G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

IN FLAGRANTI: Filmowy Wrocław - wczoraj i dziś

Autor: Lech Moliński, dodano: 05-07-2010, 20:34

A WROCŁAW OFFEM STOI...

W międzyczasie Wrocław silnie zaznaczył swoją obecność w polskim offie, stając się na parę lat chyba najważniejszym centrum w całym kraju. Bracia Dominik i Piotr Matwiejczykowie czy Bodo Kox odważnie sięgnęli po kamery, w bezpretensjonalny sposób opowiadając o rzeczach im bliskich, czy manifestując swoje uwielbienie do sztuki filmowej, parodiując np. „Amelię” („Emilia” Piotra Matwiejczyka) czy amerykańskie horrory (np. niedawny „Piotrek Trzynastego”). Nie poszli drogą edukacji filmowej (tylko Piotr ukończył dwuletnie studium przy ul. Dębowej), postawili na praktyczną stronę nauki zawodu. Przez kilka lat ich kolejne produkcje nadawały ton polskiemu kinu niezależnemu. „Bolączka sobotniej nocy”, „Krew z nosa”, „Ugór” Dominika, „Marco P. i złodzieje rowerów” Koxa czy „Homo father” Piotra inkasowały najważniejsze laury na festiwalach offowych. W pewnym momencie, w związku z katastrofalną sytuacją polskiego przemysłu filmowego (lata 2001-2005), kiedy właściwie brakowało debiutów, a program Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych był uzupełniany produkcjami telewizyjnymi, w kinie tych młodych ludzi zaczęto upatrywać nadziei na wyjście z marazmu. Rzeczywistość rychło zweryfikowała owo przekonanie. Realizowany w warunkach produkcji profesjonalnej film „Krótka histeria czasu” w reżyserii Dominika Matwiejczyka z Mateuszem Damięckim w roli głównej, nie odniósł sukcesu. W recenzjach zwracano uwagę, że twórca nie poradził sobie z wymogami realizacyjnymi – pracą z aktorami, zarządzaniem większą ekipą. Przyzwyczajony do chałupniczo powstającego kina z mikroskopijnym budżetem filmowiec nie udźwignął tej komedii romantycznej w stylu Woody’ego Allena. Jego młodszy brat w pewnym momencie (po sukcesie „Homo fathera”, przy premierze „Wstydu”) postanowił zrezygnować z posyłania filmów na festiwale kina amatorskiego. „Wstyd” doczekał się nagrody na festiwalu Era Nowe Horyzonty, był nawet przymierzany do regularnej dystrybucji. Jednak skończyło się na dystrybucji alternatywnej w firmie StajkoFilm. Stanisław Dzierniejko, były dyrektor kina Dworcowego, a obecnie dyrektor Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy, prowadzi firmę dystrybuującą filmy do mniejszych miejscowości, trochę na kształt dawnych kin objazdowych. Później Piotr zaczął się powtarzać, jego nowsze filmy powielały rozwiązania scenariuszowe (patrz: „Pamiętasz mnie?”), brakowało ewolucji w sferze formalnej, przy obserwowalnym powszechnie wzroście jakości sprzętu filmowego.

Teraz o Matwiejczykach nie mówi się już jak o nadziejach rodzimej kinematografii. Piotr nadal realizuje niszowe produkcje. Ostatnio powrócił do komedii, zarzucając dramaty, które spotykały się z coraz gorszym przyjęciem. Dominik zadomowił się w telewizji („Pitbull”, „Pierwsza miłość”), a do tego jest współtwórcą (konkretnie: pracował nad scenariuszem) powszechnie uznawanego za największego gniota w polskim kinie lat ostatnich – „Ciacha”. Bodo Kox przestaje się kojarzyć z reżyserią filmową (choć szykuje „Dziewczynę z szafy”). Koncentruje się na działaniach performatywnych i zabawianiu stołecznej wierchuszki swoją szaloną osobą. Niedługo po tych panach dał znać o sobie Artur Pilarczyk, również startujący w nurcie kina niezależnego („Między nami” i „Swoimi słowami”), ale traktujący je tylko jako platformę do zdobycia doświadczenia. „Teraz i zawsze” starał się już realizować jak najbardziej profesjonalnie. Udało się trafić do Panoramy na FPFF, a także do Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”, później przyszła własna dystrybucja po mniejszych miejscowościach, sprawdzona podczas współpracy z Dzierniejką. Teraz to właśnie Pilarczyk wydaje się najciekawszym spośród młodych twórców, działających we Wrocławiu. Reżyser doczekał się nagrody „wARTo” dla młodych talentów dolnośląskich, pracuje nad kolejnym projektem, o którym jeszcze nie możemy nic napisać, ponad to, że zapowiada się niezwykle interesująco.

 

JEST LEPIEJ

Jednak warto zwrócić uwagę, że dziś, w dużej mierze dzięki funkcjonowaniu Regionalnego Funduszu Filmowego (choć niebagatelny wpływ na „rozruszanie” polskiego kina w całości miało samo powołanie do życia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej), znów powstają we Wrocławiu profesjonalne filmy sytuujące się w głównym nurcie kinematografii polskiej. Wystarczy wspomnieć: „Małą Moskwę” Waldemara Krzystka, „Bezmiar sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego (te filmy zrealizowano przed założeniem dolnośląskiego RFF-u) czy „Afonię i pszczoły” Jana Jakuba Kolskiego lub powstające właśnie filmy: „Wygrany” Saniewskiego i pełnometrażowy debiut fabularny Jana Komasy „Sala samobójców”. Oczywiście, tytułów można by wymienić nieporównanie więcej. Dla przykładu podam, że podczas tegorocznej edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni doliczyłem się w Konkursie Głównym i w Panoramie Polskiego Kina sześciu filmów powiązanych z Wrocławiem, czy to od strony produkcyjnej, czy przez osobę reżysera (casus „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego, twórcy mieszkającego na Dolnym Śląsku, ale najnowsze dzieło realizującego w stolicy). Znajdujący się obecnie w finalnej fazie produkcji „Wygrany” ze znanym z Hollywood przystojniakiem Pawłem Szajdą i Januszem Gajosem na podstawie scenariusza oceniany jest za jeden z polskich filmów w ostatnich latach o największym potencjale na sukces komercyjny poza granicami Polski. Wielka szkoda, że – wskutek zawirowań w Telewizji Polskiej – nie udało się utrzymać zainteresowania zagranicznych koproducentów. Negatywny wpływ miał tutaj również panujący na świecie kryzys gospodarczy.

Wciąż brakuje jednak instytucjonalnych rozwiązań. Na zewnątrz nie widać przemian w WFF-ie. Nadal pod dużym znakiem zapytania stoi powodzenie Wrocławskich Studiów Technologii Wizualnych. Bardzo ubogo prezentuje się dorobek Wrocławskiej Szkoły Filmowej. Z Dębowej wychodzą krótkometrażowe produkcje, coraz lepsze realizacyjnie, ale zazwyczaj miałkie w warstwie scenariuszowej. Zresztą, trudno mówić w ich przypadku o poziomie dającym szanse na podniesienie ogólnego poziomu wrocławskiej kinematografii. W przypadku dwudziestokilkuletnich twórców, znajdujących się u początków zawodowej drogi, stanowczo za wcześnie na takie wyrokowanie (więcej o młodym kinie wrocławskim w kolejnym artykule). Matwiejczykowie nie wykształcili następców, a początkujący twórcy obdarzeni talentem uciekają poza Wrocław (patrz: chociażby Jakub Czekaj). Światełkiem w tunelu zdaje się być działalność RFF-u. W trzeciej edycji dofinansowanie otrzymały następujące projekty fabularne: „80 milionów” Waldemara Krzystka, „Life must go on” Cezarego Harasimowicza oraz „Kamfora” Filipa Marczewskiego (wcześniej: „Tabu”). Tylko czy to przekuje się na wzrost znaczenia Wrocławia jako ośrodka kinematograficznego? Brakuje profesjonalnego kształcenia praktycznego (a tym bardziej teoretycznego, ale to temat na osobny artykuł), ubywa pracy dla realizatorów w regionalnym oddziale TVP. Reżyserom i technikom pozostaje praca przy serialach lub ucieczka do stolicy. Czy jest coś, co może ich zatrzymać we Wrocławiu? Czy w stolicy Dolnego Śląska jest pomysł, żeby absolwentów szkół filmowych, wywodzących się z Wrocławia, ściągnąć z powrotem do miasta? O potrzebie rozwijania twórczości, nazwijmy ją „lokalnej” świadczą rozmowy z filmowcami, którzy chcą pracować tutaj, jak chociażby Piotr Matwiejczyk czy Artur Pilarczyk. Potrzeba tylko kogoś, kto byłby w stanie i chciałby im (a także ich kolegom) pomóc…

 

Źródło zdjęcia: www.wroclaw.hydral.com

« Poprzednia | Strona: 2 z 2

Tagi: Lech Moliński Wrocław Wytwórnia Filmów Fabularnych Regionalny Fundusz Filmowy Popiół i diament Wojciech Jerzy Has Wrocławskie Studia Technologii Wizualnych Dominik Matwiejczyk



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/miasto_inspiruje_i_przeszkadza/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator