In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę (dziś - wyjątkowo w poniedziałek). W lipcu i w sierpniu będziemy opisywać kulturalny Wrocław. Na początek filmowy portret filmowego Wrocławia z przeszłości i z dzisiaj.

Wrocław zapisał wspaniałą kartę w historii polskiego kina. Za czasów PRL w tutejszej Wytwórni Filmów Fabularnych reżyserzy mieli większą swobodę działania, pracując z dala od czujnego oka Partii. Jednak początek lat 90. ze zmianą systemu przyniósł załamanie i obecnie stolica Dolnego Śląska nie odgrywa znaczącej roli na scentralizowanej filmowej mapie Polski. Ale w ostatnich sezonach wydaje się powolutku nabierać ponownie znaczenia.
BYŁO - MINĘŁO
O tym, że Wrocław należał do ważnych punktów filmowych w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej można przeczytać w wielu publikacjach (polecam tutaj okolicznościowy album „Wrocławska Fabryka Snów”, wydany przez Fundację „Zdolni, ale leniwi” na 55-lecie WFF-u). Powstała w 1954 r. Wytwórnia oferowała pełnię możliwości produkcyjnych: trzy hale zdjęciowe (trzecia, największa, oddana do użytku w 1975 r.), studio nagrań dźwięku, montażownię, dekoratornię. Wystarczy spojrzeć na wykaz miejsc, w których powstawały najważniejsze dzieła tamtego okresu, by przekonać się, że w stwierdzeniach dziennikarzy, krytyków i historyków nie ma cienia przesady. 8 z 14 filmów Wojciecha Jerzego Hasa zrealizowano właśnie w atelier wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. We Wrocławiu Andrzej Wajda kręcił „Popiół i diament” (powstawał w okolicach ulic: Komandorskiej, Bogusławskiego, Nasypowej, Zielińskiego), a cztery lata wcześniej (1954) w stolicy Dolnego Śląska nakręcono lwią część zdjęć do debiutanckiego filmu pełnometrażowego autora „Kanału” – „Pokolenia”. Ekipa pracowała m.in. na ulicach: Benedyktyńskiej, Wyszyńskiego i Szczytnickiej. „Giuseppe w Warszawie” Stanisława Lenartowicza, kilka odcinków „Stawki większej niż życie”, dekoracje do „Lalki” W.J. Hasa, czy inne spośród najważniejszych dokonań polskiej kinematografii, czyli „Pętla” tego samego reżysera, „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, czy „Ewa chce spać” to jedynie wycinek filmów, powstających w stolicy Dolnego Śląska w czasach minionej świetności.
SPADEK ZNACZENIA
Jednak dwie dekady temu w krótkim czasie znaczenie WFF, będącej głównym ośrodkiem produkcyjnym Wrocławia, diametralnie zmalało. Stolica Dolnego Śląska przestała – z wiadomych przyczyn - pełnić funkcję azylu dla filmowców krępowanych więzami cenzury w Warszawie i w Łodzi. Do głosu zaczęły dochodzić względy ekonomiczne, a nie da się ukryć, że Wrocław jest ulokowany w sporej odległości od stolicy. Dotychczasowy model, w którym ekipa filmowa na kilka tygodni, czy nawet miesięcy wprowadzała się do WFF-u i będących do dyspozycji Wytwórni hoteli przestał się sprawdzać. Na etacie w Wytwórni Filmów Fabularnych byli kierowcy, który czekali na zakończenie zdjęć, by rozwieźć aktorów. W ustroju kapitalistycznym nie mógł funkcjonować tak nieopłacalny system. Trzeba pamiętać o tym, na co zwracał kilkakrotnie uwagę Krzysztof Kieślowski, wypowiadając się na temat warunków realizacji filmów w PRL-u. Autor „Amatora” podkreślał, że tak długich okresów produkcyjnych, nakładów na kinematografię, zawsze zazdrościli mu koledzy z Europy Zachodniej, kiedy miał okazję rozmawiać z nimi na ten temat. Kilometry taśmy do wykorzystania, długi okres przygotowawczy, to wszystko najpewniej po to, by skanalizować energię filmowców w odpowiednim – jak najmniej wywrotowym i antysystemowym – kierunku. Dotyczy to całej produkcji, a stolica Dolnego Śląska, z przyczyn geograficznych, miała dodatkowe trudności.
Transformacja WFF, w odpowiadający współczesnym oczekiwaniom ośrodek produkcyjny, nie zakończyła się sukcesem po dziś dzień. Kolejni dyrektorzy zmuszeni byli koncentrować się, przede wszystkim, na redukcji etatów, cięciu kosztów, na aktywne angażowanie się w działalność producencką brakowało czasu, energii i – coraz bardziej – możliwości. Liczba osób zatrudnionych w Wytwórni zmalała od kilkuset w początkach lat 90. do mniej niż dziesięciu obecnie. Z kilkunastu realizacji filmowych rocznie udział w rynku zmniejszył się do kilku na dwanaście miesięcy, w dodatku mniejszych produkcji, często o przeznaczeniu telewizyjnym. Nadzieję dla ośrodka daje projekt Wrocławskich Studiów Technologii Wizualnych, w który zaangażował się Zbigniew Rybczyński, autor nagrodzonej Oscarem animacji „Tango”. Na stronie WFF czytamy: „Pierwszym etapem realizacji projektu jest utworzenie w Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu studia produkcji filmowych efektów specjalnych wykorzystujących najnowsze komputerowe techniki realizacyjne obrazów wielowarstwowych, CGI, 3D oraz powołanie Europejskiego Centrum Edukacji Multimedialnej, które będzie kształcić specjalistów tej dziedzinie”. 29 czerwca br. doszło do podpisania listu intencyjnego, dotyczącego współpracy między Akademią Sztuk Pięknych, Wytwórnią Filmów Fabularnych i WSTW. Celem tego porozumienia ma być możliwość dodatkowego kształcenia studentów ASP w dziedzinie technik multimedialnych. Pytanie, co z tego wyniknie? Pamiętajmy, że pierwsze doniesienia o tym projekcie pojawiły się w grudniu 2009 r. Od tego czasu minęło przeszło pół roku, a poza podpisaniem wspomnianego listu nie udało się w tej sprawie osiągnąć niczego konkretnego. Oby sprawy nabrały wreszcie oczekiwanego wśród wrocławskich filmowców przyspieszenia.
Strona: 1 z 2 | Następna »
Tagi: Lech Moliński Wrocław Wytwórnia Filmów Fabularnych Regionalny Fundusz Filmowy Popiół i diament Wojciech Jerzy Has Wrocławskie Studia Technologii Wizualnych Dominik Matwiejczyk