znanym pod nazwiskiem Michael Moore. Reżyser „Wideokracji” zdaje się być jego wiernym naśladowcą.

Bentley Dean i Martin Butler opowiadają w „Contact – australijskiej odysei kosmicznej” o pierwszym spotkaniu Aborygenów z białymi. Rdzenni mieszkańcy Wielkiej Pustyni Piaszczystej dostąpili zaszczytu zetknięcia się z naszą rasą w latach 60. Spotkanie miało charakter szoku dla obu stron, jednak film, w którym uczestnicy tamtych zdarzeń oddają się wspomnieniom, nie wywiera wielkiego wrażenia. Zaprezentowana historia miała potencjał do zagospodarowania 20-30-minutowego dokumentu. Ewentualnie bogato zdobionego fotografiami reportażu. Opowieść o Yuwali i innych członkach ludu Martu nie okazała się wystarczająca do powstania fascynującego pełnometrażowego filmu dokumentalnego. Znacznie lepiej wypadł „Gracz” Johna Appela, Holendra, któremu wcześniejsze dokumenty przynosiły triumfy na najważniejszych festiwalach – amsterdamskiej IDFIE czy na Planete Doc Review. Najnowsze dokonanie renomowanego reżysera zwycięża głównie dzięki osobistemu kontekstowi. Na wspomnienia samego twórcy, którego ojciec był hazardzistą, nanizane są trzy historie innych miłośników gier losowych. Film stanowi wyczerpującą analizę duszy człowieka w szponach hazardu. Bohaterowie są zafiksowani na ryzyko i adrenalinę. Tylko jeden z nich – 62-latek, który nigdy nie założył rodziny, zdaje się w swoim przywiązaniu do gry na wyścigach konnych być specyficznie, ale jednak – poukładany.

W sobotnim zestawie filmów oprócz „Contactu…” i „Gracz” znalazł się jeszcze obraz „Google Baby”, niezwykle interesujący portret niecodziennego procederu. Bohaterem jest Doron, mężczyzna, który zdecydował się na dziecko ze sztucznego zapłodnienia. Bardzo zadowolony z posunięcia, postanowił pomagać innym parom niezdolnym do posiadania dzieci i założył firmę „produkującą dzieci”. Akcja ma wymiar międzykontynentalny, ponieważ Izraelczycy – w tym geje – zamawiają dziecko u Dorona, a ten korzysta ze swoich kontaktów w Indii, by zrealizować zlecenie. Powód? W Izraelu In vitro jest nielegalne. „Google Baby” to film przejmujący, pokazujący handel nienarodzonymi dziećmi jako coś naturalnego. Dziecko jako towar… Ciekaw jestem reakcji dzisiejszej lewicy, optującej za zezwoleniem na sztuczne zapłodnienie, na ten film. Wszak lewicowe ideały zostały zaprzęgnięte w działanie o charakterze stricte kapitalistycznym. Aż strach pomyśleć, gdyby procederem pokazanym na ekranie zajęli się ludzie, którzy nie byliby idealistami, przekonanymi o realizacji misji pomagania bezdzietnym parom. A takimi wartościami kierują się właśnie pierwszoplanowi bohaterowie.

Niedziela przyniosła jeszcze dwa tytuły wyświetlone w ramach Weekendu z Cyfrowym Planete Doc Review. Oba ciekawe, choć w zupełnie różny sposób. „Tęczowi wojownicy” to film, jaki w Polsce mogłaby nakręcić Maria Zmarz-Koczanowicz, przywodzi na myśl „Pokolenie ‘89” czy „Dziennik.pl”. Poznajemy historię Rainbow Warrior, słynnego statku, przy pomocy którego Greenpeace w latach 70. prowadził pierwsze kampanie w obronie wielorybów. W 1985 r. okręt został zniszczony w wyniku podłożenia bomby przez francuskie służby specjalne. Z ust uczestników dowiadujemy się o tamtych wydarzeniach. Słyszymy też jak potoczyły się ich dalsze losy i jaki wpływ miały wydarzenia z lat 70. I 80. na życie bohaterów. Dokument jest może nieco archaiczny, ale historia niesie widza przez dostrzegalną chwilami prostotę rozwiązań formalnych. „Ostatni pociąg” pojawił się na Planete Doc Review opromieniony sławą zwycięzcy festiwalu IDFA. Laur na chyba najbardziej prestiżowej europejskiej imprezie prezentującej kino dokumentalne zobowiązuje. Oczekiwania zatem narosły z prędkością światła. Trzeba przyznać, że niepokojąca opowieść o młodej dziewczynie z Chin, która rzuca szkołę, by pracować w fabryce dżinsów, staje na wysokości zadania. Na pewno budzi kontrowersje – kiedy kamera ze stoickim spokojem filmuje pełną emocji scenę rodzinnej dramy; bez wątpienia porusza ważny problem – pracy wykonywanej przez dzieci w kraju, w którym niesamowicie szwankuje element troski o życie ludzkie. Ten brak poszanowania dla egzystencji istoty ludzkiej można śmiało określić programowym działaniem chińskim, ale w „Ostatnim pociągu” nabiera charakteru osobistej tragedii.

Weekend z Cyfrowym Planete Doc Review powtórnie zawiódł na jednym polu – frekwencyjnym. Piątkowa projekcja „Wideokracji” rozbudzała nadzieje, w fotelach zasiadło grubo przeszło sto osób. Później, niestety, było gorzej. Trudno tak na gorąco odpowiedzieć, co zawiniło. Bezapelacyjnie nie był to program przeglądu, w którym znalazły się najgłośniejsze tytuły tegorocznego festiwalu. Pozostaje mieć nadzieję, że w pozostałych miejscach kraju poszło lepiej.

Tagi: Lech Moliński In Flagranti Planete Doc Review Silvio Berlusconi Wideokracja



Skomentuj

Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator