In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę. Tematem października jest Międzynarodowy Festiwal Opowiadania. Dziś prezentujemy sylwetkę izraelskiego mistrza krótkiej formy i zarazem gościa MFO - Etgara Kereta.

Etgar Keret – twórca (mini)opowiadań, skrajnie kontrowersyjny w Izraelu, wielokrotnie nagradzany i wielbiony poza nim. Na co dzień mieszka w Tel Awiwie i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej, ale odkąd został znanym i cenionym, często gości w Polsce.
„Izraelski Quentin Tarantino” i „mistrz krótkiej formy” – to określenia, które od lat pojawiają się niemal w każdej recenzji czy nocie biograficznej Kereta. Kiedyś celne i błyskotliwe, dziś – lekko wytarte od powtarzania z nadmierną częstotliwością - nie wystarczają. Trudno jednak znaleźć superlatywy, które nie padły jeszcze pod adresem pisarza. Mnożące się porównania – do Franza Kafki, Julio Cortázara, Rolanda Topora, również nie wypadają zadowalająco, gdyż Keret w pisarstwie podobny jest tylko i wyłącznie do siebie samego. Rozpieszczany przez krytyków (nie trafiłam na żadną negatywną recenzję!), wciąż zaskakuje i zasługuje na pochwały.
W Izraelu nic nie zwalnia ze służby wojskowej, poza śmiercią
Etgar Keret urodził się w roku 1967. W tym samym roku Izrael zaczął okupację Strefy Gazy, Wzgórz Golan, Półwyspu Synaj i Zachodniego Brzegu Jordanu. Od tego czasu państwo znajduje się w stanie wojny z Palestyńczykami, dlatego zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają obowiązek odbycia służby wojskowej.
W wieku 19 lat, mimo astmy, Keret został wcielony do wojska. Wiedział już wtedy jak wojsko zmienia życie człowieka. Jego starszy brat po skończeniu służby został skrajnym lewicowcem, przystąpił do organizacji pokojowej zajmującej się dbaniem o przestrzeganie praw człowieka na terenach okupowanych, powołał też ruch na rzecz legalizacji marihuany w Izraelu. Siostra natomiast nawróciła się na ortodoksyjny judaizm. Sam Etgar miał w wojsku spore problemy z dyscypliną, dlatego po kilkakrotnej zmianie jednostki, wylądował w końcu w jednostce specjalnej o kryptonimie „Quasimodo”, gdzie kilka pięter pod ziemią, bez dostępu do naturalnego światła, pełnił w samotności 48-godzinne dyżury przy maszynie przypominającej komputer do szyfrów. I tak przez 2 lata i 8 miesięcy. Zaczął pisać, żeby nie zwariować, a z czasem pisanie stało się dla niego tak naturalne, jak mrużenie powiek na słońcu.
Pisanie jest jak życie, tylko bez konsekwencji
Przekonany, że wojsko zostaje w człowieku na zawsze, podobnie jak trauma Holokaustu, którą ma genetycznie zakodowaną, odziedziczoną po rodzicach, co jest przecież zbiorowym doświadczeniem Izraelczyków, często porusza oba te tematy w swoich opowiadaniach. Powtarza się w nich również motyw śmierci i życia po niej. Keret miał wielu przyjaciół, którzy umarli – niektórzy zginęli podczas intifady w Libanie, ale większości popełniła samobójstwo. Poza tym żyje przecież w kraju, w którym głównym problemem człowieka o poranku jest „w co się ubrać” i „co zrobić dziecku na śniadanie”, chociaż może zginąć w drodze do pracy. Ten paradoks życia codziennego pociąga pisarza szczególnie. „Paradoks” i „ambiwalencja” to jego ulubione słowa.
Pisanie astmatyczne
Myli się jednak ten, kto oczekuje w twórczości Kereta ciężkich, psychodelicznych opowiadań o życiowej traumie. Tym, co urzekło czytelników na całym świecie jest przede wszystkim absurd, ironia i poczucie humoru. Czytaniu Kereta nieodłącznie towarzyszą salwy śmiechu, a śmiejemy się ze wszystkiego – z wojny, śmierci, polityki, z ludzkich ułomności i nieporozumień między kochankami, z symboli i konwenansów. Żart to jedyna droga pozwalająca uniknąć patosu.
Poza nielicznymi wyjątkami opowiadania mają góra kilka stron, a zaczynając je czytać nigdy nie wiemy, gdzie wylądujemy na końcu, za to zawsze na końcu mamy wrażenie, że mimo niewielkiej objętości, nie pozostało już nic do dodania. Keret często podkreśla, że lakoniczność tekstów wzięła się z jego astmy – gdy ma atak, może wypowiedzieć tylko kilka słów, ogranicza je więc do tych najważniejszych, podczas pisania jest podobnie, wykreśla wszystkie zdania, które nie wnoszą do opowieści nic nowego czy ważnego. Nigdy nie używa wyszukanego słownictwa, bo proste słowa najlepiej oddają rzeczywistość.
Nie ma różnicy między dziwnością a normalnością
Keret chętnie posługuje się elementami nierealistycznymi, są one jak jego znak firmowy: ktoś sprzedaje księżyc, ktoś zamienia się w nocy w potwora, w zajezdni umierają autobusy, a gdzieś w Uzbekistanie wybudowano wioskę przy wejściu do piekła. Dziwniejsze jest czasem to, co się zdarza naprawdę.
Trzeba jednak zauważyć, że fantastyka rodem z Izraela właściwie nie istnieje. Izraelczycy uwielbiają hiperrealizm. Wszelka twórczość, zwłaszcza starszego pokolenia, nadal podporządkowana jest celom patriotycznym, pisarz ma obowiązek kontynuować tradycję proroków (w Polsce mieliśmy podobny etap pisarzy-wieszczów w romantyzmie), a hebrajski jest dla niego językiem świętym. Keret sam często mówi o tym, jak wyjątkowym językiem jest hebrajski – z jednej strony zamrożony na poziomie biblijnym, nie ewoluował przez tysiąclecia, z drugiej musi się jakoś dostosować do nowej rzeczywistości, więc przyswaja wiele zapożyczeń z języków obcych, jest tradycyjny i nowoczesny jednocześnie. Młoda generacja zrywa z pisaniem dla sprawy i nie traktuje już hebrajskiego jako świętości samej w sobie – to język, w którym można krytykować ojczyznę, można przeklinać, można opisywać wszystko, łącznie z seksem i przemocą, choćby tylko dla samego opisywania.
Strona: 1 z 2 | Następna »
Tagi: Etgar Keret sylwetka Międzynarodowy Festiwal Opowiadania in flagranti Tęskniąc za Kissingerem Martyna Jabłońska
Monika05-10-2010, 14:22
Uwielbiam Kereta! Bardzo fajny artykuł.